weronika plińska: londyn przed igrzyskami

Żadne inne wydarzenia nie przyciągają uwagi tak skutecznie, jak wielkie widowiska w przestrzeni miejskiej, żadne też nie są obarczone tak dużym ryzykiem gentryfikacji. Czy uda się temu zapobiec w Stratford?

Stratford (E15) to dzielnica wschodniego Londynu, położona nieopodal dużego węzła komunikacyjnego, gdzie krzyżują się trasy kilku linii pociągów i kilku linii metra. Ze Stratford można dotrzeć do pierwszej strefy komunikacyjnej w dziesięć minut. Blisko jest stąd zatem do eleganckiego i pełnego biurowców City, do atrakcji turystycznych takich jak London Bridge, czy Tower Hill, do artystycznego Brick Lane, czy na Liverpool Street. Sam East End był niegdyś krańcem wschodnim Londynu, choć dziś już trudno w to wierzyć, wiedząc, że w przeszłości zachodni kraniec miasta wyznaczała tętniąca życiem Oxford Street.

Angielski przewodnik turystyczny, wioząc mnie i innych turystów po pierwszej strefie żartował, że w East Endzie nikt nie mówi w jego języku. Wschodnia część miasta bowiem, tradycyjnie już, jest i była zamieszkiwana przez emigrantów z byłych brytyjskich kolonii i ich potomków, a dziś również przez emigrantów z dawnego bloku socjalistycznego.

Współczesny Londyn to jedno z najbardziej kosmopolitycznych miast na świecie, gdzie politykę w dużym stopniu kształtuje się poprzez strategie wpływania na „społeczności lokalne”, daleko w tyle pozostawiając jednak paradygmat ich asymilacji. Politycy deklarują jednakowoż sprzeciw wobec prób przestrzennego odgradzania się od wyimaginowanych „Obcych”,  rozpoznając działania tego rodzaju jako zagrażające publicznemu bezpieczeństwu. By jednak społeczności lokalne były społeczeństwami lokalnymi i by można było na nie wpływać, należy wcześniej je „uchwycić”, i tutaj w sukurs politykom przychodzą projekty rozwoju społecznego, znane w Wielkiej Brytanii pod nazwą Regeneracji, a czasem i projekty community arts, których twórcy, jak zauważyła antropolożka Kate Crehan, w swoich działaniach nieustannie polują na jednorożca, jakim jest local community [Crehan 2006]. Jak wiadomo, jednorożec ów może zostać schwytany,  jeśli ukaże się mu jego własne odbicie.

Słynne niegdyś stwierdzenie Margaret Thatcher: „społeczeństwo nie istnieje” (there is no such thing as society) „są tylko pojedynczy mężczyźni, kobiety i rodziny”, odbiło się echem w debatach antropologicznych lat 80., otwarcie krytykowane przez badaczy takich jak Marilyn Strathern [zob. Ingold 1996]. Paradoksalnie, hasło „społeczeństwo nie istnieje”, nie jest aż tak bardzo różne od stwierdzenia obecnego premiera Davida Camerona, który za cel stawia sobie „wielkie społeczeństwo” (big society). Rola i odpowiedzialność społeczna państwa mają być bowiem w świetle tych koncepcji ograniczone. W obu wypadkach, to jednostki są odpowiedzialne za życie swoje i swoich dzielnic, to one powinny działać i wykazywać się inicjatywą, być kreatywne i przedsiębiorcze. Ideę rozwoju społecznego łączy się tutaj z ideą rozwoju osobistego. Jeśli chcecie poprawy warunków swojego życia, uwierzcie w siebie i wykorzystajcie szansę. Te hasła brzmią bardzo dobrze. Ich efektem jest jednak, poza głośną, oprotestowaną, zmianą w dotychczasowej polityce dotowania uczelni wyższych przez państwo, także np. wstrzymanie dotacji dla dużych organizacji charytatywnych, w tym tych działających we wschodnim Londynie. Sponsorowanie lokalnie działających charities powinno bowiem leżeć w lokalnym interesie. Dodatkowych kontrowersji przydaje tu niedawny skandal związany z Arts and Humanities Council Research. Rząd próbował wówczas wpłynąć na tę instytucję tak, aby finansowała ona przede wszystkim projekty naukowe stworzone wokół hasła big society. Owe próby zakończyły się jednak fiaskiem, spowodowanym zdecydowanym sprzeciwem środowiska akademickiego.

Flagowym projektem z lat 80., za rządów Margaret Thatcher, była Regeneracja Docklands, która pomimo gospodarczego sukcesu i ogromnego wzrostu znaczenia Canary Wharf, jako centrum biznesowego, mogącego dziś konkurować z samym City,  spowodowała falę głośnych protestów. To, co stało się w Docklands, pozostawiło poczucie, że Regeneracja sprzyja gentryfikacji i bezpowrotnie zmienia oblicza społeczności zamieszkujących dzielnice; społeczności „ściśniętych” przez wprowadzający się tam „wielki kapitał”. Dziś, prezentacja słynnej fotografii „Big Money Is Moving In” Loraine Leeson i Peter Dunna na wystawie w Muzeum Wiktorii i Alberta, staje się pretekstem do przemyślenia etycznych problemów związanych z olbrzymim, komercyjnym sukcesem postmodernistycznej architektury i wzornictwa. Wątek ten poruszany jest także w kontekście Olimpiady, mówi się o konieczności uczenia się na dawnych błędach.

"Big Money is Moving In" Peter Dunn, Loraine Leeson

East End sytuuje się w centrum zainteresowania całego świata jako miejsce, gdzie odbędzie się London Olympics 2012. Jak nietrudno się domyślić, zostało one wytypowane do pełnienia tej roli, gdyż uchodzi za zaniedbaną część Londynu, gdzie mieszkańcy są mocno zubożali, a nieruchomości tańsze. Nierzadko pojawiały się nawet sugestie, jakoby dotychczasowy, „niski rozwój” wschodniej części miasta skutecznie hamował wzrost gospodarczy stolicy. Olimpiada przedstawiana jest jako szansa dla East Endu, inwestycja, która jest tutaj potrzebna.

W kontekście London Olympics, stale obecnym na łamach czasopisma „The Guardian”, pozostaje zatem pytanie o to, dla kogo jest miasteczko olimpijskie i jakie będą skutki Regeneracji w Stratford? Jak poprowadzić ów proces tak, aby skorzystali na tym stali rezydenci dzielnicy, szczególnie ci od dłuższego czasu pozostający bez pracy?

W miejscu Parku Olimpijskiego znajdowała się m. in. fabryka wędzonego łososia, ktoś miał tam jednak, jak mawiają Brytyjczycy, inną rybę do usmażenia. Wiedza o tym, że zjawiska związane z miejskim rozwojem, zaczynają się od „wyczyszczenia” terenu z tego, co się tam wcześniej znajdowało, po to, by stworzyć miejsca dla nowych inwestycji – choć nie bez zadośćuczynienia – po doświadczeniach z Docklands, jest całkowicie jawna. Tak samo jawnym jest zatem pytanie, które dzisiaj zadają sobie i zwykli obywatele, i politycy, i mer Londynu Boris Johnson: jak poprowadzić proces regeneracji tak, by miała ona w zamian jak najwięcej do zaoferowania? Czy wystarczy obietnica, że budynki olimpijskie wkrótce staną się budynkami mieszkalnymi o niewygórowanych czynszach?

logotyp Igrzysk Olimpijskich Londyn 2012

Gdy mieszkałam w Stratford, na początku tego roku, codziennie rano i wieczorem przechodziłam przez centrum handlowe Stratford Shopping Centre, znajdujące się tuż nieopodal głównego dworca. W korytarzu Stratford Shopping Centre prowadzącym do głównej ulicy znajduje się pokaźnych rozmiarów… targowisko. Oferuje się tam odzież, przecenione obuwie, owoce i warzywa, przedmioty służące do dekoracji wnętrz, akcesoria związane z telefonią komórkową, środki do pielęgnacji włosów, bieliznę osobistą.

W Wielkiej Brytanii nie dziwi mariaż centrum handlowego i drobnej przedsiębiorczości. Rodzinne sklepy na londyńskich przedmieściach najczęściej prowadzą drobni przedsiębiorcy, którzy też zresztą ucierpieli podczas niedawnych zamieszek, mimo, iż ich organizatorzy deklarowali, że starali się skupić swoją aktywność na sieciówkach. Fair trade jest dziś na ustach wszystkich, hand made to w wielu miejscach gwarancja świetnego interesu, do dobrego tonu należy kupowanie u drobnych przedsiębiorców i kupców, podobnie jak sobotnie zakupy na miejskich, „alternatywnych” targowiskach takich jak Brick Lane, czy Camden Lock Market, z których każde co weekend przyciąga ponad sto tysięcy klientów.

Znaczenie lokalnych, rodzinnych biznesów, równie często podkreśla się w brytyjskiej prasie, obecny rząd sprzyja przedsiębiorczości i z radością wita oddolną inicjatywę. Nie oznacza to jednak, że handlarze ze Stratford nie ucierpią w starciu z nowo tu otwartym, gigantycznym i supernowoczesnym, wybudowanym przez australijski koncern centrum handlowym o nazwie Westfield Stratford City. Wkrótce będzie ono bowiem pełnić tę samą funkcję, co bazar w korytarzu zgrzebnego Shopping Centre – stanie się tunelem prowadzącym do wnętrza dzielnicy. Tym razem jednak, u kresu spaceru kibica – flâneura nie znajdą się: stoisko ze złotymi szpilkami w panterkę, wieszak z kolekcją hidżabów, ani kościół z daleka pobrzmiewający muzyką gospel, na rzecz którego można złożyć dotację, ale Park Olimpijski.

Nie chciałabym popaść w sentymentalizm – nie kocham „dawnego” Stratford, nie czuję „ducha wschodniego Londynu”, mieszkałam tam krótko i dlatego, że było to tanie. Bieda nie jest romantyczna, a grzebanie w koszach z osobliwym towarem może być hobby dla antropologa, lecz nie musi nim być dla kogoś, kto codziennie robi zakupy w sklepach „Wszystko za Jednego Funta”. Różnica ekonomiczna, którą próbuję tutaj uchwycić, skupiając się na kulturze materialnej, jest jednak znaczna, i zastanawiam się, do jakiego stopnia, wobec wydarzeń, które nastąpią tu w lecie, to materialność będzie mediować sprawczości tak różnie usytuowanych podmiotów.

Z lektury „Guardiana” wynoszę, że mieszkańcy Stratford zdają się upatrywać swoją szansę w Olimpiadzie, tak samo jak biznesmeni i agencje nieruchomości. Taką postawę nakazuje im oczywiście oficjalny dyskurs, w którym co i rusz podkreśla się to, że – idealnie – kiedyś to oni zamieszkają w mieszkaniach stworzonych w dawnym Parku Olimpijskim, a ogrom miejsc pracy przy organizacji widowiska został prawnie zabezpieczony właśnie dla nich. Pojawiają się jednak i głosy, że część aplikujących o pracę nie stać było na opłatę za wymagany kurs języka angielskiego. Wynajęcie powierzchni handlowej w Westfield również ma być realne. Jak już mówiłam, w Wielkiej Brytanii to Olimpiada ma być pretekstem dla regeneracji East Endu, a nie regeneracja sposobem na „posprzątanie” po Olimpiadzie.

Z drugiej strony, przyzwyczajeni do ryzyka i do pracy w różnych warunkach, drobni przedsiębiorcy, żyją życiem, w którym także to ICH biznesem żądzą wydarzenia takie jak królewskie wesela i sportowe igrzyska, w takich wydarzeniach upatrują szanse i potrafią wychodzić im naprzeciw. W świetle przepisów, z którymi zapoznać się można na oficjalnej stronie Olimpiady, o licencje handlarza można postarać się bezpłatnie, ale już o tym, co i w jaki sposób będzie „promowane i reklamowane”, a zatem i sprzedawane w kontekście igrzysk, decydować mają przede wszystkim sponsorzy, bez których Wielka Brytania nie mogłaby zorganizować tak wielkiego wydarzenia. Jako równie istotny czynnik regulujący przestrzenną aktywność kupców przedstawiane są też względy bezpieczeństwa uczestników i widzów olimpiady.

Pytanie brzmi zatem, czy uda się uniknąć sytuacji, w której dla tej grupy mieszkańców Stratford, osiągnięcie finansowej korzyści, będzie związane przede wszystkim z podejmowaniem prób obchodzenia obowiązujących w czasie Olimpiady regulacji?

Bibliografia:

Crehan K., Hunting The Unicorn. Art and Community in East London [w:] The Seductions of Community. Emancipations, Oppressions, Quandaries, red. G. W. Creed, SAR Press, 2006.

 1989 debate: The Concept of Society is Theoretically Obsolete [w:] Key debates in anthropology, red. Ingold T., Routledge, 1996.

Tekst powstał głównie w oparciu o lekturę artykułów opublikowanych w działach  „London 2012 Olympics Blog”, „Society” oraz „Education” czasopisma „The Guardian”, które ukazały się między 15.02. a 29.11.2011 r.

Weronika Plińska, doktorantka w Zakładzie Kultury Współczesnej IKP UW, w roku akademickim 2010/2011 jako stypendystka programu Erasmus studiowała na Wydziale Antropologii i w School of Slavonic and East European Studies w University College London.

 
0 komentarzy do tekstu “weronika plińska: londyn przed igrzyskami”
  1. Poznałaś załogantów z czasów „Żelaznej Damy”…. Kazik Staszewski dostarczał do Warszawy płyty z muzyka punk ’77, jeden z nich jest honorowym członkiem UPA w Polsce:)

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: