łukasz: światła piątkowych wieczorów

Clear eyes, full hearts, can’t lose.

Coach Eric Tylor

Można wskazać co najmniej dwa dobre powody, żeby w momencie, gdy w Europie powoli ruszają najsilniejsze ligi piłkarskie, kilka słów poświecić zupełnie innemu futbolowi – futbolowi w wersji amerykańskiej – i to nawet mimo tego, że nie tylko do Super Bowl, ale i do pierwszego zagrania, którego długość liczy się w jardach, zostało jeszcze trochę czasu.

Friday Night Lights, plakat, 2006

Pierwszy z nich jest taki, że 25 lipca zakończył się trwający od marca lockout w najważniejszej lidze futbolu amerykańskiego National Football League. „Futbol uratowany, świat wrócił na właściwe tory” – zgodnie ogłosiły na swoich pierwszych stronach wszystkie bez wyjątku amerykańskie gazety, a telewizyjne serwisy informacyjne zaczynały się tego wieczoru od zdjęć wpadających sobie w ramiona zawodników, menadżerów i właścicieli klubów. Po kilkunastu seriach długich negocjacji pomiędzy przedstawicielami ligi i zrzeszeniem zawodników ustalono bowiem nowe limity budżetowe, warunki zatrudnienia i sposoby podziału zysków. Przy tej okazji warto zwrócić uwagę, że niezwykle zdecydowane i sprawne związki zawodowe sportowców to wyjątkowy dziś przypadek w Stanach Zjednoczonych tak silnej pozycji organizacji zrzeszającej pracowników oraz ciekawy przykład modelu solidarności grupowej. Na początku lat dziewięćdziesiątych nie odbyła się część rozgrywek zawodowej ligi hokeja NHL, ponieważ nie było zgody organizacji reprezentującej zawodników na proponowane zarobki graczy pierwszorocznych, w 2004 roku sezon hokejowy z podobnych przyczyn został w ogóle odwołany, a w tej chwili trwa kolejny już w ostatnim dwudziestoleciu lockaut w NBA. Podczas ostatniego koszykarskiego „zawieszenia” w sezonie 1998/1999 jednym z głównych punktów spornych była zbyt niska obowiązująca w lidze płaca minimalna… Jeśli dodać do tego, że aktualnym zdobywcą Super Bowl jest drużyna Green Bay Packers z małego miasta w Wisconsin, jedyna z 32 drużyn NFL działająca jako organizacja non-profit, której rozproszone udziały znajdują się w posiadaniu tysięcy fanów, można by odnieść wrażenie, że zawodowy sport w Ameryce to ostatni bastion rynkowej i społecznej równowagi. Oczywiście pozór równowagi szybko pryśnie, gdy przyjrzymy się wysokości kontraktów zawodników (zwłaszcza ich dysproporcjom), reklamodawców i dostawców sprzętu, lub po prostu cenom biletów na pojedyncze mecze.

Ameryka wysoko ceni sobie swoje sporty, a budowane wokół nich widowiska z pewnością wiele mówią o performatywnym aspekcie kultury amerykańskiej. Choć  telewizyjna transmisja z Super Bowl, w której futbol pojawia się gdzieś pomiędzy hymnem, powrotem kilku odznaczonych żołnierzy z Afganistanu i Iraku witanych na murawie przez odpowiednio „zaskoczone” rodziny, występem J.Lo i/czy Marca Antony’ego oraz najsłynniejszym pasmem reklamowym, może wiele powiedzieć o współczesnej Ameryce, niewiele dowiemy się z niej o samym futbolu i jego codziennym funkcjonowaniu.

Tu właśnie z pomocą przychodzi drugi pretekst do wspomnienia na łamach „mkw” o futbolu amerykańskim. Chodzi o ogłoszone pod koniec lipca nominacje do nagród przemysłu telewizyjnego EMMY. Otóż, drugi rok z rzędu nominacje w trzech najbardziej prestiżowych kategoriach – najlepszy serial obyczajowy, najlepszy aktor pierwszoplanowy i najlepsza aktorka pierwszoplanowa w serialu obyczajowym – otrzymała zakończona niedawno po piątym sezonie produkcja Friday Night Lights (NBC, 2006-2011). To serial już na swój sposób legendarny – o jego szalonej popularności wśród krytyków i jednoczesnych słabych wynikach oglądalności napisano dziesiątki tekstów wypełniających blogi na stronach „The Economist” i „New York Times”, aż po sportową stację ESPN. Bardzo trudno zresztą znaleźć tekst, z którego dowiedzielibyśmy się o tym serialu czegoś więcej niż tyle, że FNL to „wspaniały”, „niezwykły”, „fantastyczny” serial o futbolu amerykańskim, a zarazem o życiu ludzi w małym miasteczku na południu USA. Większość komentatorów niezależnie od tego, jaki jest ich stosunek do futbolu (a wielu z nich podkreśla, że futbol ich w ogóle nie interesuje i… że mieszkają w którymś dużym mieście wschodniego wybrzeża) kieruje się bowiem misją rozpropagowania serialu, którego wadliwa strategia reklamowa (czy wyłącznie ona?) zniechęciła na początku wielu potencjalnych odbiorców, a zwłaszcza liczne odbiorczynie. „Przetrwanie tego serialu [po pierwszym sezonie, kiedy miał być zdjęty z anteny z powodu niskiej oglądalności] to mały, ale ważny dowód na istnienie dobra nawet w prime time’ie”, pisała w 2007 roku publicystka dziennika „New York Times”. W pełnych zachwytu felietonach kolejni krytycy obiecują więc niezapomniane przeżycia, wzruszenia, ale przede wszystkim zapewniają, że FNL ukazuje „prawdę”, „prawdziwe życie”.

Serial, inspirowany wspomnieniami „Buzza” Bissingera, trenera futbolowej drużyny Permian Panthers z miasta Odessa, opowiadający losy licealistów w fikcyjnym mieście Dillon we „Wspaniałym Stanie Teksas”, tego rodzaju efekt realności osiąga nie tylko poprzez skupienie na codzienności niczym niewyróżniającego się miasteczka na amerykańskim południu. Owszem, koncentrując się na historii rodziny licealnego trenera, jego żony pracującej w tej samej szkole jako pedagożka, i uczącej się tam ich dorastającej córki, daje widzowi wyjątkowo dogłębny wgląd w życie rodziny i lokalnej społeczności, wraz z jej hierarchiami, światopoglądami (choćby świętą wiarą w centralną pozycję Teksasu na mapie świata) oraz konfliktami, które nierzadko stanowią odbicie problemów w nieco bardziej zawoalowanej formie dotykających całe Stany Zjednoczone (serial porusza wiec na przykład problem rasizmu, ale pokazuje również, że pewne propagowane w mediach sposoby walki z rasizmem mogą nie przystawać do realiów konkretnego środowiska, a ich ślepe wcielenie w życie może destrukcyjnie działać na lokalną społeczność). Skupienie na lokalności i codzienności to zresztą nie tylko strategia z porządku konstrukcji akcji, ale coś znacznie więcej. Kamera nie wyjeżdża niemal poza Dillon i okoliczne miasteczka, ponieważ tam rysują się granice świata dostępnego większości jego mieszkańców.

Klucza do zrozumienia efektu realizmu można by też poszukiwać w oryginalnej strategii produkcji serialu. Odpowiedzialny za projekt Peter Berg postępując wbrew obowiązującym dziś zwyczajom nie zdecydował się na pracę w studio, ale na 5 lat przeniósł się z ekipą do Teksasu i kręcił na prawdziwych licealnych boiskach i w domach wynajmowanych od mieszkańców Austin i Pflugerville. Aktorzy dostali niespotykaną wolność w kształtowaniu własnych postaci, a scenariusz był zaledwie punktem wyjścia do tego, co wydarzało się na planie. Tu zaś obowiązywała zasada „żadnych prób, żadnych cięć, trzy małe kamery i kręcimy”. Aktorzy więc często nie zdawali sobie sprawy z tego, gdzie dokładnie znajdują się kamerzyści, improwizowali, a przede wszystkim nigdy nie przerywali ciągłości sceny. Jeden ze scenarzystów dołączony po pewnym czasie do ekipy powiedział: „Gdy pierwszy raz pojawiłem się na planie FNL pomyślałem, że to ciekawe – tak właśnie wyobrażałem sobie robienie filmów, zanim zobaczyłem jak na prawdę robi się filmy”.

Ale dopiero inna anegdota z planu, w niepokojący sposób łącząca poziom rzeczywistości, poziom produkcji i poziom fabuły, wyjaśnia niezwykłe oddziaływanie tego serialu i jego zdolność budowania realizmu. W czasie przerwy w kręceniu w obskurnym i zaniedbanym serialowym domu braci Rigginsów – byłego i obecnego futbolisty serialowej drużyny Dillon Panthers, niegdyś zostawionych przez rodziców, dziś nadużywających lekkich piw i ledwo wiążących koniec z końcem – aktor grający młodszego z nich, zapytał kogoś z produkcji o leżący na szafce pierścień za mistrzostwo stanu. „To pewnie rekwizyt” – usłyszał.

– „Nie, to prawdziwy pierścień za Licealne Mistrzostwo Teksasu”.

– „A, to pewnie tego gościa, co tu mieszka i wynajmuje nam dom do kręcenia”.

Czym jest futbol na południu Stanów? Można próbować odświeżać zużyte metafory o religii, święcie i świętości. Ale futbol to (tylko) futbol. W serialu Friday Night Lights futbol to soczewka, poprzez którą z bliska oglądamy amerykańskie społeczeństwo (zwłaszcza południe i prowincję). W życiu tego społeczeństwa futbol to pewien wymiar relacji społecznych, przekształcający inne hierarchie i podziały, ale ich nie znoszący. Z powodu oddania licealnemu (!) futbolowi można przekupić rodziców zdolnego piłkarza i przenieść ich do „naszego” miasteczka, by chłopak zagrał w barwach Panter. Można przesunąć granice szkolnej rejonizacji. Ale można też podporządkować budżet miasta i szkoły futbolowi, inwestując w zarówno pieniądze jak i nadzieje tylko w nikłą część uczniów (wyłącznie chłopców). To futbol nadaje rytm życiu tego społeczeństwa (i to futbol nadaje rytm serialowi). Zarówno w planie tygodnia (oczekiwanie na mecz), jak i sezonu (a sezon to o wiele wazniejsza jednostka podziału czasu niż rok), ale też w planie wielu lat. Lokalne licealne (!) gwiazdy, hołubione przez całe miasto, i ich najpiękniejsze dziewczyny wożone na imprezy pick-upami, najczęściej zostają w Dillon do końca życia; piłkarze z Dillon rzadko są na tyle dobrzy, żeby dostać uniwersyteckie stypendium, nie mówiąc o karierze w NFL. Momenty chwały związane ze zwycięstwami w licealnej (!) drużynie to często najważniejsze chwile ich życia, które przez lata będą jedynie wspominać i które nigdy już się nie powtórzą.

Tradycyjnie piątkowe wieczory to w Stanach Zjednoczonych czas futbolowych meczy licealnych, sobotnie – uniwersyteckich, a w niedziele gra zawodowa liga NFL. Przejście drogi od piątku do niedzieli to marzenie setek tysięcy amerykańskich chłopców, marzenie o sportowym stypendium uniwersyteckim, o wielkiej karierze, sławie i pieniądzach. Do początku sezonu pozostało jeszcze trochę czasu, ale wakacje już dawno się skończyły – menadżerowie klubów i agenci zawodników NFL, na wieść o końcu lockoutu przenieśli materace i kołdry do swoich biur i od 26 lipca 24 godziny na dobę negocjowali i podpisywali kontrakty. Zawodowa liga liczy 32 drużyny, a każda z nich zatrudnia około 80-90 piłkarzy. Sezon zasadniczy trwa ledwie cztery miesiące, w tym czasie drużyna rozgrywa 16 meczy. Pilot lub, jak kto woli, pierwszy odcinek Friday Night Lights, uznawany za jeden z najlepszych pilotów w historii telewizji, zaczyna się piątkowym meczem otwarcia sezonu. Wielka gwiazda drużyny quarterback (QB1) Jason Street, o którego biją się już największe uniwersytety i przed którym zawodowa kariera w NFL, w pierwszym meczu odnosi kontuzję, w wyniku której nie tylko nigdy już nie wybiegnie na boisko, ale nigdy już nie będzie chodził. Banalne? Jasne, ale czy możne lepiej pokazać, czym jest futbol w Ameryce, niż pokazując, czym jest życie bez niego.


 

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: