weronika parfianowicz-vertun: uniwersytet odzyskany?

www.zasvobodnevysokeskoly.cz

W październiku 1967 roku, po kolejnej awarii zasilania w akademikach na praskim Strahovie, tłum lokatorów – studentów Uniwersytetu Karola wyruszył ze spontaniczną manifestacją, niosąc transparenty z napisami „Chcemy światła!”. Wydarzenie to uznano za jedną z symbolicznych zapowiedzi nadchodzącej Praskiej Wiosny. Czterdzieści pięć lat później – 29 lutego 2012 roku na placu przed Wydziałem Filozofii Uniwersytetu Karola (placu noszącym imię Jan Palacha, studenta, który podpalił się na znak protestu przeciw inwazji wojsk układu warszawskiego na Czechosłowację) zebrała się grupa studentów, żeby protestować przeciwko planowanym przez czeski rząd reformom szkolnictwa wyższego. Praska manifestacja była jedną z wielu, które tego dnia odbyły się na ulicach czeskich uniwersyteckich miast. Od Plzni po Ołomuniec i od Brna po Hradec Kralové studenci, doktoranci i wykładowcy manifestowali swoją niezgodę na kształt proponowanych reform, sposób w jaki władza zamierza je wprowadzić, język, jakim o uniwersyteckich problemach się rozmawia i sposób prowadzenia tych rozmów. Problemy szkolnictwa wyższego stały się też pretekstem dla manifestacji społecznego niezadowolenia i braku zaufania dla poczynań władzy w różnych innych obszarach. Od listopada 1989 roku żaden protest nie przybrał tak masowej skali, jak manifestacje w ramach organizowanego przez akademickie społeczności „Tygodnia Niepokoju”.

Figura retoryczna, którą otwieram ten tekst, wydać się może nadmiernie publicystyczna, a może nawet toporna. Wskazuje jednak na kilka problemów związanych z pisaniem o sytuacji uniwersytetów. Figura „protestów studenckich”, zwłaszcza, kiedy pojawia się w bliskim sąsiedztwie „roku 1968”, otworzyć może dwa znane schematy narracyjne: opowieść o rewolucyjnym potencjale studenckich wystąpień lub o ich daremności i nieuchronnym rozczarowaniu, jakie muszą przynieść. Skłania to do poszukiwania innych rozwiązań, które uwzględniałyby to ważne zaplecze ideologiczne, mitologiczne czy nawet praktyczne, ale umożliwiłoby przede wszystkim refleksję nad specyfiką współczesnych wydarzeń. Pole odniesień, do których tego typu wydarzenia odsyłają jest jednak na tyle sugestywne i żywe, że trudno pisać o nich, zachowując akademicką powściągliwość.

Pomysł, żeby napisać o dyskusjach, jakie od początku roku toczą się w Czechach wokół reform szkolnictwa wyższego i przyszłości uniwersytetów, wydał mi się dobrym sposobem, żeby zabrać głos w dyskusji nad sytuacją instytucji naukowych w Polsce, zarazem nie odsłaniając zanadto swoich przeświadczeń, uwikłań, wyobrażeń i oczekiwań; a także nie popaść w ton nadmiernie emocjonalny. Jednak dość szybko okazało się, że nie będzie to zadanie łatwe. Być może zresztą jest to temat, wobec którego właśnie „rzetelność naukowa” domaga się, aby takiej zdystansowanej i starającej się przekroczyć własne ograniczania pozycji badawczej nie konstruować, ale te ograniczenia i usytuowanie sproblematyzować?

www.zasvobodnevysokeskoly.cz
www.zasvobodnevysokeskoly.cz

Wybór czeskiego przykładu nie jest przypadkowy. Od początku roku toczą się w Czechach dyskusje nad kształtem reformy szkolnictwa wyższego, która w wielu punktach okazuje się zbieżna z polskimi projektami. Tym, co wydaje mi się szczególnie interesujące nie są jednak – często uderzające – podobieństwa „punktów zapalnych” tej debaty (m.in. wprowadzenie opłat za studia, dążenia do przekształcenia szkolnictwa wyższego w rodzaj szkolnictwa zawodowego, podporządkowanego przede wszystkim wymogom rynku, próby ograniczenia samorządności uniwersytetów i rozszerzenie wpływu polityków na kształt i działanie uczelni). Najciekawsze wydaje mi się prześledzenie tych miejsc, które nas różnią – sposobów mówienia i pisania o reformach, przestrzeni tej debaty, jej społecznej recepcji, wreszcie działań wykraczających poza „praktyki dyskursywne”.

Wraz z letnim semestrem roku akademickiego 2011/2012 rozpoczął się na czeskich uczelniach „Tydzień niepokoju” –  szereg akcji, spotkań, paneli dyskusyjnych, warsztatów, projekcji filmowych, wykładów, które na różne sposoby odnosiły się do planowanej przez Ministerstwo Szkolnictwa, Młodzieży i Wychowania Fizycznego reformy. Ukoronowaniem akcji były opisane na początku manifestacje. Jak każda „porządna” akcja protestacyjna, również „Tydzień niepokoju” miał swojego antybohatera w postaci ministra szkolnictwa, Josefa Dobeša. Jedno z haseł powtarzających się w czasie Tygodnia Niepokoju, reprodukowanych na plakatach i znaczkach, głosiło „Wstydzę się za najlepszego ministra szkolnictwa“. Minister krytykowany był nie tyle za plany reform, co przede wszystkim za sposób komunikowania się ze środwiskami akademickimi. Jego wypowiedzi dość powszechnie odbierane były jako aroganckie, budziły niechęć i nieufność zarówno studentów, jak i pracowników uniwersytetów.

W miesiąc po manifestacjach ich czarny bohater poddał się do dymisji. Nie rozstrzygając, jakie były rzeczywiste powody jego decyzji, warto zauważyć, że to symboliczne – i spektakularne – zwieńczenie całej akcji nie było jej zakończeniem. Zawiązana przy okazji protestów inicjatywa Za svobodné vysoké školy uruchomiła falę kolejnych, cyklicznych już spotkań, konferencji,dyskusji, projektów poświęconych nie tylko problemom związanym z reformą szkolnictwa wyższego, ale też badających sytuację czeskich uniwersytetów.

Jak pisać i mówić o uniwersytecie?

Jak wspominałam, w manifestacjach wzięła udział ogromna ilość ludzi, również tych nie związanych bezpośrednio z uniwersytetami, którzy chcieli pokazać swoje niezadowolenie z sytuacji politycznej w Czechach. Próba jej scharakteryzowania jest zadaniem niewdzięcznym. W dużym uproszczeniu można napisać, że pasmo skandali wśród politycznych partii, afer związanych z korupcją, złym gospodarowaniem środkami z unijnych dotacji, nepotyzmem wytworzyło w czeskim społeczeństwie atmosferę rosnącego rozczarowania, niezadowolenia i nieufności wobec wszystkich chyba uczestników życia polityczego. Powszechna krytyczna opinia wobec poczynań władz w różnych obszarach niewątpliwie sprzyjała solidarności z protestującymi środowiskami akademickimi.

Zarazem jednak, również sytuacja na czeskich uniwersytetach mogła uzasadniać potrzebę głębokiej reformy, a wśród różnych jej punktów znajdziemy też takie, które społeczeństwo ocenić mogło pozytywnie, na przekór protestom akademików i studentów. Tym punktem, który szczególnie skutecznie rozbijał manifestowaną na różne sposoby solidarność, były oczywiście pieniądze.  Jak łatwo można przewidzieć, tam gdzie pojawiła się propozycja wprowadzenia płatnych studiów, pojawiła się też nieufność wobec motywacji studentów. Również w Czechach wiele komentarzy sprowadzało gwałtowną reakcję studentów do lęku przed wprowadzeniem opłat za studia. Jest to wdzięczny temat, uruchmiający – często słyszaną również w Polsce – falę narracji o „studentach-nierobach bawiących się przez pięć lat na koszt podatnika”.

Ten rodzaj silnie antagonizujących zabiegów retorycznych jest dość powszechny. Istnieje jednak znacznie więcej aktualnych i potencjalnych napięć, które można wykorzystać w ideologicznych czy politycznych sporach o kształt uniwersytetu, a których wplecenie w tego typu dyskursy jeszcze bardziej wzmaga społeczną nieufność wobec instytucji naukowych  jednocześnie osłabiając i rozpraszając głos środowisk akademickich.

Spójrzmy na czeską debatę wokół reform szkolnictwa. W broszurce Kritický průvodce „reformou” vysokých škol, wydanej przy okazji Tygodnia niepokoju przeczytać możemy o punktach projektu, wzbudzających największe kontrowersje (sprzeciw wobec reform był powszechny – krytycznie wypowiedziały się o niej senaty 21 z 26 publicznych wyższych szkół, Rada Szkół Wyższych i konferencja rektorów). Spośród wielu zastrzeżeń i krytycznych uwag chciałabym zwrócić uwagę na ustęp dotyczący propozycji obniżenia liczby przedstawicieli studentów w senatach wyższych uczelni. „Szkoły wyższe opierają się na zasadzie kolegialności. (…) Studenci są pełnowartościowymi członkami akdamickiej społeczności, a nie obiektami „frontalnego” nauczania. (…) Starania o to, żeby ograniczyć przedstawicielstwo studentów jest niestety częścią ogólnej logiki całego projektu, którego celem jest wyraźne ograniczenie funkcjonowania szkół wyższych jako społeczności opierającej się na samorządzie sprawowanym poprzez przedstawicieli tych, którzy tę społeczność tworzą – pracowników naukowych i studentów”.  Są to stwierdzenia z porządku oczywistości, a jednak sposób mówienia o sprawach uniwersyteckich, na jaki wskazują, nie jest wcale oczywisty.

W różnego rodzaju manifestach towarzyszących Tygodniowi Niepokoju podkreślano, że reformy dotkną wszystkich członków akademickiej społeczności, a zatem uczestnictwo w dyskusji, wyrażenie swojej opinii, obecność i zainteresowanie tą tematyką leży w interesie każdego, niezależnie od statusu i miejsca, jakie w tej społeczności zajmuje. Tę optykę znaleźć możemy też w artykułach prasowych, które różnią się oczywiście w ocenie poszczególnych punktów reformy i zasadności wysuwanych zastrzeżeń, ale wspólne dla nich jest to, że przywołują głosy przedstawcieli wszystkich grup związanych z uniwersytetem – studentów, pracowników, władz. Przywoływana tu „idea akademickiej kolegialności” czy „akademicka społeczność” mają niewątpliwie charakter utopijnych konstruktów i na różne sposoby starają się ukryć bądź zniwelować istniejące między poszczególnymi grupami tej „społeczności” konflikty, sprzeczne interesy, stosunki władzy i podporządkowania. Warto jednak zauważyć, że reforma – jako próba interwencji w samą istotę funkcjonowania uniwersytetu jako pewnej instytucji społecznej, nie ma na celu wydobycia marginalizowanych głosów, ale przedefiniowanie uniwersyteckich stosunków w duchu modelu technokratycznego. Dlatego odwoływanie się do mitu „akademickiej wspólnoty”, jakkolwiek budzić on może różne wątpliwości, wydaje się jednak sposobem na stworzenie przestrzeni, umożliwiającej wypracowanie różnych sposobów działania wobec odgórnie narzucanych zmian. Przestrzeni, która może też stać się punktem wyjścia dla procesu wewnętrznych przemian, negocjacji i krytycznej refleksji, a nawet działań wywracających od wewnątrz zastany porządek.

www.zasvobodnevysokeskoly.cz
www.zasvobodnevysokeskoly.cz

Piszę o tym tak szeroko, ponieważ tym, co wydaje mi się szczególnie interesujące w czeskiej inicjatywie jest próba stworzenia wspólnego, ogólnouniwersyteckiego forum, które mieściłoby bardzo różnorodne, często przeciwstawne głosy a zarazem wskazywałoby, że uniwersytet jest instytucją nie tylko naukową, czy edukacyjną, ale też społeczną; w obronie niezależności której warto walczyć.

Artykuły poświęcone szkolnictwu wyższemu, ukazujące się w polskiej prasie – choć może się to wydać paradoksem – rzadko problematyzują samą „ideę uniwersytetu”, tym natomiast, co z rzeczywistości uniwersyteckiej wydobywają, są istniejące w niej podziały. Teksty publicystyczne separują od siebie głosy studentów, doktorantów i pracowników naukowych, wydobywając na pierwszy plan to, co jest polem sporu i konfliktu. Zestawienie różnych artykułów daje dość ponury obraz uniwersytetów będących w stanie cichej wojny wszystkich ze wszystkimi. Studenci narzekają na niekompetentnych i aroganckich prowadzących zajęcia, pracownicy – na obniżający się z roku na rok poziom wiedzy i kultury osobistej studentów. Niejasny status doktorantów sprawia, że ich opowieści łączą w sobie wszystkie narzekania studenckie ze skargami wykładowców, a niepewność dotycząca własnego usytuowania i ciągłe „bycie pomiędzy”, tylko wzmaga ton niezadowolenia. Wszyscy natomiast narzekają na brak pieniędzy i inwestycji, przepełnione grupy, chaos w systemie USOS, a jeżeli jakieś uczucie przewyższa wzajemne animozje, to jest to wspólna i głęboka niechęć do przysłowiowych „pań z dziekanatu”.

Abstrahując od tego, że wiele z powracających skarg trudno nazwać bezzasadnymi, warto zauważyć, że artykuły stworzone na ich podstawie budują taki rodzaj narracji, który nie tylko uprawomocnia ministerialne interwencje w działanie uniwersytetów, ale wręcz wskazuje na to, że jest to jedyny możliwy sposób rozwiązania ich problemów. Jest to komunikat podwójny, skierowany zarówno do środowisk akademickich, które utwierdzane są w przekonaniu o chronicznej niewydolności i patologii całego systemu szkolnictwa wyższego, które oczyścić może tylko ktoś z zewnątrz, nieuwikłany w żadne „układy”, ale też do opinii publicznej, której środowiska akademickie ukazują się przez pryzmat podwójnie zniekształcający: każdą z grup poznajemy za pośrednictwem specyficznej autonarracji, nastanawionej na wyliczenie krzywd, oraz za pośrednictwem krytycznego oglądu innych grup. Ta optyka sprawia, że środowiska te nie są postrzegane jako podmiot dyskusji, jako potencjalna siła społeczna, ale jako grupa rozproszona, zdezintegrowana, a przy tym roszczeniowa i dbająca przede wszystkim o swój interes.

To zestawienie jest oczywiście dość pobieżne i powierzchowne, nie opiera się na pogłębionych badaniach dyskusji wokół reform, ale raczej na lekturowych wrażeniach z ostatnich tygodni i samo ma charakter raczej publicystyczny. Dyskusja jaka przebiega na różnych forach akademickich, ma charakter znacznie bardziej zniuansowany i wskazuje na to, że jest wiele środowisk, którym na głębszej refleksji nad rolą uniwersytu w ciągle zmieniającej się rzeczywistości społecznej i nad tym, jaką formę powinny przybrać reformy, naprawdę zależy. Kłopot polega na tym, że ich głos pozostaje niesłyszalny poza murami naukowych instytucji.

Czeska kampania Za svobodné vysoké školy, obfitująca w sugestywne obrazy i mocne „zwroty akcji”, sugerujące, że tego typu działania mają moc przekształcania rzeczywistości mogłaby być zachętą do podjęcia radykalnych kroków również u nas. Ten radykalizm można rozumieć dosłownie, ale też bardziej metaforycznie. Różnorodnych i często przeciwstawnych potrzeb, oczekiwań, wyobrażeń osób związanych z uniwersytetem nie da się dziś sprowadzić do jednego, wymownego hasła. Nawet jeżeli wszyscy „chcemy światła!”, to dla każdego jest ono już czymś nieco innym. Czeskie dyskusje wokół reformy szkolnictwa wskazują zresztą, że spektakularna manifestacja i polityczne przetasowania nie są najważniejsze. Ważniejsze wydaje się to, że dzięki temu impulsowi uniwersytety odzyskały głos i zaczęły na nowo reflektować siebie jako pewną całość, zaznaczać swoje miejsce w przestrzeni publicznej. Jakkolwiek wywodzące się z modelu tradycyjnego  „chłopskiego narzekania” rytualne i konwencjonalne litanie skarg spełniają ważną funkcję kompensacyjną czy nawet integracyjną, warto, żeby dyskusje nad rolą i kształtem uniwersytetu nie zostały do nich sprowadzone.

***

Weronika Parfianowicz-Vertun – doktorantka w Instytucie Kultury Polskiej. Pisze pracę o polskich i czeskich projektach Europy Środkowej.

 
0 komentarzy do tekstu “weronika parfianowicz-vertun: uniwersytet odzyskany?”

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: