iwona kurz (rozmowa): Całe archiwum jest w niebie…

magda/łukasz: Ukazał się nowy numer „Kultury Współczesnej” zatytułowany Powrót do archiwum, którego jesteś redaktorką. Chcielibyśmy zacząć rozmowę od tego, czego w numerze stosunkowo najmniej, a więc od doświadczania archiwów z punktu widzenia kogoś, kto na nich, w nich i z nimi pracuje.

iwona: Rzeczywiście nie wpłynął do mnie żaden artykuł od historyka, od kogoś kto naprawdę pracuje w archiwach, kto zasadniczą część pracy opiera na pochodzących z nich dokumentach. Myślę jednak, że autorom numeru, jak mnie samej, zdarzyło się w archiwach pracować. Z samej istoty pytań stawianych w tym numerze wyniknęło jednak skupienie artykułów na rozmaitych tekstach kultury obecnych w obiegu publicznym. Archiwa mają tę cechę, że kryjące się w nich treści dopiero mogą stać się publiczne i to nawet nie one same, ale pewna interpretacja wynikająca z odczytania zawartych w nich dokumentów.

magda/łukasz: Nasze pytanie dotyczy również Twoich doświadczeń z archiwami, doświadczeń przebywania w archiwum, poszukiwań. Zarazem warto zastanowić się jak do tego doświadczenia ma się archiwum jako figura, metafora.

iwona: O samym doświadczeniu czytania dokumentów archiwalnych chyba nie mam do powiedzenia nic specjalnie oryginalnego. Materialne dokumenty zawsze są interesujące. Sam ich kształt, forma, kolor i zapach, a także dopiski, sposoby formułowania pytań w formularzu itd. – rzeczy, które umykają, kiedy się pracuje na gotowych już opracowaniach – to wszystko staje się nagle widoczne. Osobna kwestia to wrażenie obcowania z dokumentem autentycznym. Nie chcę oczywiście wchodzić w całą dyskusję na temat kłopotliwej kategorii autentyczności, ale wydaje mi się, że tutaj to nieco nadużywane określenie ma swój walor. Mówiąc po Benjaminowsku, chodzi o taki właśnie przedmiot, który zachowuje związek z czasem i miejscem powstania.

Tę możliwość kontaktu z przedmiotem – dziś zanikającą – warto podkreślić. Mam bowiem wrażenie, że dochodzimy do punktu swoistej absolutyzacji archiwizacji, która sprawi, że sami sobie zamkniemy dostęp do archiwalnych artefaktów i dokumentów, a obcować będziemy jedynie z ich cyfrowymi wersjami. Mit cyfryzacji szermuje z jednej strony dostępnością do danych, a z drugiej strony ochroną oryginałów, co natychmiast prowokuje pytania o to, czym jest ochrona i czemu ma służyć. Tradycyjne archiwum miałoby stać się wielkim przetrwalnikiem, w którym dokumenty i rzeczy będą przechowywane, raz na rok ktoś do nich zajrzy, upewni się, że tam są, ale poza tym nigdy już nie będą miały kontaktu z żywym człowiekiem ani żywy człowiek z nimi, bo to jest oczywiście dla nich zabójcze: człowiek oddycha, wydycha z siebie różne bakterie, grzyby i inne rzeczy, podrze, zaplami itd. itp.

Praca w archiwum to także doświadczenie fizyczne, inne niż samo siedzenie przy komputerze lub czytniku (choć z nimi także chodzi się do archiwów). Zwykle jak już człowiek podejmie ten wysiłek i pójdzie do „prawdziwego” archiwum, to spędza tam sporo czasu. Siedzi się zatem na tyłku i się spędza, trochę jak podczas kwerend bibliotecznych, tylko w archiwach jest zwykle ciut puściej. I panuje tam szczególna cisza wypełniona szelestem i opadaniem kurzu.

Najwięcej czasu spędziłam w Archiwum Muzeum KL Auschwitz; tam akurat często nie jest ani pusto, ani cicho. Czytelnia archiwum to niewielki pokój, w którym czasem przebywa się w pojedynkę, ale czasem jest tam kilka, nawet kilkanaście osób. Zza okna dochodzi szczególny wielogłos, który nakłada się na relacje, oświadczenia więźniów, niemieckie dokumenty czy zdjęcia. Okna wychodzą tam bowiem na bramę wejściową i miejsce, gdzie stała orkiestra, więc każda wycieczka, która wchodzi do Muzeum – a są ich dziesiątki na godzinę – tam się zatrzymuje. Słychać głos przewodników i gwar grup mówiących w różnych językach. Ja tam przede wszystkim oglądałam zdjęcia, czytałam też sporo tzw. relacji. Za ich pośrednictwem często wkracza się w sferę bardzo osobistego doświadczenia. Jednak najważniejszy zasób archiwalny, poza zdjęciami, które powstały w okresie funkcjonowania obozu, tworzą tam dokumenty wyprodukowane przez niemiecką biurokrację. To bardzo szczególny typ archiwum: kartoteka, baza danych aktualnych, dotyczących bieżącej sytuacji, ale zaprojektowana dla potrzeb przyszłych (gdy trzeba będzie „odszukać kogoś”, „zidentyfikować”…). Dokumenty zgromadzone w Auschwitz zostały wytworzone przez Niemców, a ich forma (rozmaite druki urzędowe) oraz zawartość – jeśli weźmiemy pod uwagę np. karty zgonu więźniów, które zwykle zawierają fałszywe informacje – zawsze wyrażają potrzeby władzy, która stworzyła to archiwum. Trzeba o tym pamiętać w kontekście wszelkich archiwów i wszelkiej w nich dokumentowanej spuścizny, która zawsze jest „czyjaś” – w tym przypadku ponazistowska czy poniemiecka. Na porządek dawnej kartoteki został nałożony nowy porządek i nowe sygnatury, ale przecież ciągle skrywa się za nimi porządek stworzony z przeszłości i użycia tych akt określane dziś jako niewłaściwe.

magda/łukasz: Ale czy w Muzeum KL Auschwitz się spotyka – i jak intensywnie się spotyka – archiwistów? W jakim stopniu taka osoba zapośrednicza wyniki wyszukiwania? Na ile można z nią negocjować?

iwona: To pytanie dotyczy każdego niemal archiwum. Jest takie proste skojarzenie archiwum–porządek–władza. W modelu idealnym tak to działa, ale w praktyce pojawia się taki byt jak człowiek, który bywa temu modelowi podporządkowany, ale też może mieć na przykład kłopoty z pamięcią albo własne przekonania na temat tego, co można, a czego nie można udostępniać, albo coś może odłożyć na inne miejsce, niż przewiduje sygnatura. W większości tradycyjnych archiwów pośrednikiem pomiędzy badaczem, który formułuje pytania, a zbiorem archiwalnym był jakiś pracownik/pracownica muzeum – czasem to osoba, która jako jedyna orientuje się w tym, co i gdzie kryją archiwa. To było uderzające na przykład podczas naszych warsztatów ze studentami w Muzeum KL Auschwitz. Zadawaliśmy pytanie prowadzącym te warsztaty, np. o palenie papierosów przez więźniów, albo o stosunek do orkiestry, albo o kwestie higieniczne. I archiwista mówił: no tak, na ten temat nie ma nic, albo tak – na ten temat są tomy takie, takie i takie. Jego pamięć była decydująca (każdy może oczywiście przeczytać wszystkie relacje w określonej perspektywie). Przed granicą cyfrowości praca w archiwach często opierała się na wiedzy ich pracowników, którzy świetnie znali zbiory, przeglądali je, badali, czytali, itd. Podobnie było wówczas, gdy szukałam ilustracji do książki w Archiwum Dokumentacji Mechanicznej. Wskazałam, jakie ilustracje mnie interesują, jakiego okresu dotyczą, jakich mniej więcej sfer życia, czyli od połowy lat pięćdziesiątych do końca lat sześćdziesiątych, żeby była ulica, dziewczyny i chłopcy, kino i sport (już nie pamiętam jak to zamówienie sformułowałam). Przyszła pani, przyniosła mi plik zdjęć. Skąd je wzięła, jak je znalazła – i czego mi nie przyniosła – nie mam pojęcia.

Dzisiaj te funkcje przejmują wyszukiwarki; oczywiście też projektowane przez ludzi, którzy zakładają jakieś konieczne kryteria i pojęcia. Nie mówiąc już o tym, że trzeba dokonać podstawowego wyboru: która część zbiorów zostanie zdigitalizowana. To jest bardzo ważne, bo jeśli część zbioru jest cyfrowa, a część nie, to w obiegu będzie ta pierwsza. To napięcie, które czytam w formule archiwum – rozpiętej między obiektywnym, zewnętrznym, foucaultowskim z ducha modelem, a ludzkimi praktykami, które wynikają z władzy i wiedzy, ale też z przypadku, lenistwa, dostępnych środków – wydaje mi się bardzo ciekawe. Z drugiej strony to także napięcie pomiędzy chęcią ogarnięcia, zaklasyfikowania, uporządkowania rzeczywistości, a tym, że ta rzeczywistość ciągle robi figę i się wymyka. W archiwach dokumenty także niszczeją, giną, gdzieś wpadają: to ciągła walka teoretycznym porządkiem a praktycznym gniciem życia.

magda/łukasz: Przykładem może być profil Narodowego Archiwum Cyfrowego na Facebooku, na którym modne stają się pewne galerie i atrakcyjne wizualnie motywy: ubrania, sport, budowa, picie, knajpy itd.

iwona: Jasne, na Facebooku wszystko musi być fancy. Nikodem Bończa-Tomaszewski, dyrektor Narodowego Archiwum Cyfrowego na konferencji „Archiwum jako projekt” (i w książce pod tym tytułem) zorganizowanej przez Fundację „Archeologia Fotografii”, mówił o rozmaitych kłopotach z cyfryzacją – głównie przez pryzmat „otwartości”: jak zapewnić dostęp do archiwum i jak archiwizować nowe źródła bez naruszenia prawa do prywatności. Ale to nie jedyny kłopot. W zasobach NAC znajduje się obecnie 15 milionów zdjęć. Które digitalizować? Powiedzmy, że jest tam 100 000 zdjęć przedstawiających Józefa Piłsudskiego. Z nich zostanie dokonany „reprezentatywny wybór”. Najczęściej operuje się określonymi zbiorami. Jakie są jego kryteria? Estetyczne (ostre/nieostre, ładne/nieładne)? Tematyczne? Już nie mówiąc o tym, że to, co najciekawsze, często bywa jedynie tłem. W pewnym typie oglądu zdjęć ważne jest spojrzenie na to, co w cieniu i co uruchamia fotografia dzięki działaniu aparatu fotograficznego, który – mechanicznie – rejestruje wszystko, a nie tylko to, co człowiek wie i dlatego widzi. Też niestety pisał o tym Benjamin.

magda/łukasz: W praktyce sprowadza się to do pytania, ile można zarchiwizować dzięki jednemu zdjęciu, ile tagów można mu nadać. Czy nadal ktoś, kto przegląda to wszystko, niezależnie od tagów, nie będzie lepszym przewodnikiem niż wyszukiwarka?

iwona: Z perspektywy badacza ważne są dwie kwestie: czego szuka i jak patrzy. Tagi pozwalają jedynie na wyznaczanie zakresów; potem i tak trzeba usiąść na tyłku – i oglądać. Zdeterminowany badacz dotrze także być może do zdjęć nieprzerobionych na wersję cyfrową. Ale w obiegu, w wyobraźni jednostek i grup, będą te zdjęcia z Facebooka lub z felietonów telewizyjnych.

Wyraźna jest obecnie skłonność, by zdigitalizować wszystko, w pewnym sensie produkując drugą wersję (2.o) tej rzeczywistości, która kiedyś miała zostać w całości zarchiwizowana, tzn. również zredukowana. Jednak digitalizacja obiecuje utopię, w której można zarchiwizować i jednocześnie uporządkować wszystko.

magda/łukasz: Czy nie jest tak, że współczesne archiwum cyfrowe – nie to instytucjonalne, ale na przykład internetowe – traci ten komponent porządku?

iwona: Może nie tyle traci, co właśnie ujawnia ogólną słabość tej kategorii. W ogóle słabość tego typu myślenia o archiwum. Kartoteka, baza danych, która ma być archiwum określonych typów ludzkich, potencjalnych przestępców czy po prostu obywateli danego państwa, których dzięki temu będzie łatwiej kontrolować, jest instytucją władzy. Wyszukiwarka Google również nie jest neutralna. Pojawiają się na przykład podpowiedzi, są linki sponsorowane, podejmuje się działania informatyczne i finansowe, żeby określone instytucje i osoby znalazły się wysoko w wyszukiwaniach, maszyna reaguje zgodnie z historią wcześniejszych działań użytkownika. Mechanizm tej władzy jest dużo trudniejszy do zbadania. Archiwum odcisków palców czy baza PESEL mają bardzo czytelnie kryteria porządkowania i wiadomo, do czego one mają służyć.

Ciekawe są próby przekroczenia archiwum jako instytucji władzy – skoro archiwum jest jej domeną, jest w znaczący sposób selektywne, to konieczny jest proces archiwizacji, który nie będzie selektywny i zachowa perspektywę podmiotową. Tak powstają archiwa „osobiste” – dosłownie powiązane z Derridiańskim „zamieszkiwaniem” jako istotnym wymiarem archiwum, ale już bez konotacji wypływających z etymologii – arché jako prazasada (obecna też w „hierarchii”, „monarchii”, ale też, na szczęście, „anarchii”). Czy to są jednak nadal archiwa? Czy pojęcie to nie rozmywa się, nie zaciera – podobnie jak niekiedy kolekcją staje się każdy zbiór?

Czy na przykład Atlas Warburga jest archiwum? Bywa w takich kontekstach przywoływany, w celu zwrócenia uwagi na to, że możliwe jest przedefiniowanie istniejących archiwów dzieł sztuki dzięki indywidualnemu spojrzeniu badacza. Warburg zaproponował mniej więcej takie działanie, które każdy/a z nas przeprowadza w swojej bibliotece. Większość znanych mi bibliotek prywatnych jest zorganizowanych w podwójny sposób – wedle zewnętrznych, obiektywnych metod klasyfikacji (porządek alfabetyczny, wyznaczenie tematycznych działów), oraz zgodnie z porządkiem wyobraźni właścicieli, którzy jako jedyni wiedzą, co i gdzie się znajduje. Biblioteka oczywiście nie jest tożsama z archiwum, ale chodzi o to, żeby myśleć o nich z uwzględnieniem spojrzenia i preferencji podmiotu.

Kolejną formą przedefiniowywania tej kategorii jest uznanie za archiwum wszystkiego, co podmiot pozostawi z siebie. Zgodnie z tą interpretacją cała ta masowa, kompulsywna aktywność w sieci, na Facebooku, Twitterze, blogach, wynika właśnie z przymusu archiwizacji. Tu dochodzimy jednak do radykalnego momentu, w którym archiwizacja i archiwum stają się właściwie synonimem egzystencji, ze wszystkimi jej sprzecznościami, a nawet wyprzedzają czy też zastępują egzystencję w pewnym sensie (nie doświadczam, bo archiwizuję – fotografuję, zapisuję, linkuję i ślę).

CC BY-NC-ND 2.0, by future15pic

magda/łukasz: W tym ujęciu definicja archiwum rzeczywiście niezwykle się rozszerza. Gdyby serio potraktować to, że archiwum jest synonimem zamieszkiwania w świecie, to kategoria ta staje się wszechogarniająca.

iwona: Takie rozumienie wypływa z analizy praktyk, nie z zakładanego modelu. Kategoria archiwum stała się rzeczywiście takim pojemnym pojęciem. Jeśli przyjąć rozumowanie Derridy, to słowo oznaczało dom – ale dom władcy, sprawującego pieczę także nad dokumentami; ich „zamieszkiwanie” było zarazem „domowym aresztem”, jak pisze. W kontekście dzisiejszych praktyk i archiwów sieciowych możemy mówić o całej mnogości zarówno strategii, jak i taktyk, służących temu, żeby to pojęcie domu rozszerzyć, a dokumenty wydobyć spod kłódki – choć bywa to utopijne. Podmiot zadomawia się w świecie dzięki archiwum tworzonemu przez siebie na Facebooku, zapominając, że to wielkie archiwum jest bazą danych firmy Facebook, która dzięki temu świetnie prosperuje. Oczywiście można interpretować ten portal jako jedynie metaforyczne archiwum – miejsce, w którym zapisuję pewne aspekty swojego życia, informacje, do których być może jeszcze kiedyś zajrzę. Tyle że nie tylko ja i nie tylko moi znajomi korzystają z tego repozytorium, a sam portal predefiniuje przyszłą pamięć, która będzie budowana na podstawie tego archiwum. W archiwum Facebooka będzie na przykład niewiele rzeczy, które użytkowników wkurzyły, bo najczęściej wrzuca się rzeczy „fajne”, żeby się nimi dzielić – a zareagować można jedynie wpisem – albo „lajkiem” (żadnych negatywnych ani nawet silnych emocji).

W tym kontekście warto pamiętać o czasie archiwum, bo jest on szczególny. Dziś w myśleniu o archiwach dominuje nostalgizacja: archiwum musi być zawsze stare i dawne. Tymczasem każdy zbiór uporządkowanych danych „dzisiaj” staje się w pewnym sensie archiwum o tyle, o ile jest tworzony z myślą o przyszłym użyciu – i już za chwilę staje się przeszły.

magda/łukasz: Ciekawym komentarzem do tego był klip satyrycznego amerykańskiego serwisu „The Onion”, w którym w odległej przyszłości grupa archeologów odnajduje archiwum portalu społecznościowego przypominającego Facebooka. Interpretują je właśnie na podstawie pozostawionych znaków, nie dostrzegając ironii części gestów i komentarzy.

iwona: Właśnie, nasze reakcje są bardzo różne, ale w systemie jest tylko jedna – przycisk „like”. Przychodzą mi też na myśl reklamy firmy Kodak, pochodzące jeszcze z XIX wieku, co zresztą pokazuje jak szybko ta firma odkryła (a może wnalazła?) istotę medium fotografii. Jedno z haseł Kodaka brzmiało: „keep green memories” czy „Kodak keeps the story” – wyraźnie wskazując, że zdjęcia należy robić nie z myślą o tu i teraz, lecz o przyszłości, w której album da nam dostęp do przeszłości. „Uśmiechnij się”, a tak zapamiętasz to wydarzenie. Ten typ archiwizacji życia codziennego jako krainy głasków i łagodności proponuje też Facebook, i to też pewien wymiar jego władzy.

Ellis Collection of Kodakiana, Emergence of Advertising On-Line Project, John W. Hartman Center for Sales, Advertising & Marketing History,
http://library.duke.edu/digitalcollections/eaa_K0203


magda/łukasz: W rozmowach o codziennej archiwizacji często dokonuje się łatwego przeniesienia ludzkiej kategorii zapamiętywania do sfery informatycznej – mówimy o pamięci komputera, pamięci twardego dysku. Równocześnie archiwizowanie utożsamia się z zapamiętywaniem uporządkowanym. Tymczasem przecież nie jest tak, że zewnętrznie archiwizowane informacje, wspomnienia, są rzeczywiście zapamiętane?

iwona: Jeżeli będziemy myśleć o pamięci jako o dysku zewnętrznym, czyli o czymś, do czego zawsze możemy sięgnąć… Wydaje się niestety, że to nie jest już metafora, tylko tak po prostu zaczyna funkcjonować pamięć. Podobnie zmienia się model wiedzy – opiera się coraz bardziej nie na tym, co wiesz, lecz na tym, co i gdzie umiesz odnaleźć; pewien korpus treści zastępują procedury. Oczywiście idealnie byłoby jeszcze umieć się do tego krytycznie odnieść, co jednak zakładałoby posiadanie również jakiejś wiedzy uwewnętrznionej, a nie tylko zewnętrznej. Myślę, że ta utopia zapamiętywania, świetnie widoczna w funkcjach komputera (który sam namawia użytkowników do regularnego archiwizowania zawartości), wynika z założenia, że w każdej chwili możemy wszystko wyszukać, że mamy do tego narzędzia. Tu cyfrowość odsłania szwy tej sytuacji – mamy do czynienia z kompulsywnym zatrzymywaniem wszystkiego, „bo się może przydać”, ze zbieractwem cyfrowym. W tym sensie komputer staje się wielkim śmietnikiem pamięci. Jednak zarazem ciągle istnieje złudzenie, że wszystko da się w nim odnaleźć, wyszukać, np. po słowach kluczowych. Co jednak ważne, może najważniejsze: pamięć przestaje być częścią doświadczenia. Niezależnie od tego, że mechanizm jest podobny, że zdarza się nam „wyszukiwać” w głowie, szukać skojarzeń albo poczuć przypływ wspomnienia – te sytuacje są uwewnętrznione i zapośredniczone przez nasze doświadczenie, wpisane w integralny porządek ciała i umysłu. Tymczasem w przypadku komputerów to wszystko jest zewnętrzne, zinstrumentalizowane, sfunkcjonalizowane.

Jeszcze jedną ciekawą kwestią w tym kontekście jest prowokowana przez internet skłonność do wałęsania się bez celu. Coś sobie przypomnimy, pójdziemy za tym, potem coś innego, a – ciekawe! – pod rodze na coś natrafimy, coś nas wciągnie, tu coś takiego, a może tamtego…. Nie jestem pewna, do czego ten proces innego myślenia będzie prowadził, ale na pewno jest on nowy. Nie jest to na przykład fantazjowanie – istnieje zasadnicza różnica pomiędzy sytuacją, gdy zanurzamy się w swój wewnętrzny świat, niejako skupiamy się w sobie, a sytuacją, w której wędrujemy po plikach zewnętrznych, w rozproszeniu, ciągłej pracy powiązań i skojarzeń – bez celu.

magda/łukasz: Ciekawa jest w tym kontekście ta kompulsywność bez końca – zachowywanie wiele razy tego samego pliku, backupowanie w różnych źródłach, wszystko po to, żeby poczuć, że nasze dane są bezpieczne.

iwona: O tak, cyfrowość jest niepokojąca. Z jednej strony to lęk, że dane zginą, stąd niektórzy zamieszczają je w różnych miejscach. Z drugiej strony istnieje niepokój związany z nieogarnialnością. Archiwum rozmieszczone na półkach jest możliwe do ogarnięcia – a w każdym razie wydaje się takie. Materialność, rzeczowość archiwaliów jest bliska doświadczeniu człowieka i jest na jego miarę. Być może to także kwestia pokoleniowa, wynikająca ze środowiska, w jakim nabywa się pierwsze doświadczenia określające miejsce w świecie. Jeżeli jesteśmy w stanie rozpoznać jeden pokój, drugi i kolejne, to jesteśmy w stanie wyobrazić sobie dużą ich liczbę. Wyobrażać sobie przestrzeń cyfrową to tak, jakby wyobrażać sobie kosmos – nie każdy jest w stanie wykonać to ćwiczenie. Internet miałby być takim wielkim archiwum wszystkiego, zawierającym wszystko, co człowiek kiedykolwiek zrobił – niczym spełniony sen o mapie przylegającej do rzeczywistości.

magda/łukasz: Z drugiej strony jest coraz więcej narzędzi, które uniezależniają nas od własnego, jednego komputera. Logujesz się na koncie w Gmailu, ale też na Chrome i dysponujesz swoimi zakładkami na obcym komputerze. Coraz więcej danych podróżuje z tobą.

iwona: Chmura unosi się nad nami – jak dymki wyrażające myśli w komiksach albo schematyczne przedstawienie duszy. Dochodzimy niemal do oka opatrzności. Całe archiwum jest w niebie (śmiech)…. Dopóki nie odetną prądu lub szybkiego łącza, oczywiście.

magda/łukasz: Dużo mówiliśmy o archiwach jako o przestrzeniach aktualizowania przeszłości i o archiwach cyfrowych jako czymś, co uczestniczy w doświadczaniu teraźniejszości. Czy możemy na koniec powiedzieć coś o archiwum przyszłości?

iwona: Nic o tym nie wiem. Ale mogę powołać się na jedną z moich ulubionych książek, Solaris Stanisława Lema; ona jest napisana, że zawsze pasuje do tematu (śmiech). Pojawia się tam Ocean, z którego wyłaniają się różne kształty. Według jednej z możliwych interpretacji te kształty to fantomy ścigające bohaterów, aktualizacja projekcji ich podświadomości. W przyszłości zatem może wyłonić się jedynie to, co wcześniej zostało pochwycone, jakoś zamknięte, nawet jeśli na powierzchni pozostaje niewidoczne. Nie wiemy przecież, na ile dobrze odczytujemy intencje przeszłych ludzi na podstawie archiwów, które zostawili. Jednocześnie ufamy sobie, wypracowanym metodom, temu, że to się da odczytać, zakładamy też ciągłość archiwów instytucjonalnych. Wyobraźnia ludzka jest ograniczona – archiwizujemy nie z myślą o przyszłości, lecz z myślą o swojej przyszłości, w miejsce przyszłego Innego wstawiając siebie. Ale to Inny tam przyjdzie, otworzy, nie wiem, odkurzy łącza lub dokona konwersji na jakiś nowy format – i będzie czytał, całkiem możliwe, że wbrew intencjom tych, którzy dzisiejsze archiwa wymyślili, i tych, którzy je wypełniają.


iwona Kurz – wykłada w Instytucie Kultury Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się historią nowoczesnej kultury polskiej, antropologią kultury wizualnej oraz problematyką gender. Autorka książki „Twarze w tłumie” o wizerunkach gwiazd filmowych w Polsce lat 1955–1969 (2005). Redaktorka numeru „Kultury współczesnej” zatytułowanego „Powrót do archiwów”, jej wstęp do numeru można przeczytać tutaj

 

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: