piotr kubkowski: o reprezentacjach, których być nie powinno

W końcu lat siedemdziesiątych i na początku osiemdziesiątych faworyzowane przez władze Dynamo Kijów zdominowało radzieckie rozgrywki do tego stopnia, że reprezentacja ZSRR stała się w zasadzie sobowtórem kadry ukraińskiego klubu. Projekt, który próbowano urzeczywistnić, miał swoje racjonalne i praktyczne uzasadnienie – po co zmuszać piłkarzy do wyjazdów na dalekie zgrupowania (w przypadku Związku Radzieckiego mogło być to naprawdę daleko…)? Po co każdorazowo zszywać nowy skład spośród profesjonalistów (co prawda w krajach socjalistycznych zawód piłkarza formalnie nie istniał), pracujących na co dzień w kilku lub kilkunastu dobrze zgranych ekipach? Łatwiej postawić na konsekwentne, całoroczne przygotowania, w wyniku których powstawać miała kadra ludzi doskonale dopasowanych, grupa zawodników zgranych, zaprzyjaźnionych i nauczonych odnosić zwycięstwa – a o to w końcu chodzi w  sporcie nowoczesnym… Pomysł okazał się chybiony – gdy okresowo dochodzono do wysokiego stopnia tożsamości składów klubu i reprezentacji, okazywało się, że nie tylko psychika, ale i wydolność piłkarzy nie jest w stanie sprostać wymaganiom jednolitych całorocznych treningów według jednego tylko programu ćwiczeń (trener Dynama był wicetrenerem Sbornej), gry na jednej pozycji i odpowiedzialności za wciąż te same zadania meczowe. System centralnie sterowanej racjonalizacji funkcjonowania reprezentacji upadł kilka lat przed żądnym sportowego sukcesu (ergo substytucji stanu ogólnego powodzenia) systemem politycznym ZSRR.

W Korei Północnej do dziś drużyna reprezentacyjna w znacznej mierze odpowiada składem założonemu w latach siedemdziesiątych przez samego Kim Dzong Ila klubowi o enigmatycznej nazwie „4.25”, liderowi wszelkich klubowych statystyk dotyczących rozgrywek KRLD. Kluby piłkarskie w Korei nie reprezentują ani poszczególnych miast, ani ich dzielnic, nie zostały też założone przy większych zakładach przemysłowych; każdy z nich reprezentuje za to jedno z ministerstw, najpotężniejszy zaś klub, rzeczony 4.25 – Koreańską Armię Ludową. Drużyna ulepiona błogosławiącą ręką przywódcy wygrywa w lidze w imieniu wojska północnokoreańskiego, symbolicznie ukazując jego faktyczną dominację w kraju. Politycznie i państwowo uwikłana liga północnokoreańska, pozbawiona kapitalistycznej sprężyny rządzącej piłką klubową w reszcie świata, jawi się jako piłkarska organizacja „na opak”. Jako reprezentacyjny oddział wojskowy drużyna strzela gole kapitalistycznym wrogom z innych państw (czasem dzieje się odwrotnie, na wszelki wypadek mecze nie są transmitowane na żywo), utrzymując postawę bojową i pilnując własnej cnoty, wodzonej na pokuszenie przez powaby zagranicznych miejsc goszczących rozgrywki międzynarodowe, ostatnio w 2010 roku – RPA.

Do dwóch powyższych przykładów piłkarskiego, klubowo-reprezentacyjnego qui-pro-quo dołącza się zabawne zamieszanie z logiem PZPN, do którego doszło we włoskich mediach po ostatnim losowaniu grup finałów Mistrzostw Europy – w wyniku językowego u źródeł błędu włoscy kibice zamiast symbolu związku mogli zobaczyć na ekranach telewizorów herb warszawskiej Polonii… I aż chciałoby się powiedzieć, że pomyłka to wielce symptomatyczna, że można w niej dostrzec schemat jakiejś prawidłowości naszych czasów, w których rywalizacja między klubami piłkarskimi przyćmiewa pucharowe rozgrywki między narodami. Czy jednak jest tak rzeczywiście? Kluby sportowe, pozostające często w prywatnych rękach, sponsorowane przez korporacje medialne, komunikacyjne molochy oraz gigantów spożywczych, będące niejednokrotnie pupilami milionerów łożących na nie ogromne pieniądze, powinny stwarzać widowiska o klasę lepsze niż reprezentacje narodowe, których zgrupowania odbywają się mniej regularnie, których trenerzy, chcąc powołać zawodnika, są często zakładnikami dobrej woli włodarzy jego klubu. Najmocniejsze kluby świata, prowadząc sieć szkółek piłkarskich, w których trenuje się dobrze rokujących zawodników, potrafią związać ich ze sobą o wiele skuteczniej, niż krajowe związki piłki nożnej: w Europie i na świecie praktykuje się proceder polegający na podkupywaniu sportowców, zapraszaniu do występu – choć raz – w danej drużynie narodowej, by, zgodnie z zasadą skalanego dziewictwa, uniemożliwić im powrót do gry w kadrze własnego państwa.

Model klubowy jest zatem atrakcyjny i zarazem zaraźliwy – selekcjonerzy narodowi, nie chcąc ograniczać się do zawodników urodzonych i wychowanych w kraju, szukają podstaw, by zatrudnić najemników z zewnątrz. Ci zaś chętnie się na to godzą, czy to dlatego, że pochodząc z kraju z dalszych pozycji rankingu FIFA, nie chcą marnować kariery na współpracę z mniej utalentowanymi pobratymcami, tudzież gorzej płacącymi federacjami i wybierają bardziej rozwojowy kierunek (np. kadrę Niemiec), czy to, ponieważ nie mają szans na znalezienie miejsca w ojczystej kadrze (np. brazylijskiej), wolą – choćby na niższym poziomie – grać i budować swoją piłkarską wartość wizerunkową w reprezentacji futbolowych średniaków (np. Polska). Każdy taki przypadek jest inny, delikatny, często budzi emocje wśród kibiców, wzbudza dyskusje między osobistościami świata sportu – prezesami federacji, działaczami, trenerami. I nawet rekonstruując ten mechanizm, trzeba starannie dobierać słowa – balansujemy bowiem na granicy poprawności politycznej, starając się unikać pułapek nacjonal-logicznych schematów oraz anachronicznych klisz, którymi posługują się uczestnicy sporów.

 

Pytanie o miejsce reprezentacji w imaginarium współczesnego futbolu jest chyba nadal aktualne – przywołajmy choćby głośną w ostatnich miesiącach sprawę godła i jego miejsca na piłkarskiej koszulce. Argumentacja przywoływana przez pomysłodawców zastąpienia symbolu narodowego nowym – skądinąd chyba całkiem udanym – logotypem PZPN była następująca: to drugie w przeciwieństwie do naszywki z orłem byłoby chronione jako zastrzeżony znak handlowy, co ułatwiłoby ochronę monopolu firmy odzieżowej i związku sportowego na produkcję i rozprowadzanie koszulek i spodenek reprezentacyjnych. Sprawa wprawiła w ruch media (post-?)patriotycznego dyskursu – wypowiadali się politycy – reprezentanci władzy i opozycji, socjolodzy, dziennikarze i, a jakże, kibice. Na ulicach zwyzywano prezesa PZPN, na mecz reprezentacji (w Poznaniu – gdzie niedawno bito rekordy frekwencyjne na meczach klubowych) przyszła garstka osób: za powrotem “orzełka”, jak zaczęto familiarnie zdrabniać nazwę polskiego Turula, zagłosowano nogami. Jak się okazało, skutecznie – ptak wrócił na swoje miejsce. Pytanie o rolę dziennikarzy w tym teatrze świętowania społecznego oburzenia (są oni barometrem jedynie, czy też źródłem tego spektaklu?) sprowadza się do nierozwiązywalnego dylematu o pierwszeństwie jajka lub kury, należy je więc – przynajmniej częściowo – zawiesić.

A więc reprezentacja wciąż nas pociąga, wciąż jest sexy, choć w wersji retro, nieco perwersyjnie. Jedenastu ubranych w narodowe barwy mężczyzn (!) staje na baczność podczas hymnu (ważny moment – kibice z uwagą patrzą, którzy piłkarze śpiewają, a którzy milczą, którzy się garbią, a którzy po amerykańsku trzymają rękę na piersi), w komentarzu słyszymy słowa, które bez owego wzniosłego kontekstu wydałyby się śmieszne – piłkarzy nazywa się orłami, sokołami, husarzami, bohaterami. I choć kadrowicze mają po dwadzieścia – trzydzieści lat, komentator będzie mówił też o nich „chłopcy” („chłopcy Smudy”), jakby przywołując widzów do porządku sugestią, że to tylko gra, zabawa, a owi rzekomi mężczyźni należą do innej rzeczywistości – boiskowego Neverlandu. Obok meczu toczy się więc inna (pośród wielu) gra znaczeń – między tym, co mówimy o międzynarodowej rywalizacji na poważnie, a tym, co na niby, między uznaniem rozgrywek za sprawę poważną, a potraktowaniem ich z pobłażaniem, między wpisaniem futbolu w porządek codzienności (w tym porządek prawa: piłkarze za swoje boiskowe zachowanie odpowiadają na podstawie kodeksów karnych i kodeksów wykroczeń) a wyłączeniem poza jej nawias.

 

I tu widzimy chyba jedno ze źródeł żywotności systemu rozgrywek i niesłabnącej popularności rywalizacji między reprezentacjami narodowymi.  Mistrzostwa kontynentalne (definicja granic kontynentu i – co za tym idzie – składu drużyn mogących wystąpić w mistrzostwach to kolejne pole znaczeń godne zastanowienia) lub światowe dają możliwość uruchomienia pewnych dyskursów, których poza okolicznościami związanymi ze sportem podejmować nie wypada, a nawet nie wolno. Przez tych kilka tygodni można bez obciachu używać słów „rodacy”, mówić o charakterze narodowym, posługiwać się stereotypami: Hiszpanie są radośni i żywiołowi, Skandynawowie solidni, Niemcy precyzyjni, konsekwentni i dobrze zorganizowani, Polacy słabi psychicznie, ale umiejący się zmobilizować. Co więcej – bez ogródek i na poważnie mówimy, że rywalizację z Rosją  (potoczna, acz znacząca metonimia) Polacy traktują „prestiżowo”, a jeśli z Niemcami gramy (kolejna) w Gdańsku, to mecz nabiera „szczególnego historycznego znaczenia”. Powołujemy się na „odwieczne” antagonizmy i sojusze, przywołujemy historie konfliktów i różnie rozumiane długi wdzięczności. Bez ograniczeń respektowanych na co dzień zasad poprawności politycznej spuszczamy powietrze z balona historycznych zaszłości. Przy okazji organizacji niedawnego mundialu, jak komentowano w całej Europie, również nad Łabą i Renem, nasi zachodni sąsiedzi na nowo nauczyli się odczuwać dumę ze swojego kraju. W Bośni i Hercegowinie kibicuje się trzem drużynom narodowym, serbskiej, chorwackiej i bośniackiej (o czym przekonać się możemy w pubach w Hercegowinie oraz w Republice Serbskiej), przy czym tylko ta ostatnia reprezentuje ten kraj w rozgrywkach międzynarodowych. Irlandczycy jako szczególne wyzwanie traktują spotkania z Anglikami, a Norwegowie ze Szwedami itd. Noszenie narodowych barw, przywoływanie słów hymnów, mierzenie sił europejskich potęg przestaje być odczuwane jako kłopotliwe i pozwala odreagować codzienny nakaz myślenia o Europie w kategoriach przyjaźni, solidarności i wzajemnej miłości. Pokusie tej w równej mierze ulegają media liberalne, co, w sposób oczywisty, prawicowe. Można by rzec, że „naprawdę” Polakami, Niemcami, Irlandczykami, Czechami, Anglikami, Włochami czy Belgami poczuć się nam wolno tylko w czasie świąt sportowych. Tu wydarzenie sportowe zbliża nas do festiwalowego charakteru stanu wojny. O sporcie często mówi się w kategoriach wentyla bezpieczeństwa, tymczasem, jak pokazał choćby przykład wojny stu godzin miedzy Hondurasem a Salwadorem, zamiast kanalizować agresję, futbol może ją katalizować.

Problem jest oczywiście szerszy i dotyczy historycznych uwikłań piłki nożnej w politykę: ten robotniczy sport w swoich nowoczesnych, dziewiętnastowiecznych początkach krytykowany był przez część socjalistycznych działaczy jako kapitalistyczne narzędzie rozładowywania klasowych napięć, przez innych doceniany był zaś jako narzędzie ich stymulacji. Dziś z jednej strony stadionowe trybuny w znacznej (a w każdym razie głośniejszej) mierze wypełnione są reprezentantami ekstremistycznej ksenofobicznej kontrkultury, z drugiej działaczami lewicowymi (Antonio Negri kibicuje drużynie A.C. Milanu, kontrolowanej skądinąd przez Berlusconiego, także kibice Celticu Glasgow to w większości elektorat lewicowy itd.). Przykłady proweniencji poszczególnych klubów i politycznych sympatii ich zwolenników można by mnożyć, tym niemniej schematy kibicowania drużynom narodowym pozostają bez zmian. Warto dodać przy okazji banalną uwagę, że to właśnie żywioł rozgrywek klubowych jest dla piłki nożnej pierwotny – pierwszy mecz między drużynami narodowymi (Anglii i Szkocji) rozegrany został w 1870, dopiero kilka lat po założeniu pierwszych notowanych przez historyków FIFA angielskich klubów piłkarskich, regularne rozrywki międzyklubowe (profesjonalna liga w Anglii od roku 1888) poprzedzają zaś turnieje reprezentacyjne (Igrzyska Olimpijskie w Paryżu w 1900 – turniej futbolowy rozegrany bez medali, jako sport pokazowy).

Powiada się, że czas Mundialu, czas Euro to piłkarski festiwal, okres karnawału. I kryje się w tym porównaniu jakaś słuszna – chyba po trosze także antropologicznie – intuicja. Co roku i przez cały sezon w świecie piłkarskim toczy się codzienność, regulowana rytmem rozgrywek ligowych i pucharowych na szczeblu wewnątrzpaństwowym i międzynarodowym. Tylko co cztery lata rozgrywane są wielkie imprezy finałów kontynentalnych i światowych (oczywiście wymagają one długich kwalifikacji i sprawdzianów formy w postaci meczów towarzyskich – te jednak nie budzą tak wielkich emocji). Na ten czas zawiesza się więc na ogół inne rozgrywki, a kibice biorą w nawias międzyklubowe animozje. Piłkarze zostają zmobilizowani, przegrupowani i oddelegowani do nowych oddziałów, reprezentujących inne – także lokalne, lecz na wyższym poziomie – idee, wyobrażenia, stereotypy. Obowiązuje ich odtąd jedynie rygor zaprowadzony przez narodowy sztab trenerski, zostają zamknięci w ośrodkach szkoleniowych i odizolowani w zamieszkiwanych hotelach.

Miasta organizujące mecze finałów zostają przeorganizowane i urządzone pod kątem kibiców. Na innych zasadach działa transport publiczny, służby porządkowe itd. Odmienność sposobów kibicowania klubowego i narodowego – nie tylko ich skala, ale też charakter zachowań – jest łatwo zauważalna: doping staje się (niemal) powszechny i odwołuje się do zupełnie innego katalogu symboli i znaczeń niż na co dzień. Media rzadziej niż w przypadku komentowania rozgrywek ligowych odwołują się do wartości pieniężnej danych zawodników, nie ma mowy o wartości transferu lub niewyobrażalnych zarobkach – raczej o premii za osiągnięcie określonego wyniku w mistrzostwach. Piłka nożna, jak rozgrywki sportowe w ogóle, podlega magii liczb – to już temat do oddzielnych rozważań – statystycy skrupulatnie odnotowują liczbę występów zawodnikach w poszczególnych zespołach, strzelone gole, efektywność itd. W czasie mistrzostw najważniejsze stają się liczby opisujące bilans dotychczasowej rywalizacji między państwami – szkicuje się inne oblicze historii Europy, świata. Abstrakcyjne wartości mają odzwierciedlać zaciętość konkurencji, upewniać o oczekującym zwycięstwie lub pobudzać ambicję podjęcia zaciętej walki z wyżej notowanym przeciwnikiem.

Czemu te sentymenty wciąż są tak żywotne, choć tak anachroniczne? A może żyją właśnie dlatego, że są anachroniczne i dlatego, że uprawomocniają owe anachroniczne uczucia i zachowania (tak jak konserwatyzm i wychylenie wstecz jest rewersem nowoczesności)? Mistrzostwa pozwalają skonstruować bohaterów zbiorowości (nieco ułomnych w swojej tymczasowości), pozwalają poczuć wspólnotę, która nie istnieje. Albo właśnie istnieje, lecz daje o sobie znać wyłącznie w tych rzadkich momentach. Kibicom rozgrywki międzynarodowe pozwalają obejrzeć współpracę piłkarzy z klubów kojarzonych jako wrogie. Jeden pozór zawiesza inny pozór, jedna rzeczywistość emocjonalna czasowo unieważnia inną. Wokół narodowych totemów (potraktujmy ten termin niezobowiązująco) bez obciachu wolno zgromadzić się społeczności, tak jak wszyscy niedawno skupili się wokół „orzełka”-banity.

Zawiązująca się wspólnota jest wreszcie demokratyczna – to także składowa czaru mistrzostw – widzowie tak samo siedzą w pubach i w domach przed telewizorami, inni, także równi (choć z tańszymi i droższymi wejściówkami) na trybunach stadionów. A gdy (porażką) skończą się mistrzostwa, ukonstytuowana wokół wspólnej sprawy egalitarna społeczność kibicowska, jednakowo biało-czerwona brać, zgodnie z zasadami mechanizmu mimetycznego skaże na śmierć trenera, może prezesa związku i innych na to zasługujących.

 
0 komentarzy do tekstu “piotr kubkowski: o reprezentacjach, których być nie powinno”

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: