dorota: lęk przed krzyżem, lęk przed krzyżówką

Kiedy w 2009 roku Joanna Rajkowska wystąpiła z pomysłem przekształcenia komina dawnej papierni poznańskiej w minaret, wybuchł prawdziwy skandal. Jedna z wielu w ostatnich latach afer o symbole. Albo raczej: aferek, bo nie chodzi tu przecież o poważną polemikę z artystyczną propozycją, intensywne intelektualnie starcie, co raczej o lawinę inwektyw, ciąg nieporozumień, niezrozumień a wreszcie dziwaczny i jakże typowy dla polskiej debaty publicznej gest okopania się na uprzednio upatrzonych pozycjach, z których ani nikt nikogo nie zobaczy, a już na pewno nie ma szansy usłyszeć. Formowały się slogany nazywające meczet „wylęgarnią terrorystów” czy „obcą kulturową naroślą”, z drugiej zaś strony dobiegały obrażalskie westchnięcia, które wszystkie pytania o sensowność projektu traktowały jako legitymizację polskiej homogenicznej i zbutwiałej katolickości. To być może najskromniejsze i najłagodniejsze fortyfikacje tych okopów.

W końcu minaret nie powstał, architekci SARP-u uznali go za nieuzasadniony i nieciekawy, zbytnio kontrowersyjny, potencjalnie groźny, po czym umieścili w grubej teczce pomysłów odrzuconych pieczętując wcześniej kilkoma argumentami pozostawiającymi wiele pytań. Wśród przyklejonych etykiet znalazły się między innymi: „obcość kulturowa” (pytanie: kto decyduje o granicy tego, co swoje i swojskie?), „brak jakichkolwiek istotnych walorów artystycznych” (lecz gdzie jest skala istotności? Czy apodyktycznie rzucone „jakiekolwiek” ma automatyczną moc działania, nieznoszącą sprzeciwu siłę rażenia, a ważność nadana jest mu przez aklamację?). A jednak – jak błyskotliwie zauważyła Kaja Pawełek – cel w jakimś sensie i tak został osiągnięty, a minaret skonstruowany. Jego rysunek, wysmuklający komin zakładów papierniczych na trwałe wpisał się w symboliczny pejzaż miasta, w wyobraźnię zbiorową mieszkańców.

Wizualizacja minaretu w Poznaniu, Joanna Rajkowska, wiz. Paweł Filip.

 

Kłótnia i niesnaski ucichły, media przestały się interesować i tak oto sprawa nieco dla świadomości społecznej przygasła. A jednak po raz kolejny pozostał nierozwiązany węzeł, zaciskający się na szyi demokratycznej postaci przestrzeni publicznej. Pytania o kulturową i artystyczną wartość projektu, jego krytyczny potencjał, jego wywrotowość, ale i zdolność do budzenia konstruktywnych dyskusji i tworzenia pola dla spotkania musiały ustąpić. Jedyne co pozostało to jeszcze wyraźniej nakreślona linia demarkacyjna oddzielająca to, co możliwe, przyjęte, poprawne i cenzuralne od tego, co niedozwolone, zakazane i niepożądane w sferze publicznej. Zniknąć – lub nie pojawić się wcale – musi to, co okazuje się zbyt chwiejne, niebezpieczne, nieuzgodnione i zagrażające jakiejś (tak trudnej przecież do zdefiniowania a jednak będącej główną stawką w grze) dominacji.

W poszukiwaniach źródeł potencjalnego konfliktu w sukurs przychodzi teoria Mary Douglas [Douglas 2008] – tak klasyczna, że niemal nie wypada jej przywołać. A jednak podstawowa i najbardziej ogólna intuicja specjalistki od nieczystości wydaje się tu zaskakująco na miejscu. Douglas proponuje, by zakaz widzieć jako formułę, która chroni granice, spójność kategorii, klarowność podziału. Groźne, a zarazem szczególne i wyjątkowe, jest to, co znajduje się na linii, jest nieklasyfikowalne, zagraża nie tylko innym elementom układu, ale i samemu paradygmatowi, którego struktury zdaje się przekraczać. Rozpoznanie to wraca echem po wielokroć w dwudziestowiecznej antropologii i filozofii od Turnera po Agambena.

Jeśli spojrzeć w ten sposób na kwestię minaretu kluczowe okazuje się pytanie o niedopuszczalne połączenie. Jakie dwie wartości zostają tu skrzyżowane, w czym przejawia się skundlenie i zabrudzenie czegoś, co ma być utrzymane jako czyste, przejrzyste, pozytywne i przyjazne – czyli przestrzeni? Odpowiedź zostaje niejako wpisana w sam pomysł przez artystkę – jako teza, zarzut, obnażenie. Oto dominująca w obszarze wyobraźni zbiorowej katolickość (nie katolicyzm – bo nie o samą nawet doktrynę czy denominację tu chodzi a o realizację, której kształt określony jest przez tradycję, folklor, dynamikę historyczną i skomplikowaną konstrukcję symboliczno-materialną) nie pozwala, by jakiś obcy element wkroczył w jej przestrzeń. Obcy – bowiem wystający poza to, co bezdyskusyjnie określane jest jako źródłowe, esencjalne, trwające i jednolite. Jako „polskie”. Zarzuty-interpelacje Rajkowskiej oscylują właśnie w tym polu i zdają się pytać o tak konstruowaną i uznawaną za bezdyskusyjną, neutralną i oczywistą „polskość” oraz „katolickość”. Narzędziem tych zarzutów musi być materialna ingerencja w przestrzeń – moment rozerwania zbyt gładkiej i pozornie jednolitej powierzchni. Nadszarpnięcia granicy, która gwarantuje porządek, bezpieczeństwo i poczucie koherencji. Jeśli rozważać gesty artystów takich jak Rajkowska w kontekście formuły Mary Douglas to okazuje się, że rozpoznane przez antropolożkę niebezpieczeństwo, niespójność, wreszcie nieczystość są nie tylko wzmocnieniem dla sztuki o krytycznym ostrzu, ale jej nieredukowalnym warunkiem. Powodem zainteresowania, materiałem, punktem odniesienia. Rama przestrzeni publicznej, która łudzi przeźroczystością, jej definicja i paradygmat pozostają w konflikcie z dziełem, gestem, zdarzeniem, które krzyżuje najbardziej nieznośne elementy tego świata, eksponując jednocześnie chwiejny pozór ich neutralności.

 

Wprowadzenie do przestrzeni elementów, które pozornie wydają się obce i określane są jako anomalie, każe zapytać o granice normy, dopuszczalności i tożsamości. O jej hermetyczność i otwarcie. Artysta, który poddaje w wątpliwość gładkość przestrzeni publicznej oraz pyta o rozmaite jej warstwy – także tą, która kształtowana jest przez symbole religijne i tożsamościowe – zawsze będzie mieć w sobie coś z terrorysty podkładającego bombę i wchodzącego w konflikt.

A konflikt jest w jakimś sensie warunkiem przestrzeni publicznej, gwarantem jej polifoniczności „Przestrzenie publiczne są z natury niestabilne, podlegają na naszych oczach przekształceniom i są przedmiotem bezwzględnej walki o dominację (…) W próbie ustanowienia przestrzeni agonicznej pożądana jest nie tyle harmonia ile możliwość wielości” – postuluje Rajkowska [Rajkowska. Przewodnik KP 247]. Możliwość wielości, a więc mieszanina, konfrontacja i zderzenie.

Docelowo – nieczystość. Przestrzeń publiczna, także ta formowana przez artystyczne ingerencje w jakimś sensie musi być brudna i skundlona. Tylko wtedy jest dostępna i tworząca się w heterogenicznym procesie produkcji – jak powiedziałby francuski socjolog Henri Lefebvre – twórca i orędownik perspektywy, w której przestrzeń widziana jest jako zmienny i dynamiczny efekt działania rozmaitych sił, czynników, chęci i dążeń społecznych, ideologicznych, kulturowych, ekonomicznych. Produkcja przestrzeni ma tu być w gestii każdego. Detronizacja postaci eksperta, specjalisty, kompetentnego architekta idzie w parze z dowartościowaniem demokratycznych i wielogłosowych, niespójnych i ścierających się praktyk społecznych oraz gestów projektujących przestrzeń i jej użycie. To postulat, który rodzi się w mocnej opozycji wobec symbolicznego zamykania granic przynależności gatunkowej, etnicznej, rasowej, religijnej, politycznej, wyznaniowej, wspólnotowej. Trwanie takiej przestrzeni jest efemeryczne, w jej naturze zawiera się możliwość transgresji, przepoczwarzenia oraz monstrualności. Orężem takiej strategii myślenia i tworzenia przestrzeni publicznej jest profanacja czyli – użycie. Użycie jest definicją możliwości. Jeśli jakieś zderzenie może zostać pomyślane to znaczy, że jest ono dopuszczalne. Inaczej niż w Poznaniu. Próba zadomowienia imigrujących, podróżujących symboli i znaków kulturowych okazała się zbyt wymagająca i tej próby nikt już nie chciał się podjąć.

Migracja jako ruch, który służy przekroczeniu granicy, wymieszaniu wydaje się pojęciem nieco anachronicznym. „Chcemy rozmawiać o MIGRACJACH w momencie, kiedy dawno już załamały się opozycje między znanym i nieznanym, swojskim i obcym. Kiedy obcy stał się tak samo nietrwały i zmienny jak własna tożsamość. Kiedy momentalność i ruchliwość przestały być synonimem wolności  i niezależności.  A stały się raczej zmorą współczesnej jednostki, usuwając spod jej stóp wszelkie punkty oparcia.” – deklarują twórcy Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Warszawa Centralna, który jako tytuł, w roku 2010 obrał właśnie to hasło. Identyfikację wizualną dla Migracji miały tworzyć małe obrazki-ikony, które okazały się prowokacjami. Pałac Kultury i Nauki skojarzony z rakietą, czy konik na biegunach nikogo raczej nie poruszały. Więcej pytań budził kontur dziecka z wypiętym głodowo brzuszkiem oraz wciśniętym do rączki balonikiem o kształcie ulubionej amerykańskiej myszki. Najsilniejsze wątpliwości pojawiły się jednak wobec obrazków przedstawiających znak Bożej Opatrzności z wrysowanym weń jabłkiem Macintosha oraz figura Maryji z zauważalnym dopiero po uważniejszym przypatrzeniu się Nikabem – muzułmańską zasłoną twarzy noszoną przez kobiety. Protesty pojawiały się w kuluarach, nieśmiałych zapytaniach o sens, pełnych zakłopotania lub oburzenia komentarzach.

Można się zastanawiać, co tego typu połączenia mają wspólnego z migracją? Może jednak więcej niż się pozornie wydaje. W świecie, określonym we wstępniaku folderowym jako rzeczywistość łamania opozycji między znanym a nie znanym, być może jedną z trudniejszych kwestii staje się kontakt, spotkanie, relacja między tym, co różne, inne. W chwili, gdy nie migracje fizyczne są już problemem, kłopot stanowi moment, gdy zmuszeni jesteśmy we własnej przestrzeni zetknąć się z migracją znaczeń, symboli, tożsamości często radykalnie odmiennych. O ile ich obecność już nas nie dziwi to jednak wciąż niechętnie konfrontujemy je ze znakami, które określają nasze terytorium. Z bólem i bez gościnności dopuszczamy inny język. Czujemy się wtedy zagrożeni w naszej kulturowej czystości i spójności. Czujemy, że niebezpiecznie jest, gdy trzeba rozmawiać na raz o religii i ekonomii, o metafizyce i informatyce. Nasza przestrzeń publiczna może zgodzić się nawet na obecność obu tych porządków – tak jest wspaniale, otwarcie i różnorodnie urządzona. Jednak pod warunkiem, że oba te języki trzymane są z dala od siebie, następują w określonej z góry kolejności i nie wchodzą sobie w paradę. Podobnie z tym, co chrześcijańskie i muzułmańskie. W polu kontrolowanego dyskursu naukowego, nawet w dyskusji publicystycznej jesteśmy w stanie wyobrazić sobie, choć niechętnie (a najczęściej także nieskutecznie) ich zderzenie. Jednak na poziomie symboli, które dotykają emocjonalności i w których widzimy naszą tożsamość i idiomatyczność naszej wspólnoty, nie chcemy mieszanek ani migracji. Boimy się ruchu, Tak naprawdę nie pragniemy agonu. A przecież przestrzeń publiczna – jak pisze Rajkowska – zawsze jest agoniczna, podlega negocjacji, współtworzeniu. A jednak – wolimy pozostać w bezpiecznych ramach jednego nurtu. W obrębie czystości. Bez zmazy. Możemy przystać na półksiężyc o ile nie jest on zbyt widoczny i nie zakaża przestrzeni publicznej, możemy zgodzić się na krzyż (choć ten pod pałacem prezydenckim nigdy nie będzie neutralny i też nie jest mile widziany, bo wkracza w teren, który i tak jest przedmiotem sporu i walki o władzę). Najbardziej jednak boimy się tego, co mogłoby wyniknąć ze zderzenia, zmieszania. Najmocniej nie chcemy krzyżówki.

 

Jeszcze w kwestii wieży. W pejzażu współczesnej polskiej rzeczywistości, przynajmniej w takiej jej wersji jaką chcieliby widzieć ci dla których sprawa minaretu jest bezdyskusyjna (bo wiadomo, że nie ma dla niego miejsca w tym co polskie, katolickie, białe) wieża kojarzona jest jednoznacznie – z kościołem rzymskokatolickim. Dzwonnice i kopuły świątyni katolickiej są niemal nieodłącznym elementem krajobrazu, który sam siebie przedstawia jako narodowy. Górują nad wioskami, wybijają się na plan pierwszy w miejskiej gęstwinie gzymsów, dachów, biurowców. Są jeszcze oczywiście wieżowce, biznesowe drapacze chmur – strzelista architektura innej religii. Niemniej w rysunek wieży w sposób intuicyjny wpisana jest dominacja, centralna, skupiająca pozycja, która czyni zeń punkt odniesienia, środek świata. Wieża ma być konstrukcją monolityczną, proklamacją pewnego porządku – jak w biblijnej opowieści o wieży Babel, która powstawała jako wspólne dzieło – znak jedności, nierozróżnialności, toż-samości i jednakowości. „Chodźcie, zbudujemy sobie miasto i wieżę, której wierzchołek będzie sięgał nieba, i w ten sposób zdobędziemy sobie imię, abyśmy się nie rozproszyli po całej ziemi” [Biblia Tysiąclecia] – wołają konstruktorzy biblijnej budowli, by po chwili oglądać jej ruinę. Klęska spotyka projekt niemożliwy. Utopia absolutnej zgody, trwałości i identyczności musi zakończyć się rozpadem. Ta sama konieczność dotknęła najbardziej znanych wież dwudziestego pierwszego wieku – bliźniaczek World Trade Center. Skonstruowane po to, by, według namaszczającego je prezydenta Nixona, być znakiem porozumienia i harmonii nie tylko między stanami ale i narodami. Co więcej – by wyznaczyć środek i paradygmat tej harmonii, język komunikacji. Jeden, niezmienny i w jakimś sensie hegemonizujący przestrzeń porozumienia, nieprzetłumaczalny, jasno wskazujący na tych, którzy są swoi: rozumiejący i zrozumiali oraz obcych: wymagających tłumaczenia lub pozostających poza możliwością oraz chęcią kontaktu. Wieża jest znakiem centrali i monologu. Jasnego, wertykalnego ładu, określonej estetyki i retoryki. Zbyt wiele niesie ze sobą znaczeń, by móc prawo do niej oddać temu, co nieakceptowane. Wieże są dominantą przestrzeni, a jak wiadomo nad tym, co silne i akcentowane warto mieć kontrolę jeśli nie chce się oddać władzy w przestrzeni symbolicznej. Przecież to właśnie tu, wśród symboli matryca przestrzeni wspólnej formuje się z całą siłą. Wśród wież musi panować czystość gatunkowa.

Jeszcze raz Rajkowska: „O tym, w jakim stanie jest wspólnota, świadczą miejsca, jakie owa wspólnota tworzy, bądź na jakie się godzi. Do czego jest w stanie się przyzwyczaić, a co jest dla niej nieznośne” [Rajkowska. Przewodnik Krytyki Politycznej 237]. Niestabilna i rozchwiana, zalękniona i przerażona perspektywą rozpadu wspólnota potrzebuje stabilnej i grubą kreską zarysowanej granicy, która dopuszcza lub zakazuje pewnych form w przestrzeni miasta. Cenzuruje i ekskomunikuje to, co mogłoby wystawić na próbę społeczność, zmusić ją do namysłu i poruszania się po grząskim gruncie dywagacji, autorefleksji. Jeszcze by się okazało, że pod spodem, pod tą kruchą powierzchnią jest jakieś bagno.

Źródła:

Biblia Tysiąclecia, Wydanie Piąte, Wydawnictwo Pallotinum, Poznań 2000

Sztuka publicznej możliwości. Z Joanną Rajkowską rozmawia Artur Żmijewski, w: Rajkowska. Przewodnik Krytyki Politycznej, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2010.

Mary Douglas, Czystość i zmaza, przeł. Marta Bucholc, PIW, Warszawa 2008.

Michał Wybieralski, Awantura o minaret w Poznaniu, „Gazeta Wyborcza” nr z dn. 30.06.2009.

 

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: