ariel lisowski: futbolowa gorączka

Jednym z głównych tematów debaty publicznej ostatniego „sezonu” są kibice, a konkretnie, przestępcy stadionowi (bo skoro ktoś łamie prawo, to tak się go powinno nazywać; choć relacja pomiędzy „kibicami”, „kibolami” i „przestępcami” pozostaje w tej debacie niesprecyzowana). Między innymi politycy, żonglują różnymi pojęciami, stawiając tezy (nieweryfikowane żadnymi danymi, ani badaniami) obliczone na rozmaite korzyści polityczne. Od marca 2011 roku i wydarzeń w Kownie (nie mam namyśli kompromitacji reprezentacji prowadzonej przez Franciszka Smudę), czyli burd wywołanych na stadionie, zaczęto „straszyć” wizją najazdu europejskich „barbarzyńców” podczas Euro2012, którzy przyjadą w zupełnie innych celach, niż oglądanie meczów i dopingowanie swoich reprezentacji. Sugeruje się, że owi „barbarzyńcy” urządzą sobie swoiste igrzyska, w których głównymi konkurencjami będą: ustawki, starcia z policją, demolowanie ulic polskich miast oraz pijaństwo. Owe teorie padają najczęściej z ust osób, które o piłce nożnej wiedzą tyle, że się ją kopie, a stadion do tej pory kojarzył się im z bazarem. Ich rewersem są zaś zapewnienia policji o pełnej mobilizacji i przygotowaniu do imprezy, czego dowodzą prezentując  dumnie sprzęt i nowoczesne umundurowanie. Obrazki te przypominają przegląd wojsk tuż przed wymarszem z koszar. Dlatego warto się zastanowic, kim są ludzie, którzy odwiedzą Polskę w związku z najważniejszym w skali całego świata piłkarskim turniejem 2012 roku.

Podążając za interpretacją Michaela Maffesoliego dotyczącą współczesnych społeczeństw, grupy kibiców można nazwać plemionami, wpisując się w teorię neotrybalizmu głoszoną przez francuskiego uczonego. Przede wszystkim współczesne plemiona nie mają potrzeby kreowania i posiadania wspólnego celu; nie mają żadnego projektu ekonomicznego, politycznego, społecznego do urzeczywistnienia. Ich żywotność opiera się na przyjemności bycia razem, intensywności chwili i radości korzystania ze świata takiego, jaki jest. Grupy kibicowskie spełniają ten warunek. Dowodzi tego fakt, iż do tej pory nie powstała nigdzie kibicowska partia polityczna (przynajmniej ja nie słyszałem o czymś takim), żadna wspólnota nie chciała obalać rządów (sprzeciwiano się działaniom polityków, ale nie chciano przejmować władzy), a gdy PZPN wprowadził kartę kibica od razu odezwały się głosy sprzeciwu. (Oczywiście nie oznacza to, że żadne poglądy polityczne i ideologie nie pojawiają się na stadionach, nie są one jednak (wciąż) kluczowe dla funkcjonowania kibiców).   Ktoś w tym miejscu zapyta się, co ze stowarzyszeniami kibiców? Oczywiście istnieją takie podmioty, ale po pierwsze nie jest tak, iż każdy kibic (zarówno ten na stadionie jak i przed telewizorem) należy do jakiegoś stowarzyszenia (większość nie należy), a poza tym organizacje te ograniczają się do wąskiej grupy osób i nawet większość ultrasów, czyli najwierniejszych kibiców chodzących na mecze przedewszystkim by przygotować oprawę i dopingować swoją drużynę, formalnie nie są ich członkami (stąd wynikają niejednokrotnie problemy z identyfikacją osób biorących udział w zamieszkach stadionowych). Zwrócę uwagę również, iż dyskusja o stowarzyszeniach kibiców związana jest z klubowym futbolem, ja zaś poruszam zagadnienie skoncentrowane wokół reprezentacji. Dla tego nie wszystko, o czym piszę da się odnieść do kibiców drużyn klubowych. Pojęcie kibica reprezentacji nie jest tożsame z pojęciem kibica drużyny klubowej. Wróćmy jednak do sedna sprawy. Idąc na mecz nie chcemy go wygrać, lecz przeżywać we wspólnocie i dlatego oglądamy spotkanie piłkarskie na stadionie, w pubie, czy zapraszamy znajomych w tym celu do siebie. Bardzo dobrze oddają to słowa Jana Nowickiego z reklamy bynajmniej niezachęcającej do przychodzenia na stadiony, lecz jednej z sieci telekomunikacyjnych nomen omen silnie związanej z europejskim futbolem. Opowiada on: „Kiedyś oglądałem mecz przy pustych trybunach. Tragedia! Siedziałem jak manekin, ani się z kimś cieszyć, wkurzyć. Samemu to się można ogolić.”

By mówić o tkance, nie zaś pojedynczych komórkach, musi pomiędzy nimi występować glutinum mundi, tzw. klej świata, spajający przeciwieństwa i sprawiający, że mimo zróżnicowania wszystkie elementy tworzą całość. W tym kontekście spoiwo stanowi drużyna, reprezentacja narodowa, której poczynania śledzą ludzie w różnym wieku, o różnych sympatiach, przekonaniach, wykonujących różne zawody, rywalizujący na co dzień ze sobą na różnych płaszczyznach. W ramach takiej grupy akcentuje się elementy łączące, wytwarzające wspólnotę.

By zakończyć robocze dowodzenie słuszności opisywania kibiców jako neoplemiona muszę wskazać kluczową obok grupizmu właściwość neotrybalizmu, czyli obecność bóstwa społecznego. Nie ma to związku z niczym mistycznym, mitycznym, czy parareligijnym. Bóstwo społeczne to zjawisko, rzeczy wokół której koncentruje się dana społeczność i organizuje swój kosmos. W opisywanym kontekście funkcje owego bóstwa społecznego pełni piłka nożna na poziomie reprezentacyjnym.

Czytelnicy nastawieni sceptycznie do neotrybalizmu, zwłaszcza w formie głoszonej przeze mnie, zwrócą uwagę na fakt, iż społeczności kibicowskie przyjadą przecież na obcy teren, więc dla czego miałyby przestrzegać panujących norm, zasad i mieć jakiekolwiek zahamowania w niszczeniu koszy na śmieci, ławek w parku etc. Oczywiście „niepokój o przestrzeń”, a zwłaszcza zachowanie w niej owych plemion jest zrozumiały, zwłaszcza że można podać wiele przykładów, kiedy pseudokibice niszczyli przestrzeń publiczną w krajach pełniących rolę gospodarzy. Pominięcie tych faktów oznaczałoby tworzenie i powtarzanie mitu o idealnych kibicach, czego nie mam zamiaru czynić. Opisuję ogólną sytuację, bo do niej odwołują się wypowiedzi w dyskursie publicznym i to jej świadkiem w czasie Euro będzie statystyczny Polak. Powróćmy jednak do tego, czym jest przestrzeń kibiców reprezentacyjnych. Ich świat to stadion, ale jako przestrzeń symboliczna, nie konkretne miejsce. Potwierdza to przyśpiewka kibiców: „gramy u siebie”. Dla tego polskie stadiony będą w równym stopniu, hiszpańskie, niemieckie, włoskie, co polskie i wszędzie tam, gdzie znajdą się kibice uczestniczących w turnieju reprezentacji zachowywać będą się oni jakby byli u siebie, a nie kala się przecież swego gniazda. Dodatkowo przestrzeń plemienna to przestrzeń święta, bo w takiej właśnie funkcjonuje człowiek religijny, a nim – w myśl powziętych założeń – jest każdy człowiek plemienny (funkcjonuje we wspólnocie skupionej wokół danego bóstwa społecznego). W centralnym punkcie (stadionie) znajduje się bóstwo, trybuny zaś to miejsce najbliżej środka, tam właśnie chce przebywać człowiek religijny, więc niszczenie go to działanie przeciw bóstwu i wykluczenie się z danej wspólnoty. Granice przestrzeni uświęconej dzięki „teofanii” (choć do jej ustalenia, wystarczy wyłącznie znak i nie potrzeba objawienia się bóstwa) nie są bramami stadionowymi, lecz granicami naszego państwa, bo „tu i teraz” odbywać się będzie turniej.

Tym razem pojawić się może kolejna wątpliwość dotycząca pojęcia czasu. Skoro „teofania” następuje podczas meczu, który trawa dziewięćdziesiąt minut, czy opisana przeze mnie przestrzeń po meczu nie stanie się zwykłą przestrzenią i wówczas zostanie narażona przez to na akty wandalizmu? „Czas święty” nie zaczyna się wraz z pierwszym gwizdkiem arbitra, a kończy wraz z ostatnim. Początek stanowi dzień rozpoczęcia turnieju, a koniec moment, w którym zostaje wzniesiony przez kapitana zwycięskiej drużyny puchar im. Henriego Delaunaya. Nie można dowolne wstępować i występować z tego kręgu czasowego, bo albo się wierzy, albo nie. Oczywiście „czas święty” (niezależnie od kontekstu) nie ma struktury linearnej, co prawda wyróżniamy jego początek i koniec, ale odnawia się, bez końca się odzyskuje dla tego nie zmienia się i nie wyczerpuje. W przypadku Euro widać to bardzo dobrze. Turniej odbywa się raz na cztery lata w czerwcu i lipcu, przebiega w ten sam sposób (faza grupowa, a po niej faza pucharowa) oraz stanowi przejście od chaosu do kosmosu, czyli właściwego porządku. Odszukamy go w przebiegu meczu. Nie przebiegu samej gry, ale „ram”, w jakich gra zostaje osadzona, to znaczy w rytuale (wyjście piłkarzy w dwóch kolumnach, trzymając za ręce małe dzieci, wysłuchanie hymnów, przywitanie się drużyn, wymiana proporczyków) oraz w uporządkowaniu gry (dwie połowy po czterdzieści pięć minut, ewentualnie doliczony czas gry, dogrywka i rzuty karne w przypadku braku rozstrzygnięcia w fazie pucharowej).

 Pragnąc efektownie zakończyć swój tekst mógłbym odwołać się do Ruth Benedict i odpowiedzieć na pytanie, czy do Polski na Euro2012 przyjadą djonizyjczycy, czy też apollonijczycy. Byłoby to uzasadnione, gdyż w książce Czas plemion (w niej zawarł swoje poglądy Maffesoli) nie jednokrotnie znajdziemy odwołania do jednego z wyżej wymienionego typu. Jednak zamiast tego podzielę się osobistym doświadczeniem, będącym dopełnieniem mojego wywodu i odpowiedzią na postawione już pytanie. Będąc w 2006 toku przejazdem w Monaco w czasie piłkarskiego mundialu w Niemczech oglądałem mecze ćwierćfinałowe. W czasie pierwszego meczu Anglii z Portugalią nie zauważyłem niczego specjalnego. Po spotkaniu napotkałem paru Portugalczyków cieszących się ze zwycięstwa swojej drużyny, ale nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Wieczorem natomiast miała grać Francja z Brazylią. Na dwie godziny przed spotkaniem okoliczne bary, w których można było obejrzeć mecz oraz „strefa kibica” (ogromny telebim z ustawioną naprzeciw niego trybuną stadionową) zaczęły wypełniać się kibicami trójkolorowych. Tuż przed meczem nawet w najdroższych lokalach nie można było znaleźć wolnego miejsca. Gdy sędzia odgwizdał koniec spotkania (trójkolorowi wygrali 1:0) wszędzie tam gdzie znajdowali się kibic wybuchła zbiorowa euforia. Ludzie, tańczyli, śpiewali, wpadali sobie w ramiona, dzielili się radością ze zwycięstwa. Atmosfera tamtego wieczoru wywarła na mnie niesamowite wrażenie, pierwszy raz mogłem przeżywać osobiście tego typu emocje. Wydawało się wówczas, iż ludzie postradali zmysły. Nie spostrzegłem wówczas, ani jednej osoby sfrustrowanej, agresywnej, prowokującej do wszczęcia zamieszek, a przecież znajdowali się również tam fani canarinhos. Dzięki rozgrywaniu piłkarskich mistrzostw europy w naszym kraju będziemy mieli niepowtarzalną okazję obserwować i uczestniczyć w tego typu festiwalach radości niezależnie od wyników naszych orłów.

Czy wobec tego, co napisałem to dopuszczam ewentualność, iż może dojść do incydentów z udziałem kibiców? Jak najbardziej, ale potraktowałbym to w kategoriach „błędu statystycznego”, bo czy w najspokojniejszy weekend nie znajdziemy lokalu, w którym znajdujący się pod wpływem alkoholu klient wszczął awanturę, czy zostanie wywrócony jakiś kosz na śmieci lub też podczas jakiejś tzw. imprezy masowej nie został za swoje zachowanie wyproszony? Jak mawiał poeta nie ma róży bez kolców, tak samo zawsze pośród tysięcy kibiców z całej europy odwiedzających nas z okazji mistrzostw mogą się pojawić tzw. czarne owce, lecz to nie powód by straszyć nimi społeczeństwo. Nie bójmy się i wyjdźmy na spotkanie z piłkarskimi plemionami, bo następna okazja do ich goszczenia u siebie nie przydarzy się prędko zwłaszcza, że nie wiemy, czy przeżywane uniesienie podczas losowania grup nie było dla nas ostatnim związanym z naszą drużyną.

Bibliografia:

Michell Maffesoli, Czas plemion. Schyłek indywidualizmu w społeczeństwach ponowoczesnych, przeł. Marta Bucholc, PWN, Warszawa 2008.

Ariel Lisowski – student kulturoznawstwa, sędzia Polskiego Związku Tenisowego, kibic. Zajmuje się kulturową antropologią oraz historią sportu, bada zmiany obyczajów związanych z „jedzeniem i piciem”.

 

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: