rozmowa: 68 mff w wenecji – adam kruk, joanna ostrowska, jakub socha

Jakub Socha: Skończył się właśnie festiwal w Wenecji. Od kilku lat pisze się o nim, że się po prostu kończy. Krytycy jego obecnej formuły mówią wprost: kino ustąpiło miejsca gwiazdom z Hollywood, czyli odchodzi tak zwana prostytucja, wyprzedaż ideałów, które zbudowały prestiż tej niemłodej już imprezy. Co wy na to?

Adam Kruk: To punkt widzenia garstki uprzywilejowanych zagranicznych dziennikarzy, akredytowanych przy festiwalu, znudzonych samą festiwalową formułą –  weteranów, przekonanych i przekonujących się wciąż na nowo, że nic już ich nie zaskoczy.

Festiwal wenecki ma jednak także inna recepcję. W czasie jego trwania żyją nim całe Włochy – we wszystkich dziennikach ukazują się codzienne relacje, telewizja żyje kreacjami gwiazd, mówi się o festiwalu na ulicach. To właśnie bez gwiazd Festiwal byłby martwy – stałby się niszową imprezą dla garstki kinofili obrażonych na Hollywood, zaprzeczając samej naturze kina, które od początku swojego istnienia było medium masowym, co nie przekreśla jego artystycznych emanacji.

Joanna Ostrowska: Używanie słowa prostytucja w tej sytuacji to – jak zwykle bywa z używaniem tego słowa – nadużycie. Rzeczywiście wszystkie sprawy związane z czerwonym dywanem mogą mierzić niektórych dziennikarzy, ale nie można zapominać, że to również napędza wenecki festiwal jako wydarzenie i jest częścią tego typu imprez. Ważniejsze chyba jest to, że tegoroczna edycja pokazała po raz kolejny, że filmy bardzo uznanych twórców okazują się niestety niewypałami, co widać np. w przypadku Cronnenberga.

JS: Mówisz Joanna o znanych twórcach, pośrednio chodzi mi właśnie o nich. Ci, którzy narzekają na prostytuowanie się  festiwalu mówią o tym, że organizatorzy boją się otwierać na nowe; że zamiast wyszukiwać nowe nazwiska, stawiać na inne sposoby opowiadania, stawiają na starych mistrzów, jakby oni mieli co najmniej glejt na robienie dobrych filmów. Przereklamowana polityka promowania autorów, w ogóle kino autorskie wydaje się przekleństwem festiwalu na Lido.

Tegoroczny był pasmem rozczarowań kinem mistrzów. zacznijmy może od nich, w konkursie głównym same tuzy: Cronenberg, Polański, Solondz, McQueen, Fridkin, Ferrara, Sukurow. Wszyscy oni zawiedli.

JO: Pełna zgoda, ale nawiązując do tego, co mówi Adam, krytyka tego festiwalu zasadza się również na kwestiach związanych z „celebrytami”. Pytania w stylu: dlaczego pokazują nowy film Madonny? Dlaczego tyle kobiet mdleje na widok Clooneya? itp. dotyczące programu i gwiazd jako takich, które rzeczywiście notorycznie przytulają się do dyrektora Festiwalu, Marco Mullera. Uznani twórcy nie mają glejtu na robienie arcydzieł, bynajmniej, ale nie można zapomnieć, że (co rzadkie w Polsce) Wenecja jest przedsięwzięciem komercyjnym, i w związku z tym trzeba zadbać, aby oprócz nowych nieznanych nazwisk, twórców kina autorskiego, bez względu na to jak je rozumiemy, byli również ci, dla których ludzie śpią po dwie doby przed czerwonym dywanem – to jest całość festiwalowa na wyspie Lido.

AK: Jaki mistrz z McQueena? Przecież w Wenecji pokazał dopiero swój drugi film. Solondz też nie jest wiekowym autorem, a Sokurow nie dostarcza filmów zbyt często, nic dziwnego więc, że nowe jego dzieło wzbudza zainteresowanie wielkich festiwali. Nie zgodzę się też, że wszyscy zawiedli – Polański stworzył dzieło pokazowo wręcz doskonałe (jedyny zarzut, że może za bardzo?). Wyczuwam tu lekki malkontentyzm. Zresztą konkurs to nie sami mistrzowie, wśród 23 filmów znalazła się reprezentacja kinematografii dalekowschodniej (konik Marco Müllera, z wykształcenia sinologa) czy włoskiej. Ci, którzy dostają alergii na widok Mattta Damona czy Gwyneth Paltrow, mieli szansę zgłębić jej dzisiejszą panoramę w sekcji Controcampo Italiano.

JS: Jasne, że jest wiele filmów, jest ich nawet za dużo, ale i tak mówi się o Cronenbergu, Polańskim, takich nazwiskach…

JO: Dlaczego tak jest? Dlatego, że jeśli ktoś przyjeżdża na ten festiwal, to rzeczywiście stara się obejrzeć te filmy, który będą liczyć się pod koniec festiwalu. W przerwach ogląda się sekcje boczne, czy kino włoskie, choć umówmy się: sami wpadamy w pułapkę chęci zobaczenia tego, co w Polsce będzie dystrybuowane dopiero za kilka miesięcy, pół roku, czy po roku….

AK: Podkreślam jednak, że, inaczej niż Cannes, to nie jest festiwal wyłącznie dla dziennikarzy (czy często po prostu turystów kulturalnych). W tydzień po jego zakończeniu – w niedalekim od Wenecji Pordenone w kinie pokazywano trzy filmy: Carnege Polańskiego, Terraferma Emanuele Crialese i Cose dell’altro mondo Francesco Patierno – wszystkie one premierę miały właśnie w Wenecji. Dwa ostatnie są zresztą szeroko dyskutowane, bo podejmują problem (a może to szansa, a na pewno zaś konieczność) emigracji, którego Włosi doświadczają na co dzień. Obecność filmów na Festiwalu ma ogromne znaczenie marketingowe, ale też prestiżowe, wciąż wskazuje na dzieła, o które można się spierać.

 JO: Wrócę do tego, o czym mówił Kuba. McQueen nie jest jeszcze żadnym tuzem podobnie jak Lanthimos, ale zwróćcie uwagę, jak szybko na współczesnych festiwalach ogłasza się „nowe prądy, ruchy i fale” – Grecy, Rumuni. Stąd też te krótkotrwałe fascynacje i mocne zawody. Przy McQueenie liczy się jeszcze to, że rzeczywiście jest uznanym artystą także na polu sztuk wizualnych, starszym bratem, który przy Głodzie udowodnił, że jest w stanie wprowadzić nową jakość w kinie. Niestety we Wstydzie cofnął się o epokę…, co ciężko zaakceptować. Skąd te buńczuczne i absurdalne zdania polskich krytyków: „Wszyscy jesteśmy Brandonami (bohater Wstydu – rola Michaela Fassbendera), czy „Wszyscy wyjechaliśmy w tym roku z festiwalu w Lido ze Wstydem w sercu”…? Sama nie wiem.

JS: Wstyd był obok filmu Lanthimosa tym, na który najbardziej czekałem. Im większe nadzieję, tym większe rozczarowania, to proste. Facet, który jeszcze wczoraj jątrzył, badał granice naszej percepcji, wykrzywiał obrazy, rwał strukturę opowieści założył kapcie i nakręcił z gruntu mieszczańską opowieść o gościu, który ogląda za dużo pornoli, jest za bogaty, za piękny i zbyt ustawiony… Wstyd to film poskładany z klisz, nie rozumiem tych, którzy mówią, że ten film odmienił ich życie…tak samo ich nie rozumiem, jak nie rozumiem wstydu głównego bohatera, który wydaje się, że najbardziej ze wszystkiego wstydzi się tego, że ktoś odkryje, że ogląda pornole po nocach… taki dużo chłopiec, a taki infantylny.

AK: Często nie lubimy filmu, bo nie lubimy bohatera, nie rozumiemy. Ale rozczarowanie tym, czy innym, filmem nie musi prowadzić do zarzucania festiwalowi prostytucji.

JS: Prostytuowanie dotyczy czego innego, choćby tego, że robi się wielkie halo wokół filmu Soderberga, a nie czegoś istotnego. W kuluarach mówiło się w tym roku, że jak pojechał Matt Damon i pojechała Kate Winslet to festiwal się skończył. Oni wyjechali gdzieś w jego połowie, to chyba symptomatyczne. I jeszcze jedno: tego typu rzeczy nie mówili dziennikarze, tylko ci, którzy godzinami czekali pod dywanem na autografy.

JO: Prawdopodobnie będę nudna, ale zgadzam się z Tobą Kuba w stu procentach, szczególnie że kolejny raz mam wrażenie, że w przypadku Wstydu działa zasada „szat cesarza”. Czytając praktycznie wszystkie relacje z Wenecji w polskiej prasie można odnieść wrażenie, że naprawdę ludzie zobaczyli na ekranie inny film McQueena. Mieszczańskość tej opowieści to jedna kwestia. Ważne jest jednak także to jak niewiele nowego McQueen przemyca w tym swoim zgrabnie skrojonym obrazku, który rości sobie prawo do bycia filmem rozliczeniowym. Reżyser Wstydu dotyka jakże ważkiej kwestii kondycji współczesnego człowieka ze „szklanych wieżowców”. Niby ma wszystko, ale najtrudniej odnaleźć mu miłość. Kiedy pojawia się problem i zawodzą standardowe środki zaradcze, zostaje jedynie „pan bóg” i stara, dobra „moralność”… Ileż można, nawet jeśli głównego bohatera gra Michael Fassbender.

JO: Moi Drodzy, kwestia pozafilmowa i około-prostytucyjna: są różni widzowie – dla jednych ważny jest Matt, Kate i Madonna, dla innych Cronnenberg, McQueen, a dla jeszcze innych Tsukamoto, czy plejada włoskich twórców, których my nawet nie znamy… Różne odcienie, wymagania i grupy widzów. To ciekawe szczególnie w porównaniu do polskich festiwali filmowych, gdzie albo liczy się blichtr źle pojęty (patrz: Gdynia) albo kinofilia (patrz: Nowe Horyzonty).

JS: Wróćmy jednak do filmów. Co z Cronenbergiem?

AK: W Niebezpiecznej metodzie bardziej czuć było Christophera Hamptona (autora scenariusza, reżysera pamiętnego Carrington) niż Cronenberga. Połączenie tych dwu jakości nie przyniosło trzeciej, odwrotnie – melodramatyzm scenarzysty został przez Cronemberga wyciszony, a drapieżność reżysera uspokojona przez pióro Hamptona. To nie było dobre połączenie, ja byłem zawiedziony.

JO: W moim przypadku zawiodłam się jeszcze bardziej, niż przy Wstydzie. Nie wiem, czy w tym przypadku rzeczywiście zderzenie Hampton-Cronnenberg doprowadziło do finału w postaci tego nudnego pseudobiograficznego obrazka epoki.

Myślę, że przede wszystkim nie udało się przeniesienie na ekran „teorii”. Próbą, którą widzieliśmy niestety jest kompletną porażką, w której wszystkie psychoanalityczne treści brzmią jak banialuki rodem z psychologii telewizji śniadaniowej. Razi mnie również w tym przypadku układ trójkowy: Jung, Freud i Spielrein, w którym Sabina jest jedynie towarem przetargowym; kobietką, która znajduje wyciszenie w sferze domowej, kiedy zostaje mamą. W tym przypadku, tak jak we wspomnianym wcześniej Wstydzie, razi również totalna stereotypizacja.

JS: A jakie zachwyty, bo na razie tylko narzekamy, to znaczy ja narzekam, wy się bardzo nie bronicie.

AK: Dla mnie ciekawa jest wyczuwalna mocno historia tego najstarszego festiwalu na świecie, którego korzenie sięgają czasu faszyzmu (pierwsza edycja odbyła się w 1932 roku). Obecność duchów przeszłości czuć nie tylko w typowej dla tego czasu architekturze Casino di Venezia, gdzie mieści się biuro prasowe i odbywa się część seansów, ale człowiek potyka się o nią co krok. Chociażby nagrody aktorskie (słynne Copa Volpi) wciąż noszą imię Giuseppe Volpiego – przedsiębiorcy i ministra w rządzie Mussoliniego. Volpi był zresztą założycielem (w 1905 roku) Società Adriatica di Elettricità (SADA) – wielkiego przedsiębiorstwa energetycznego odpowiedzialnego wiele lat później za katastrofę w Vajont, gdzie zniszczeniu uległa wielka tama budowana przez SADA, uśmiercając około 2 tys. osób.

Gdy po Festiwalu zwiedzałem to miejsce, po głowie chodził mi film, który zobaczyłem w Wenecji, La Terre Outrage (reż. Michale Boganim) traktujący o katastrofie w Czarnobylu… Na Festiwalu pojawili się zresztą, grający w nim jedna z głównych ról, Andrzej Chyra.

 JO: Dobrze, że o tym wspominasz, o La Terre Outrage, bo to w końcu jeden z polskich akcentów na Festiwalu. Mimo tego, co napisała polska prasa, w sali Darsena na pierwszym pokazie filmu Boganim nie było kompletu. Raczej można podusmować frekwencję – 1/3 sali. Dokumentalistka, która postanowiła zrealizować fabułę w koprodukcji polsko-ukrainsko-francuskiej przeliczyła się całkowicie.

Jeszcze jedno uściślenie: Andrzej Chyra nie gra w filmie żadnej roli pierwszoplanowej, co również strasznie uwierało część polskiej prasy. Jego postać, inżyniera, który jako jeden z pierwszych dowiaduje się o katastrofie to fabularne kuriozum – scena z rozdawaniem parasolek przechodniom dla ochrony przed radioaktywnym deszczem wywołuje jedynie uczucie zażenowania. Podobnie jak część druga filmu, bardziej współczesna (lata 90-te), kiedy Chyra odgrywa rolę, która prawdopodobnie ma się kojarzyć widzom z postacią Jurodiwego-szaleńca. Niestety kolejny film do kolekcji „tych które po prostu się nie udały”. Czy powinny znaleźć się na takim festiwalu?

AK: Tak. Chociaż film Boganin jest niespójny, czasem zbyt poetycki, innym razem zbyt dosłowny, to jednak pokazuje apokalipsę w sposób imponujący. Odtworzenie realiów 1986 roku robi piorunujące wrażenie, a siła, z jaką niebotyczne ambicje ludzkości, wyrażone w megalomańskich konstrukcjach przemysłowych (tak w przypadku Czarnobyla, jak tamy w Vajont) obracają się przeciwko jednostkom – po cichu (nie zobaczymy tu nuklearnego grzyba) budzi niepokój tak prawdziwy, że równoważy słabości filmu. Zresztą kategoria filmów „które się nie udały” podlega wiecznej dyskusji. Gdyby na Festiwalu pokazywano tylko arcydzieła, pierwszy bym z takiej imprezy uciekał.

JS: A ja na postawione przez Joannę pytanie odpowiem: oczywiście, że nie powinny, ale przecież takich cudacznych tworów na każdym fest jest zatrzęsienie, wróćmy do rzeczy wartościowych, żeby nie było, że nie było po co do Wenecji jechać…Ja na przykład zachwyciłem się filmem Andrei Arnold, lektura szkolna, jaką wydają się Wichrowe wzgórza pod jej rękoma, a chyba przede wszystkim pod rękoma jej operatora zamieniła się w surową opowieść o ludziach nierozerwalnie związanych z miejscem, w którym żyją, sensualną opowieść o tym, że w sumie wszyscy jesteśmy zwierzakami, ale jest w tym fakcie coś zaskakująco wzniosłego… Niektórzy widzieli w tym wszystkim tani nihilizm, niektórym człowiek brodzący po kolana w błocie wydawał się nieprawdziwy, mi wydawał się surowy, ale w swej surowości przejmujący i szczery.

JO: Arnold – pełna zgoda, choć przyznaję szczerze, że udało mi się zasnąć na tym filmie. Jeszcze przed premierą w Wenecji film został kupiony przez Gutek Film także będzie okazja do powtórzenia „przespanych minut”. Mój zachwyt – Le Petit Poucet  Mariny de Van. Najnowszy film reżyserki In my skin, która wzięła na warsztat podobnie jak na przykład czyni to ostatnio Breillat baśń. Odważna decyzja wyboru bardzo określonej konwencji, brak aspiracji do usilnej uniwersalizacji historii, całość rzeczywiście pod względem formalnym ocierająca się o camp. Można ten film przeczytać na różne sposoby. Niekoniecznie zawsze przy pomocy „strukturalnej analizy bajki Proppa” itp. Chylę czoła i mam nadzieję, że przynajmniej na festiwalu NH ten film kiedyś się pojawi.

 JS: Na koniec pytanie banalne, dziecięce, takie może z czasów sprzed sformatowania: co was najbardziej w Wenecji urzekło, co z niej zapamiętacie i czy zamierzacie tam za rok powrócić.

AK: Prócz kilku tytułów, które stworzone były, by sprawiać przyjemność (Carnage Polańskiego,Wilde Salome Ala Pacino, Idy marcowe Clooneya, pokazywany w Wenecji miniserial Todda Haynesa Mildred Pierce) oraz filmów tyleż irytujących, co intrygujących (Alpy Lanthimosa, Un été brulant Philippe’a Garrela, People Mountain, People Sea Caia Shangjuna – zdobywcy Srebrnych Lwów), urok ma festiwal jako taki. Skrojony jest bowiem na miarę człowieka – bardziej niż chociażby Nowe Horyzonty, który możliwości objęcia całości przez jednostkę przerasta. Tu nie czuje się dyskomfortu wiecznej gonitwy, jest czas na spacer, kąpiel, posiłek. Udziela się błogi nastrój włoskiego końca sierpnia.

JS: Ja mimo wszystko z całej tej wyprawy najbardziej zapamiętam podróże na gapę statkami i jedzenie – skromne, ale pyszne…taki sam był zresztą film, który najbardziej podobał mi się w Wenecji, argentyńskie El campo – opowieść o dwójce ludzi na wsi, w kryzysie.

JO: Powrócić – oczywiście! Zapamiętałam blichtr, który w żaden sposób mnie nie odpychał. Zresztą nie zapomnę nigdy pierwszej konferencji prasowej z Madonną, a wcześniej projekcji jej filmu, na którym bawiliśmy się najlepiej na świecie. Podobnie jak codzienne wyprawy o świcie stateczkiem z Fusiny. Filmowo praktycznie wszystko mimo wielu „rozczarowań” – ale chyba najbardziej pierwszy film „Wojownicy Tęczy” Te-Sheng Weia. Miał w sobie urok kuriozalnej projekcji, której nie da się po prostu zapomnieć. Poza tym od pierwszego dnia organizatorzy pokazywali mini-serial HBO Mildred Pierce, o którym wspominał Adam. Oby więcej tego typu festiwalowych eksperymentów.

***

Adam Kruk –  krytyk filmowy, dziennikarz, absolwent filmoznawstwa UAM. Redaktor programu Flaneur kulturalny dla dwutygodnik.com, wydawnictw Jan Nowak-Jeziorański (2010), Tutejsi (2009) oraz strony popvictims.pl. Współautor książek Stanisław Lenartowicz – twórca osobny (2011), Cóż wiesz o pięknem? (2007) i Polskie kino niezależne (2005). Publikował między innymi w „Hiro”, „Czasie Kultury”, „Kwartalniku Filmowym”, „Kinie”, „Toposie” i Filmwebie. Laureat 2. nagrody w Konkursie im. Krzysztofa Mętraka (2011).

Joanna Ostrowska – doktorantka na Wydziale Historycznym UJ, studentka filmoznawstwa UJ, produkcji filmowej i telewizyjnej PWSFTv i T w Łodzi i Gender Studies UW, członkini Krytyki Politycznej i Restartu, publikowała między innymi w czasopismach „Krytyka Polityczna”, „Ha!art”, „Polityka”, „Film”, „Res Publika Nowa”, „Teksty Drugie”, „Czas Kultury”, „Dwutygodnik.com”, „Midrasz”. Jest współautorką książek Kino Polskie 1989-2009. Historia krytyczna, Auschwitz i Holokaust. Dylematy i wyzwania polskiej edukacji, Seriale. Przewodnik Krytyki Politycznej. Wykładała w Katedrze Judaistyki UJ, na Gender Studies UJ, UW i IBL PAN oraz w Pracowni Pytań Granicznych UAM.

Jakub Socha – krytyk filmowy, kieruje działem filmowym czasopisma dwutygodnik.com. Zwycięzca konkursu im. Krzysztofa Mętraka (2007). Współzałożyciel nieistniejącej już „Gazety Filmowej”. Publikuje w „Filmie”, „Kinie”, „Gazecie Wyborczej”. Współautor tomów Polskie kino niezależne oraz Nie chcę spać sam. Kino Tsai Ming-Lianga.

 

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: