karolina: dwie joanny i krzyż

Urszula Grabowska jako Joanna i Sara Knothe jako Róża, fot. Marcin Makowski/MAKUFLY

W 2004 roku Anna Baumgart prezentowała w galerii Zachęta wystawę pt. Ekstatyczki, histeryczki i inne święte. Przywoływała figury świętych i mistyczek, które od średniowiecza zdominowały kulturę europejską jako najbardziej „wzniosły” sposób obecności kobiety w przestrzeni publicznej i zestawiała je z XIX-wiecznymi histeryczkami oraz współczesnymi kobietami autoagresywnymi. Z radością rzuciły się na nie zarówno teoretyczki sztuki, jak i tabloidy. Anorektyczki, tniaczki, bulimiczki, neurotyczki wszelkich odmian „opowiedziały swoją historię” zajmując na wieki wieków fotel gościa w kolejnych telewizyjnych show. Okazało się, że obecność współczesnej kobiety w przestrzeni publicznej wciąż opiera się na „wzniosłych” średniowiecznych schematach. Średniowieczna ekstatyczka miała wiele jasno postawionych granic, które mogła przekraczać. Współczesna ekstatyczka nie wie, jak te granice rozpoznać i gubi się, nie dokonując żadnej transgresji. Nikt też nie ma do niej szacunku. Jest co najwyżej kolejnym freakiem, który budzi litość i trwogę w służbie rozrywce.

Joanna Burzyńska, 52 lata. Z zawodu monter mechanizmów precyzyjnych i zegarowych, z zamiłowania poetka” – tak zaczyna się poświęcony jej osobie artykuł w tygodniku Polityka. Z jej facebookowego profilu, założonego przez „fanów”: „Nikt nie wie, skąd się wzięła, kim jest i jak się nazywa. Wszyscy ją znają. – Joanna. Osobowość telewizyjna, gotowa na męczeństwo. Polub ją.” Maskotką spragnionej freaków gawiedzi była w zeszłym roku Pani Joanna, zwana również Joanną od Krzyża czy Joanną Bez Butów.

Joanną od Krzyża, ponieważ wchodziła w skład grupy broniącej krzyża na Krakowskim Przedmieściu. Joanną bez butów, ponieważ, w dramatycznym momencie obrony krzyża, przepadło gdzieś jej obuwie. Wypatrzona przez media została zgodnie uznana za najbarwniejszą postać spośród obrońców i była konsekwentnie „promowana” we wszystkich newsach dotyczących sprawy „przeniesienia krzyża”. Dlaczego to właśnie pani Joanna dostała szansę na 5 minut sławy? Po pierwsze dlatego, że „moherowe berety” wszyscy już znają i nikt się nimi nie ekscytuje. Po drugie – pod krzyżem stało wielu mężczyzn, których uroda nie mogła przyciagnąć uwagi fotografów i operatorów kamer. Po trzecie – każdą ideę powinna reprezentować kobieca twarz. Po czwarte wreszcie: Pani Joanna pozwalała im wreszcie odetchnąć od „tniaczek”, anorektyczek, bulimiczek i neurotyczek. Pojawiła się nowa „it” girl, ekstatyczna, która radzi sobie ze współczesnym światem w prawdziwie średniowieczny sposób.

 

Joanna Burzyńska na witrynie gazeta.pl, http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/55,34862,8387230.html.

Joanna wie, jakie są granice i jak je przekraczać. Wie, kogo kocha i dla kogo się poświęca. Nie zastanawia się nad słowami, których używa, bo i tak – cytuję – „pozostaje w swojej wewnętrznej prawdzie”. Prawda pani Joanny została jednak bezlitośnie wyśmiana, a pani Joanna potraktowana jako „sfiksowana” stara panna. Nie zasłużyła nawet na „litość i trwogę”, na jaką mogą liczyć jej „koleżanki po fachu”. Jej ból jest wypowiadany w sposób nie pasujący do zeświecczonego, sensacyjnego dyskursu, w którym mieści się dziewczyna z całym ciałem pokrytym śladami po gaszeniu papierosów, ale nie mieści się kobieta mdlejąca z głodu pod krzyżem. Taki ból jest nieodpowiedni – niemodny, niewyemancypowany. Jej katolicko-narodowy mistycyzm zasługuje co najwyżej na szyderstwo. I nie pomoże jej przyznawanie się do zwężonej aorty serca, ani 33 dni bez snu.

Jak na „it girl” przystało, pani Joanna jest omawiana od stóp do głów. Od stóp, na których brak wspomnianych butów, poprzez podkolanówki, półdługą spódnicę, białą koszulę, przyciemniane okulary, długie szpakowate włosy spięte z tyłu i czapkę z orłem, którą dostała od polonii kanadyjskiej. W jednym z filmików dostępnych na youtube ma na sobie przypinkę z podobizna Jarosława Kaczyńskiego i napisem mój – nosi ja tu z przy szyi, jak koloratkę, albo broszkę, która kojarzy się z wiktoriańską biżuterią noszoną przez kostyczne ciociobabcie. W tym samym filmiku pojawia się także brat Jarosława. Pani Joanna trzyma w ręku jego gipsowe popiersie. Pani Joanna uwielbia Lecha Kaczyńskiego. Widzi w nim mesjasza narodu polskiego – świeckiego bohatera, który zginął za sprawę narodową oraz świętego męczennika, który zginął za nasze grzechy. Poprzez niego pani Joanna kocha Polskę i Boga. Pasja, z jaką broni jego pamięci jest wręcz namiętna. „Pokornie, ale gorąco”, jak mawiała obrończyni.

Oceniana jest, a raczej wyszydzana, atrakcyjność seksualna Joanny Burzyńskiej. Jej najsłynniejszy wyczyn – czy próba przywiązania się do krzyża białą czerwoną wstęgą, był klasyfikowany przez internautów niemal jako praktyka BDSM. Odwoływanie się do erotyki w odniesieniu do ekstatyczki nie jest niczym nowym. Zachowanie pani Joanny jest heroiczne i bolesne, ale jest także pełne rozkoszy. Upodobanie do łączenia przyjemności z bólem to wspólna cecha kobiecych ekstaz wszystkich wieków.

Pani Joanna, jak mówi, ma „rozum w sercu”, dlatego też często nie można zrozumieć, co właściwie ma na myśli, poza tym, że są to słowa z dwóch porządków: świętego i demonicznego. Z porządku świętego jest wiersz, jaki pani Joanna napisała ku pamięci Lecha Kaczyńskiego. Z porządku demonicznego są słowa, jakich pani Joanna używa mówiąc o nieprzyjaciołach krzyża. Prezydentowi Komorowskiemu słowa „wypełzają” z ust. Na szykany obrończyni krzyża odpowiada dumnie: „Dla was Pan Jezus powinien być hospitalizowany. Święty Franciszek tez był psychicznie chory. W moralnym błocie jesteście.” . Pani Joanna spełnia wszystkie wymagania stojące przed uczciwą ekstatyczką: Przeżywa „doświadczenie jedności lub jedyności, lokalizowane w świecie zewnętrznym lub w czystej świadomości, transcendencje czasu i przestrzeni w kierunku „wieczności” i „nieskończoności”, głębokie odczucie pozytywnego nastroju, stan łaski, ukojenia, przekonanie o obiektywności i realności treści doznań” Jej mowa jest paradoksalna lub niespójność logicznie, je uczucia rzekomo niewyrażalne.

To, że ile mistycyzm katolicko-narodowy Joanny Burzyńskiej wszystkich bawi i zawstydza, nie znaczy, że mistycyzm narodowo-katolicki jako taki nie był w zeszłym roku poważany. Na piedestale umieścił go ostatni film Feliksa Falka, o tytule Joanna. I ta Joanna właśnie, fikcyjna, okazała się lepsza od tej żywej i cierpiącej naprawdę.

Joanna to historia Polki, która postanawia ukrywać małą Żydówkę. Zauważa ją śpiącą pod jedną z kościelnych ław i zabiera do domu. Początkowo wszystko układa się po jej myśli, ale potem pojawia się standardowa dla filmów o relacjach polsko-żydowskich w czasie wojny, panorama postaw: wścibska sąsiadka, brak zrozumienia u najbliższych, pomocna robotnica, dobry Niemiec. Drogi kolejnych postaci przecinają się z drogą Joanny, która cały cza niewzruszona „niesie swój krzyż” na Golgotę. Spotykają ją kolejne upokorzenia i ciosy: traci kolejne prace, jest zmuszona zadawać się z nazistą, który ją gwałci, jest oskarżona o zdradę i ogolona na łyso, rodzina się jej wyrzeka, dowiaduje się, że jej mąż nie wróci z wojny. Mimo tej gehenny, nie decyduje się na wyrzucenie „chowanej” w domu Żydówki. Dopiero kiedy odda ją w bezpieczne ręce sióstr zakonnych, może wejść na sam szczyt swojej golgoty i umrzeć. Film kończy się obrazem szczytów górskich zasypanych śniegiem, przez który brnie bohaterka, a potem znika we mgle.

Urszula Grabowska jako Joanna i Sara Knothe jako Róża, fot. Akson Studio, Marcin Makowski

Joanna od Falka pokazuje, że wciąż jeszcze nie przepracowaliśmy polskiej odpowiedzialności za Zagładę, tej „współwiny”, o której pisał Błoński, tej winy bez współudziału, ale z zaniechania. Po kilkunastu filmach i kilku wielkich dyskusjach, nadal jesteśmy w punkcie, w którym utknęliśmy w 1967 roku, kiedy na kolaudacji Długiej Nocy Jerzego Nasfetera, twierdzono, że film nie nadaje się do dystrybucji, ponieważ publika nie jest jeszcze dojrzała, ponieważ sytuacja polityczna jest niekorzystna i „co ludzie powiedzą”. Swoim filmem Feliks Falk mówi – nie przejmujcie się już żadną współwiną, przecież moja bohaterka was od wszystkiego wybawiła. Joanna, cierpiąc za miliony, doznając rozlicznych krzywd, a mimo to trwając w poświęceniu aż do końca, ogromem swojego miłosierdzia zbawia nas wszystkich. Nie ma do nikogo pretensji, nic nie oczekuje, jest madonną zesłaną do wojennego Krakowa, żeby zrobić porządek z naszymi sumieniami, żeby wziąć wszystko na siebie. Madonną od polityki historycznej, która mocą swojej historii raz na zawsze robi porządek z „panoramami postaw”.

Joanna Burzyńska to trochę obciach – zwykła monterka, niezbyt urodziwa, niezbyt elokwentna, niespecjalnie pasuje do romantycznego paradygmatu. Romantyczny mit nie pomieści się w ramach newsa na TVN24. Pani Joanna jest zbyt blisko, zbyt osiągalna jak na autorytet. Trwa i trwa nachalnie obecna – spędza całe dnie na środku jednej z najważniejszych ulic w Polsce, okupuje ją nie pytając nikogo o zgodę. Cały czas obserwowana jest przez kamery, które non stop emitują relacje do telewizji. W takich warunkach trudno Pani Joannie zyskać zrozumienie i szacunek. Jej męczeństwo jest męczące. Zbyt ordynarnie widoczne, zbyt ludzkie, zbyt zwykłe – zyskuje więc etykietkę „żałosnego”.

Męczeństwo Joanny Falka to zaś poświęcenie, jakie lubimy – całe z mitu, bezpiecznie zapośredniczone przez medium filmowe, fikcyjną fabułę, przez upływ czasu. Joanna Burzyńska ma ciało, Joanna Falka jedynie ucieleśnia ideę, a jednak to ta druga Joanna wydaje się bardziej prawdziwa. Pierwsza jest wyśmiewana, a druga poważana. Tadeusz Sobolewski pisze w recenzji filmu dla Gazety Wyborczej: „Kameralny, świadomie staroświecki film Falka ma czysty ton, rzadki w nowym polskim kinie. Dobro i zło są tu pozbawione masek, jakie nakłada im zbiorowość. „Joanna” powstała jako reakcja na sytuację współczesną, gdy kwestie moralności i wiary wywleka się na sztandary, łącząc je ze zbiorowością, z narodem, z partią. Falk sprowadza te wartości na grunt osobowy. To punkt widzenia chrześcijański, personalistyczny. Samotne dobro, napiętnowana cnota ukryta pod pozorem grzechu, nierozpoznane poświęcenie – to przecież ewangeliczne paradoksy.” Sobolewski nie zauważa, że Falk sam „wywleka kwestie moralności i wiary na sztandary” tworząc film wtórny, szkolny, konfekcyjny, z męczonym po raz kolejny konradowskim motywem. To film, w którym każdy z bohaterów jest odpowiednio wystylizowaną pałubą, którą „skądś już znamy”, a którego główna bohaterka udaje, że jest czymkolwiek ponad upostaciowioną propagandę. To pójście na łatwiznę jest niewybaczalne. Jeśli Sobolewski uważa, że film „Joanna” jest odpowiednią reakcją na sytuację współczesną, to zarówno polskie kino, jak i dyskusja o polskiej historii, szczególnie tej najtrudniejszej, polsko-żydowskiej, może na długo utknąć na poziomie rozmów pałub o pałubach.

Joanna Falka przekonuje nas, że wszystko będzie dobrze, jeśli ktoś umrze za nasze grzechy. Tego jej nie wybaczam. Joanna spod Krzyża twierdzi, że to Lech Kaczyński umarł za nasze grzechy. Ale nie mogę jej tego pamiętać. Jest przecież zakochana.


 

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: