paula kaniewska: czy można śmiać się z białych kozaczków?

Blog Faszyn from Raszyn funkcjonuje od 2011 roku, jednak głośno zrobiło się o nim dopiero niedawno. W kwietniowych „Wysokich Obcasach” ukazał się budzący kontrowersje wywiad z autorką strony, przeprowadzony przez Joannę Bojańczyk. Blogerka Marta (imię autorki nie pada w wywiadzie przeprowadzonym przez Bojańczyk, znajduje się jednak w innym artykule na portalu „Wysokieobcasy.pl“ [Rojek 2013]), nie chciała ujawnić swojej tożsamości ze względów bezpieczeństwa: „FfR ma tyluż fanów, co wrogów”, powiedziała [Autorka bloga FfR 2013a: 21]. Jeśli to prawda, jest się czego obawiać – facebookowy profil Faszyn from Raszyn polubiło ponad 91 tysięcy osób. Codziennie mogą obejrzeć na blogu nowe zdjęcia, skomentować, przeczytać, co sądzą inni. FfR to właściwe instytucja, autorka już dawno przestała samodzielnie zdobywać cały materiał na stronę. Większość fotografii przysyłana jest przez fanów, którzy, z aparatami i telefonami w rękach, śledzą modowe wpadki przechodniów. Choć Marta nie zaprzecza, że wiele zdjęć (z jej podpisami) może bawić, twierdzi też, że chęć wyśmiewania innych ludzi nie była powodem powstania strony. Głównym celem Faszyn from Raszyn jest „pokazywanie rzeczywistości” oraz ludzi zagubionych w świecie mody i konsumpcjonizmu. Według autorki na FfR publikowane są zdjęcia osób, które ślepo podążają za trendami oraz są bezkrytyczne wobec swego wyglądu. Ubóstwo nie ma tu nic do rzeczy: „jeśli ktoś chce i potrafi, może się dobrze ubrać”. Zdaniem Marty, przedmiotem drwiny, jeśli w ogóle do niej dochodzi, nie jest bieda materialna, lecz „bieda umysłu”. Na blogu pojawiają się, co prawda, wizerunki osób niezamożnych, ale także nuworyszy, celebrytów, a nawet projektantów mody (zdaniem autorki koronkowy strój Marca Jacobsa świetnie wpisuje się w „raszyńską” estetykę) [Autorka bloga FfR 2013a: 18-19].

Autonarracja autorki FfR nie przekonała jednak Aleksandry Bilewicz, doktorantki Instytutu Socjologii na Uniwersytecie Warszawskim oraz członkini Młodych Socjalistów. Jej zdaniem blog nie jest zapisem obiektywnego studium nad polską rzeczywistością, lecz wyrazem „klasowego resentymentu”. Bieda mentalna łączy się ściśle z ubóstwem – na blogu pokazywane są osoby o niskim statusie ekonomiczno-społecznym oraz małym kapitale kulturowym. Co więcej, celem „łowów” fotografów FfR są nie tylko niefortunne stylizacje, lecz także ciała, często otyłe, zdeformowane. Ukazywane osoby dodatkowo poniżane są przez podpisy autorki oraz komentarze czytelników [Bilewicz 2013]. Trzeba jednak dodać, że nie wszystkich. Część osób odwiedza bloga, by podobnie jak Bilewicz wyrazić swoją dezaprobatę dla pokazywania i wyśmiewania osób starszych, zniedołężniałych, w źle dobranych ubraniach.

 

faszyn from raszyn
faszyn from raszyn
faszyn from raszyn
faszyn from raszyn

 

List Aleksandry Bilewicz pozostał bez odpowiedzi ze strony redakcji „Wysokich Obcasów”. Próbę polemiki z doktorantką IS oraz wspierającym ją krytykiem teatralnym Romanem Pawłowskim [Pawłowski 2013: 7] podjęła autorka kontrowersyjnego wywiadu, Joanna Bojańczyk. Na portalu „Quelement.pl” odniosła się do listu Bilewicz i tekstu Pawłowskiego, zarzucając im lewicowe skrzywienie oraz brak przyzwolenia na satyrę, która zazwyczaj nie jest poprawna politycznie [Bojańczyk 2013]. Nie była to jednak odpowiedź merytoryczna, na którą zasługiwałyby zarzuty Bilewicz.

Blog Faszyn from Raszyn odwiedziłam zaintrygowana tą wymianą zdań, wiedziałam więc do jakich tez odnieść oglądane obrazy. Od początku miałam poczucie, że wizja Bilewicz jest zbyt jednostronna. Zdjęcia przywoływane w jej liście istnieją, ale oprócz nich na blogu pojawia się także wiele innych, które mogą prowadzić do odmiennych konkluzji lub przynajmniej niuansować tezę o klasowym resentymencie. Nie przeczę, że część wątpliwości, które budzi Faszyn from Raszyn jest uzasadniona. Naruszanie prywatności, publikowanie wizerunku bez zgody właściciela (paski zakrywające oczy, czy zamazanie twarzy spełniają jedynie wymagane prawnie minimum), obraźliwe komentarze, fotografie osób otyłych, starszych i zaniedbanych jako powód niewybrednych żartów, także we mnie wywołały niesmak.

Wadą diagnozy Bilewicz, jest jednak zbyt szybkie przechodzenie od źródłowego materiału wizualnego do problemów, które on generuje. Socjolożka mogłaby choć przez chwilę zatrzymać się nad poznawczym potencjałem prezentowanego na blogu zbioru obrazów. Bez wątpienia deklarowana przez Martę intencja stworzenia społecznej diagnozy, wpływu mody i trendów na jednostki, nie jest realizowana zgodnie z regułami sztuki. Brak tu jakiejkolwiek metodologii, podstawowe kryteria etyczne współczesnej antropologii nie są spełnione. Czy jednak naiwna postawa badawcza blogerki dyskwalifikuje w pełni zebrane przez nią obrazy? Podobnie jak praca nad dziewiętnastowiecznymi zapisami etnograficznymi, oglądanie zdjęć z FfR wymaga dużej ostrożności. Obrazy trzeba rozpatrywać w kontekście ich powstania oraz publikacji, nie zapominać, że za aparatem i przed komputerem znajduje się osoba o pewnych intencjach i celach. Nie zawęża to jednak wniosków, a nawet może je poszerzyć, gdyż do tego, co „bada”  lub raczej kolekcjonuje Marta, dochodzi poziom meta, na którym analizuje się działania jej oraz fanów bloga. Fotografie z FfR można rozpatrywać dwojako: pytając, co na nich widać i w jaką praktykę są uwikłane. Te dwie warstwy nieustająco się przeplatają, zniekształcają, a zrozumienie fenomenu bloga wymaga ustalenia zachodzących pomiędzy nimi relacji.

Przywołując w swoim liście tylko kilka zdjęć, Bilewicz pominęła ogromny, różnorodny zbiór fotografii. Choć zaczęła analizę od obejrzenia bloga, szybko od tego, co widać, przeszła do wypowiedzi o tym, jakie praktyki werbalne generują te obrazy. Odwołanie do klasy średniej, która chce podbudować grupowe ego za pomocą złośliwości i znęcania się nad słabszymi, nie jest dla mnie wystarczającym wytłumaczeniem sprzecznych emocji, jakie wywołują zdjęcia prezentowane na FfR. Chciałabym więc dać jeszcze jedną szansę materiałowi zebranemu przez Martę. Bardziej niż myśli wyrażone explicite w podpisach pod zdjęciami i komentarzach internautów, będzie mnie interesowało to, co milcząco tkwi w fotografiach.

Pierwsze pytanie, które zadałam sobie przeglądając obrazy na blogu to: kogo/co przedstawiają? Fotografie są różnorodne. Można je podzielić na zdjęcia ludzi i przedmiotów. Bilewicz odnosi się jedynie do pierwszego, bardziej kontrowersyjnego zbioru. Zwróciła uwagę na fotografię robotnika w rozdartych spodniach, otyłych kobiet w strojach zbytnio eksponujących krągłości, starszych osób w niedobranych ubraniach, w przydeptanych butach, dźwigających zakupy [Bilewicz 2013]. Jest jednak także wiele innych zdjęć, przedstawiających ludzi w różnym wieku, o odmiennym statusie majątkowym. Ludzie starsi nie są wcale grupą dominującą,  przeważają osoby młode i w średnim wieku, pojawiają się także dzieci. Najczęściej fotografowane są kobiety. Postaci w całości ukazane są zazwyczaj tyłem lub z profilu. Na wielu zdjęciach widoczne są jedynie poszczególne części ciała: najczęściej stopy i nogi, a także plecy i pupy.

 

faszyn from raszyn
faszyn from raszyn

białe kozaki 2

 

Część fotografii koncentruje się na ludzkim ciele: otyłym, zdeformowanym, owłosionym lub półnagim, a inne na ubiorze, który ciało zasłania i zazwyczaj nad nim dominuje. Wspólnym mianownikiem dla tych obrazów jest nadmiar: za dużo ciała, za dużo wzorów i kolorów. Autonomicznym zbiorem jest bardzo rozwinięta kolekcja zdjęć uwieczniających zestawienie skarpet i sandałów. Można natrafić na wszelkie kroje i kolory. Cienkie skarpetki do sandałów na obcasie, grubsze, często białe do sandałów męskich. Aparaty uwieczniają kontrowersyjne zestawienie bez względu na płeć i wiek modela. Mniej istotne jest, kto nosi, a ważniejsze, co.

Oprócz fotografii przedstawiających ludzi i ich ubrania, na blogu pojawiają się także wizerunki samych przedmiotów. Szkoda, że jest ich tak niewiele, gdyż obciążone dylematami etycznymi w mniejszym stopniu niż zdjęcia ukazujące ludzi, prawdopodobnie lepiej służyłyby refleksji nad modą. Wśród rzeczy pokazywanych na blogu przeważają podróbki, często noszące logo dość zabawnie brzmiących marek: „Louis Suitton”, „Pradda”, a także rzeczy o nietypowych formach jak torebka połączona z butem, spodnie wszyte w spódnicę, długie koronkowe kozaki na wysokim obcasie, wiązane niczym gorset.

 

faszyn from raszyn
faszyn from raszyn

podróbki 2

 

Drugie pytanie, które chciałabym zadać zdjęciom umieszczonym na FfR dotyczy kontekstu ich powstania. Z jaką intencją i przez kogo zostały zrobione? W większości przypadków łatwiej stwierdzić, co na zdjęciach zostało pokazane niż kto je wykonał. Analizując wizualne klisze, które powielają, śledząc otoczenie, pozy, a także sposób kadrowania można domyślać się jednak, jaki był status autora.

W przypadku fotografii przedstawiających ludzi większość została zrobiona z ukrycia. Potwierdzają to kadry ukazujące postaci od tyłu czy z profilu, tłumaczy też ogromną popularność fotografii nóg i stóp: najbardziej anonimowych i najłatwiejszych do uchwycenia. Na takie pochodzenie fotografii wskazuje także Marta, która początkowo sama zajmowała się „łowami”. Wraz ze wzrostem popularności FfR zaczęła otrzymywać coraz więcej fotografii od fanów bloga – obecnie większość zdjęć ma źródło zewnętrze, personalia autora pozostają tajne [Autorka bloga FfR 2013a: 19-20]. Zdjęcia te mają na celu podkreślenie wad kontrowersyjnej stylizacji czy wyglądu modela lub modelki. Sztuką jest „sfotografować obiekt tak, żeby wyciągnąć z niego całą brzydotę, dosadność i śmieszność”, przyznała Marta w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” [Autorka bloga FfR 2013a: 20].

Na blogu można jednak zobaczyć również zdjęcia robione en face. Niektóre wyglądają na ściągnięte z serwisów społecznościowych, inne to stylizacje reklamowe. Profesjonalista czy amator – fotograf jest jawny oraz znany osobie fotografowanej. By wywiązać się ze swej powinności, jego intencją powinno być podkreślanie atutów uwiecznianej osoby i jej stroju. Niektóre fotografie trudno jednak przyporządkować do grupy jawnych bądź zrobionych z ukrycia. Kąt nachylenia, stopień zbliżenia pozwalają myśleć, że zostały wykonane za czyimś przyzwoleniem, jednak to, co fotografowane (elementy garderoby w stylu FfR) sugeruje, że intencje nie musiały być czyste. Autorem takich zdjęć może być znajomy, przy którym fotografowana osoba czuła się swobodnie, jednak nie pozowała w pełni świadomie.

Fotografie przedmiotów również pochodzą z rozmaitych źródeł. Można wśród nich znaleźć profesjonalne zdjęcia reklamowe, amatorskie fotografie z aukcji w serwisie „Allegro.pl”, zdjęcia wykonywane w sklepach. W przypadku dwóch pierwszych zbiorów, nawet jeśli sprzedającemu osobiście nie podoba się uwieczniana rzeczy, stara się ją zaprezentować tak, by potencjalnie była atrakcyjna dla innych. Zdjęcia ze sklepów, lumpeksów, bazarków mają bardziej ambiwalentne pochodzenie. Mogła je wykonać zarówno osoba zachwycona przedmiotem, jak i esteta spoglądający z poczuciem wyższości na „kurioza” .

 

faszyn from raszyn
faszyn from raszyn
faszyn from raszyn
faszyn from raszyn

 

Dla fotografii prezentowanych na FfR nie można wyznaczyć jednolitej klasy autorów o określonych intencjach. W aparat fotograficzny wyposażone są nie tylko drogie smartfony – ma go prawie każdy telefon komórkowy. Problem autorstwa dodatkowo pogłębia fakt, że nie wszystkie zdjęcia trafiają do Marty z „pierwszej ręki”. Część z nich została znaleziona i wyrwana z pierwotnego kontekstu przez łowców modowych absurdów. Do autorki bloga dociera chaotyczny materiał: rozmaite, wielokrotnie „zobaczone”  obrazy. Dopiero na tym etapie oglądane są przez podmiot obdarzony identyfikowalną płcią, wiekiem, statusem społecznym. W rzeczywistości jednak, wiedza odbiorcy o Marcie jest bardzo ograniczona.

W maju tego roku blogerka pojawiła się w „Dzień dobry TVN” wiadomo więc jak wygląda, że ma dwadzieścia sześć lat, mieszka w Warszawie [Autorka bloga FfR 2013b]. W „Wysokich Obcasach” powiedziała, że „ma do czynienia z modą”, nie chciała jednak zdradzić konkretnego zawodu [Autorka bloga FfR 2013a: 21]. Podobnie tajemnicze jest jej miejsce pochodzenia, edukacja, status reszty rodziny. Strój, który założyła do telewizji potwierdził jedynie deklarowane upodobanie do prostoty. Granatowa marynarka, jasna koszulka i dżinsy były bezpiecznym „mundurkiem”, który więcej skrywał niż komunikował. Marta zostaje zaliczona do klasy średniej głównie na podstawie analizy jej bloga.

Jaka jednak jest struktura FfR i jak przedstawiane są na nim obrazy? To ostatnie pytanie dotyczy już nie tyle zdjęć, co praktyki, w którą są uwikłane. Blog ma dwie wersje: to osobna strona internetowa „Faszynfromraszyn.pl”  oraz publiczny profil na Facebooku. Różni je graficzna zależność między słowem a obrazem. Na stronie internetowej zdjęcia są duże, tło jasne i puste (nie licząc reklam, których jest sporo). Po prawej stronie od fotografii znajduje się podpis wymyślony przez Martę. Czasem jest to jedno słowo jak „Spoko”, „Moda!!!”, „Ale jaja”, niektóre jednak są bardziej rozbudowane: „Stylizacja inspirowana miesięcznikiem Claudia. Mało tego nieudana”, „Kotek już wracam, kupić ci browara?”.  Komentarze są ukryte (przy zdjęciu pojawia się tylko ich liczba). Żeby je zobaczyć, trzeba wejść na osobną stronę, wyłącznie z tą fotografią. Teoretycznie można więc oglądać same obrazy jedynie z opisami Marty, które nadają, co prawda, prześmiewczy kontekst, ale nie zawsze są bardzo agresywne, a czasem tak nieadekwatne, że nietrudno je zignorować.

 

faszyn from raszyn

 

Inaczej jest na Facebooku. Część zdjęć jest w większym formacie, inne to tylko odsyłacze do głównej strony Faszynfromraszyn.pl. Prezentowane są w dwóch kolumnach i otoczone ze wszystkich stron słowami (podpisami Marty i komentarzami internautów) przez co nabierają wyłącznie ilustracyjnego charakteru. Według Marty zdjęcie i podpis są integralną całością [Autorka bloga FfR 2013a: 21]. Problemem jest to, że, jak zwraca uwagę Bilewicz, często te podpisy nie są zbyt uprzejme ani zbyt mądre, a tym bardziej śmieszne [Bilewicz 2013]. Podobnie mało wyszukane są komentarze. Bardzo nierówny jest także poziom zdjęć – Marta stawia raczej na ilość niż na jakość (zarówno fotografii, jak i podpisów do nich). Nierzadko opis autorki bloga jest potrzebny do tego, żeby się zorientować, co w fotografii miało śmieszyć, gdyż osoba na niej uwieczniona ubrana jest dość zwyczajnie, a jedynym wykroczeniem jest mało kontrowersyjny detal. Co taka forma bloga mówi o Marcie i fanach FfR? Zdaniem Bilewicz są to ludzie, którzy wykorzystują swój wyższy status społeczny, by znęcać się nad uboższymi i gorzej wykształconymi [Bilewicz 2013]. Diagnozowanie o kapitale kulturowym wyłącznie na podstawie aktywności w serwisie społecznościowym jest jednak ryzykowne. Strony tego typu rządzą się regułami ekonomii oraz stylistyki wypowiedzi, z którymi użytkownik musi ciągle negocjować własne nawyki i kompetencje kulturowe. Przeciętny poziom zdjęć, podpisów i komentarzy, świadczy raczej na niekorzyść wykształcenia autorów, jednak równie dobrze może być umiejętnym przystosowaniem do reguł gry społecznej, jaką jest udzielanie się na publicznym profilu na Facebooku.

Podobnie jak jakość wykształcenia, równie trudno oceniać realny stopień zamożności. Dostęp do komputera oraz wolny czas, który można poświęcić na robienie i komentowanie zdjęć może sugerować, że bloga Marty odwiedzają przede wszystkim osoby o wyższym statusie ekonomicznym. Tak jak przy pytaniu o autorstwo zdjęć na FfR, warto jednak zastanawić się, czy dostęp do urządzeń elektronicznych wyznacza jeszcze ostre granice społecznych podziałów. Na FfR może udzielać się zarówno „wolny strzelec“ pracujący w kawiarni na swoim laptopie, jak i osoba bezrobotna korzystająca z komputera lub sieci wi-fi w bibliotece.

Na pewno przed użytkownikami i autorką leży pokusa nadużycia władzy, która związana jest ze znalezieniem się za aparatem fotograficznym czy przed komputerem, gdzie można swobodnie komentować nieruchomy, pozbawiony głosu i uczuć, obraz. Poczucia bezpieczeństwa nie zaburza nawet to, że opinie o zdjęciach można wyrażać jedynie jako użytkownik zarejestrowany/zalogowany przez Facebook. Większość komentarzy podpisana jest więc imieniem i nazwiskiem.

W wywiadzie dla „Wysokich Obcasów” Marta określiła uwieczniane na zdjęciach osoby i przedmioty jednym słowem: obiekty. Naraziła się tym na oskarżenie o instrumentalne użycie człowieka, traktowanie go jako środka, a nie celu. W jednym z komentarzy na forum „Gazeta.pl”, internauta/internautka ubolewa nad tym, że w Polsce zamiast blogów typu FfR nie pojawiają się strony podobne do Humans of New York [„Hanka” 2012]. Ta ostatnia prowadzona jest przez młodego Amerykanina, Brandona Stantona, który przemierza ulice Nowego Jorku w poszukiwaniu różnorodności i piękna (zarówno jawnego, jak i ukrytego) oraz fascynujących historii zapisanych na ludzkich twarzach. W przeciwieństwie do FfR, strona Humans of New York jest w pełni afirmatywna (choć nawet tolerancyjnemu i otwartemu Brandonowi zdarzył się homofobiczny podpis) [Maloney 2012]. Wszystkie fotografie robione są jawnie, przez konkretną osobę (Stanton umieścił na blogu swoją biografię, a także przedstawiające go zdjęcia i filmy). Model(ka) może opowiedzieć o sobie, nie jest jedynie „przedmiotem” do sfotografowania, a interakcja z fotografem jest istotną częścią procesu powstawania zdjęć.

Fotografiom umieszczanym na blogu towarzyszy krótszy lub dłuższy komentarz autora. Zazwyczaj jest to zapis dialogu, a właściwie jego rekonstrukcja, gdyż Stanton nie notuje rozmów przeprowadzanych z modelami. Pod kompozycją złożoną ze zdjęcia i opisu znajduje się miejsce na opinie internautów. W przeciwieństwie do komentarzy na FfR są one w większości pozytywne, pełne komplementów dla pokazywanych osób. Zamiarem Stantona było stworzenie przestrzeni, w której można by przekazywać dobre emocje – i rzeczywiście, z przyjemnością oglądam fotografie uśmiechniętych dzieci, pogodnych starszych osób opowiadających swoje historie. Czar pryska, gdy natrafiam na zdjęcie twarzy bezdomnego podpisane: <<„I’m homeless, and I’m an alcoholic. But I have a dream.” „What’s that?” „I wanna go fishing”>> (post z 22 lutego 2013 roku). Duże zbliżenie, ukazuje przekrwione oczy, zmarszczki, zniszczoną skórę, brudne, stare ubrania. Podpis potwierdza trudną sytuację życiową uwiecznionego mężczyzny. Jednak zamiast pogłębić refleksję, ucina ją szybko, sugerując, że chyba nie jest tak źle, skoro osobę tę stać na marzenia. Jak w „amerykańskim śnie”: człowiek, który wie, czego pragnie i chce to zrealizować, jest w stanie odmienić swoje życie. Ponura historia ma szansę zakończyć się happy endem, a uspokojony fan bloga może powrócić do oglądania bawiących się szczeniaczków i roześmianych rodziców. Odmiennym mechanizmem posługuje się ta kompozycja: fotografia przedstawia starszego, ciemnoskórego mężczyznę, delikatnie uśmiechniętego i jakby z rozmarzeniem spoglądającego w dal.  Podpis pod zdjęciem brzmi: <<„I can’t go back because I’m a political refugee. I haven’t seen my family in 31 years.”>> (post z 20 lipca 2013 roku). Kolejne zdjęcie, ukazujące dobrze ubranego mężczyznę na pomarańczowym skuterze może uchodzić za wycięte z magazynu lifestylowego. Opatrzone jest słowami: <<„What’s your greatest struggle right now?” „Staying sober” „Are you sober right now?” „Yep. Six months. Sixteen days”>> (post z 10 lipca 2013 roku).

W przypadku fotografii przedstawiającej bezdomnego mężczyznę problemem był podpis, tu zapisy rozmów z modelami są bardziej neutralne, pozbawione „osładzającej”  pointy. Co przeszkadza tym razem? Robiąc zdjęcia Stanton posługuje się określonym zestawem środków formalnych: kolory są intensywne, światło łagodne, kompozycje harmonijne, a pozujący człowiek wyróżniony za pomocą głębi ostrości. W efekcie uzyskuje ładne zdjęcia, bez względu na to, kogo fotografuje. Kontrast atrakcyjnego obrazu z frapującym podpisem może prowadzić do różnych interpretacji. Na przykład: pogodny staruszek skrywa tragiczną historię, modny, zamożny mężczyzna walczy z nałogiem, z czego płynie wniosek, że świat nie jest taki piękny i dobry jak z pozoru się wydaje. Może być jednak odwrotnie – pomimo ciężkiego i przepojonego smutkiem życia, starszy pan nie stracił pogody ducha. Były alkoholik pozostaje trzeźwy i wygląda świetnie. Choć otaczająca rzeczywistość nie zawsze jest różowa, nie należy się przesadnie martwić. Inna możliwość jest taka, że atrakcyjne zdjęcie i ponury podpis wzajemnie się zniosą, pozostawiając odbiorcę bez żadnych przemyśleń. Biorąc pod uwagę cele, które stawia przed sobą Stanton tworząc bloga, prawdopodobnie najbardziej odpowiadałby mu drugi sposób odbioru przywołanych kompozycji. Sugerować mogą to także proporcje pomiędzy fotografią, a podpisem. Na głównej stronie są one jeszcze w miarę wyrównane, kiedy jednak chce się przyjrzeć dokładnie zdjęciu w osobnym oknie, staje się ono tak duże i intensywne, że białe litery pod nim są prawie niezauważalne. Pozytywnie nastrajający, atrakcyjny wizualnie obraz dominuje nad historią.

Trudno krytykować Stantona za chęć przekazywania pozytywnej energii. Jednak nie można zaprzeczyć, że czasem dzieje się to kosztem spłycenia i osłodzenia poważnych problemów społecznych oraz dramatów portretowanych osób. Obrazy, wyrwane z przepływu chwil i z indywidualnego kontekstu, mogą przekazywać jedynie bardzo ogólne idee. Zdjęcie i podpis staje się znakiem ­– otwartym na różne interpretacje, pośród których pozytywna i krzepiąca jest tylko jedną z możliwych – jednak zawsze odłączonym od żywego człowieka i jego losów, a przez to podatnym na przeinaczenia i nadużycia. Instrumentalnie traktowanie portretowanych i ich historii, mniej zauważalne przy „miłych i ładnych”  kompozycjach, wychodzi na jaw w poruszających obrazach i słowach.

Nie chciałabym sugerować, że Stanton realizuje tak pracochłonny projekt tylko po to, by indoktrynować fanów bloga oraz przetwarzać poważne problemy w ich papierowe ekwiwalenty. Sądzę, że instrumentalizm jego strony wynika w jakimś stopniu z nieświadomego stosowania medium fotograficznego. Stanton nie zauważa lub nie chce zauważyć, że obiektyw aparatu, wyrywając osoby i przedmioty z kontekstu, zamienia je w nieruchome „obiekty” oglądu, do których można dodać dowolny komentarz. Gra pomiędzy słowem a obrazem staje się istotniejsza niż relacja pomiędzy żywą osobą i jej wypowiedzią. Ta obiektywizacja nie wyklucza subiektywnego spojrzenia fotografującego, który poprzez dobór kadru, oświetlenia, ostrości pogłębia lub niweluje efekt uprzedmiotowienia, jednak nie jest w stanie od niego ostatecznie uciec.

Stwierdzenie Marty o „obiektach” można traktować nie tylko jako dowód przedmiotowego traktowania ludzi, ale także jako wypowiedź o medium. Świadomie czy nie, blogerka opisuje praktykę większości fotografów – „łowienie” interesujących wizualnie obiektów. Ją i podzielające jej gusta osoby interesuje brzydota, dziwactwo, przesada, Brandona Stantona – piękno (a przynajmniej jakiś jego rodzaj) i różnorodność – wszyscy jednak posługują się tą samą obiektywizującą techniką.

Komentator, który chwalił stronę Humans of New York jako radykalnie odmienną od FfR przeoczył to zagrożenie tkwiące u podstaw mechanicznego zapisu świata. Popularność obu fotoblogów opiera się na tym samym – możliwości generalizowania na podstawie nieruchomych, pozbawionych głosu obrazów, których kontekst formowany jest poprzez narzucone z zewnątrz słowa. Paradoksalnie poprzez swoją szorstkość i brutalność, FfR jest bezpieczniejsze od gładkich i spójnych fotoblogów. Na stronie Marty, podobnie jak na wielu zamieszczanych przez nią zdjęciach, wszystko jest „na wierzchu”: natura medium fotograficznego nie skrywa się za kojącą narracją, a cały czas podkreślana jest poprzez arbitralne oceny i komentarze.

Choć można „pochwalić” FfR za to, że mało umiejętnie zwodzi swoich odbiorców, to poza tym jego obrona jest raczej sprawą straconą… Nawet jeśli na podstawie niektórych zdjęć można zastanawiać się nad niebezpieczeństwami wynikającymi ze ślepego podążania za trendami i asortymentem sklepów (dotyczy to zwłaszcza właścicielek szortów i legginsów), większość fotografii została wybrana według banalnego i mało produktywnego klucza. Na blogu Marty ma szansę znaleźć się każda wielbicielka kocich wzorów, bez względu na to, czy pokrywają one fragment ubioru czy jego całość. Sandały do skarpet są takim samym przewinieniem u modnej dwudziestolatki w (i tak niewygodnych) butach na wysokim obcasie, jak u staruszki, dla której komfort rzeczywiście jest priorytetem. To samo dotyczy koloru – przeglądając FfR można odnieść wrażenie, że produkcja wszelkich ubrań poza czarnymi, szarymi i może granatowymi, powinna być zakazana.

Jednak brak delikatności i zamiłowania do niuansów po stronie autorki bloga oraz jego zwolenników, nie zwalnia interpretatorów z bardziej wyważonych ocen. List Bilewicz nie był, co prawda, tekstem naukowym, a stosunkowo krótka forma z konieczności nie pozwalała na pełne omówienie problemu. Chęć dobitnego wskazania redakcji „Wysokich Obcasów”, gdzie leży błąd, doprowadziła jednak socjolożkę do niepokojących uproszczeń i uogólnień. Dotyczy to przede wszystkim kwestii zasad, które wskazują jak się dobrze ubierać. „Jest oczywiste, że osoby biedniejsze, mniej wykształcone, mają mniej wyrobiony gust, nie stać ich również na estetyczne, wysmakowane ubrania” – pisze Bilewicz [Bilewicz 2013]. Niestety, żaden z tych sądów nie wydaje mi się oczywisty. Zaczynając od mniej problematycznej części: o ile przez estetyczne i wysmakowane ubrania nie rozumie się wyłącznie nowych ubrań kupionych w eleganckich butikach, to rozwinięty rynek sklepów z używaną odzieżą jest świetnym źródłem bardzo sensownych strojów. Ten argument przywoływała z resztą Marta, sugerując, że jeśli już się wyśmiewa, to nie z biedy materialnej, lecz z biedy umysłu. „Jeśli, ktoś chce i potrafi, może się dobrze ubrać” – powiedziała blogerka [Autorka bloga FfR 2013a: 19]. Czy słowa Bilewicz zrównującej brak wykształcenia z brakiem gustu, tak bardzo różnią się od tej opinii? Paradoksalnie, teza Marty jest nawet mniej deterministyczna: bezguście może dotknąć każdego, bez względu na status majątkowy, „umiejętność”  nie koniecznie musi się wiązać z wykształceniem sensu stricto, istotna jest też wola. Sugerując, że na blogu Marty wyśmiewane są głównie osoby pozbawione kapitału kulturowego i poświęcające większość energii na „wiązanie końca z końcem” [Bilewicz 2013] oraz ilustrując tę tezę odpowiednimi przykładami, bez wątpienia kreuje bardziej perswazyjny obraz ofiary FfR. Starając się bronić poszkodowanych zamyka ich jednak w niebezpiecznym stereotypie – są to osoby „upośledzone”, z których nie można się śmiać, a które trzeba oświecić. Na czym jednak miałaby polegać ta edukacja, skoro Bilewicz przyznaje, że nie potrafi zdefiniować, czym jest dobry smak? Socjolożka odwołuje się do kilku zasad, które jak się zdaje, przyświecają też autorce FfR przy selekcji zdjęć: dobór kroju i materiału do sylwetki i okazji, funkcjonalność oraz harmonia. Te wzorce, zdaniem Bilewicz, mogłyby być postawą ogólnopolskiego programu wyrównywania „szans odzieżowych”  lub zostać rozprzestrzenione poprzez media [Bilewicz 2013]. Niestety, przy tak szeroko zakrojonej skali projektu, ich najlepszą realizacją byłyby wszelkiego rodzaju uniformy. Ich zaletą jest absolutna nijakość i bezosobowość, gwarantująca pozostanie „w normie”. Problemem jest jednak to, że smak odzieżowy, podobnie jak jeden z pięciu zmysłów, jest sprawą bardzo indywidualną i należy raczej do grupy nieuchwytnych „naddatków”, niż do sfery prostych zasad. Także sposób jego nabywania nie jest w pełni jasny: jak bowiem inaczej wytłumaczyć istnienie rodzeństwa o takim samym wychowaniu lecz odmiennych gustach, profesorów chodzących w czym popadnie i osób gorzej wykształconych, ale mistrzowsko ubranych? Zarówno Marta, wyśmiewając obce swojemu gustowi sposoby ubierania się, jak i Bilewicz starając się narzucić bardziej „poprawne” rozwiązania odzieżowe postępują dość podobnie – absolutyzują to, co partykularne. Jednego wzorca, na który chcieliby przystać wszyscy, jednak nie ma. Nie bez przyczyny pragmatyczni i nielubiący marnować czasu Rzymianie ukuli sentencję De gustibus non est disputandum. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie merytorycznej dyskusji wokół bloga.

Zarzut Bilewicz, o ile nie skupiać się wyłącznie na jego lewicowym wymiarze, dotyka bardzo aktualnego problemu. Przeglądając FfR można się zastanawiać nad współczesnym statusem obrazów i ich rolą w mediach wirtualnych. Bardziej mobilne i podatne na błyskawiczną zmianę znaczenia za pomocą podpisów, coraz częściej służą wyrażaniu opinii. Twórca obrazkowych wiadomości nie dysponuje takim bogactwem środków wyrazu jak posługujący się słowem pisanym. Mechanizm działania memów czy fotoblogów opiera się na prostych kontrastach, porównaniach, lub podobieństwach.  Te obrazy-komunikaty, aby być skutecznymi i zrozumiałymi, muszą odwoływać się do wizualnych klisz i stereotypów. Efekty ich użycia budzą przez to ambiwalentne odczucia.

Spektakularnym przykładem jest dramat policjanta, którego przywłaszczone przez internautów zdjęcie stało się kanwą dla licznych memów o „prawdziwym Polaku, dostrzeżenie instrumentalizmu w blogu Humans of New York wymaga więcej wysiłku. FfR teoretycznie spełnia wszystkie wymogi prawne – nie ujawnia personaliów sfotografowanych osób, zasłania lub wymazuje twarze. O ile sami nie śledzą bloga lub nie zostaną poinformowani przez  znajomych, „złowieni”  mogą nigdy nie dowiedzieć się o chwili wątpliwej sławy. Jednak zawłaszczanie cudzego wizerunku, nawet jeśli uwieczniona zostaje tylko część ciała, budzi lęk przed nadużyciem. Bez wątpienia wpływa na to ontologia obrazu fotograficznego. Wielu teoretyków (zob np. André Bazin, Roland Barthes) wskazywało na jego silną więź z pierwowzorem. Mechaniczny zapis, w przeciwieństwie do wizji artysty, zdaje się być niezapośredniczonym odwzorowaniem oryginału. Obraz odbijający się za pomocą światła na kliszy fotograficznej jest równie „naturalny”, co kwiat albo kryształek śniegu, pisał André Bazin [Bazin 1963: 14]. Jednocześnie od samego początku historii fotografii ukazywano zdolność tego medium do manipulacji rzeczywistością. Jednym ze słynniejszych przykładów jest pochodzące z 1840 roku zdjęcie, na którym fotograf Hipolitte Bayard upozował siebie jako topielca. Mimo wszystko wiara w przyległość wzoru i kopii pozostawała silna. Zachwiała nią dopiero zmiana technologii analogowej na cyfrową – zastąpienie procesu chemicznego wywoływanego światłem słonecznym przez elektroniczny zapis na karcie pamięci odebrał trochę „naturalności” całemu zdarzeniu. Zaufanie do prawdziwości i obiektywizmu fotografii podważył także zalew obrazów poddawanych obróbce w programach do edycji zdjęć. Niemniej, wciąż wielu ludzi odczuwa dyskomfort niszcząc albo kasując zdjęcia własne lub osób bliskich.

Jednocześnie w praktykach takich jak tworzenie memów, fotomontaży, czy fotoblogów, obrazy, w tym także wizerunki ludzi, funkcjonują jako materiał poddawany ciągłym przemianom. Na FfR zdjęcia pochodzą z różnych źródeł: wielokrotnie wyrwane z kontekstu prawie zupełnie straciły kontakt z pierwowzorem. Nawet jeśli prowadząca bloga zna datę i miejsce ich powstania, rzadko je ujawnia. Czasem kontekst nadaje fragment architektury lub środka komunikacji miejskiej, większość zdjęć takich tropów jest jednak pozbawiona. Znaczenie zdjęcia określa już nie łączność z pierwowzorem, a swobodna gra z otaczającymi je słowami. Dla osób intuicyjnie odczytujących fotografie jako referencyjne, brak zakorzenienia w świecie zewnętrznym, połączony z kontrowersyjnymi komentarzami, może dawać poczucie uprzedmiotowienia ukazywanych osób.  Czy tak samo odczytuje się jednak fotografie przedstawiające części ciała, np. stopy w skarpetach i sandałach?

Stopień anonimowości jest tu tak duży, że udaje się ewentualnie zidentyfikować płeć i wiek modela lub modelki – cała reszta pozostaje w sferze domysłów (jeśli w ogóle jest przedmiotem dociekań). Z konieczności bardziej atrakcyjne jest patrzenie „na”  fotografie niż „przez”  nią. Na pierwszy plan wychodzi nie „żywy człowiek”  do którego nie ma dostępu, lecz powierzchnia obrazu, zestaw plam barwnych na ekranie komputera. Obrazom tym bliżej jest do zdjęć przedmiotów, zwłaszcza wykonanych w packshotowej czy reklamowej estetyce. „Uprzedmiotowienie” przedmiotów nie wydaje się jednak mieć wiele sensu. Skoro to, kogo lub co zdjęcie uwiecznia nie zawsze jest najistotniejsze, może nie jest to niezbywalna cecha fotografii? Niejednokrotnie oglądając zdjęcia znajomych, lub co gorsza własne, mam poczucie, że te wizerunki niewiele mają wspólnego z pierwowzorem. Fotografie nabierają plastyczności i „życia” dopiero za sprawą uspójniającej narracji narzucanej z zewnątrz. Znaczenie nie tkwi w nich na stałe. Wrażenie nieadekwatności obrazu wynika także z tego, że jest on nie tylko autonomiczny wobec świata zewnętrznego, ale jest również konstrukcją – maszyny i fotografującego. Kompozycja, dobór światła, ale też format i jakość zdjęcia są w stanie zmienić osobę lub przedmiot nie do poznania. Świat ulega spłaszczeniu, przełożony zostaje na abstrakcyjne stosunki linii i płaszczyzn. Intuicja Bilewicz dotycząca uprzedmiotawiania jest w pewnym sensie słuszna, jednak mechanizm pozbawiania człowieczeństwa pojawia się nie na poziomie wyboru zdjęć przez Martę, opatrywania ich podpisem i komentowania przez internautów (to co najwyżej jego kolejne warstwy), ale już w momencie wykonywania fotografii.

Problemy z etycznym i niebudzącym sprzeciwu funkcjonowaniem fotografii oraz powstających na ich podstawie kompozycji słowno-obrazowych wynika ze stanu przejściowego i pomieszania praktyk. Z jednej strony wciąż wizerunek osoby traktuje się przede wszystkim jako ślad jej istnienia, z drugiej poddaje go operacjom zupełnie nie biorącym pod uwagę, że mógłby odsyłać do czegoś więcej poza samym sobą. To rozdwojenie cechuje także działania Marty, która wyrywa zdjęcia z kontekstu, żongluje podpisami i skojarzeniami, a jednocześnie twierdzi, że fotografie na blogu „pokazują rzeczywistość” [Autorka bloga FfRa: 18].

Dopóki jakaś inna technika nie oczaruje nas „naturalnością”, przy której „wierność” fotografii ostatecznie okaże się równie wątpliwa, co malarskiego portretu, konieczna jest duża ostrożność. „Konstrukcyjność” i autonomiczność obrazu nie zwalnia z odpowiedzialności za to, co i z czego się konstruuje. Zdecydowanie bezpieczniej jest śmiać z białych kozaczków uwiecznionych na sklepowej półce, niż na nogach modnej „raszynianki”.

 

Bibliografia:

André Bazin, Ontologia obrazu fotograficznego tłum. B. Michalak [w:] tegoż, Film i rzeczywistość, tłum. B. Michalak, Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, Warszawa 1963.

Roland Barthes, Światło obrazu. Uwagi o fotografii, tłum. J. Trznadel, Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2008.

Autorka bloga „Faszyn from Raszyn”, Zły gust mnie pociąga, rozmowę przepr. J. Bojańczyk, „Wysokie Obcasy” 2013a, nr 15.

Roman Pawłowski, Faszyn from Raszyn? Lubię ten styl, to część kultury, „Gazeta Stołeczna“, dodatek do „Gazety Wyborczej” z dn. 13 maja 2013 r.

Aleksandra Bilewicz, List do „Wysokich Obcasów“, „Nowe Peryferie.pl”, http://nowe-peryferie.pl/index.php/2013/04/list-do-wysokich-obcasow/, data dostępu: 7 sierpnia 2013 r.

Joanna Bojańczyk, Raszyn kontra klasa robotnicza, „Quelement.pl”, http://qelement.pl/artykuly/52/raszyn-kontra-klasa-robotnicza.html, data dostępu: 7 sierpnia 2013 r.

„Hanka”, komentarz zamieszczony pod artykułem Oli Długołęckiej Faszyn from Raszyn i z Nju Jorku – bardzo się różnią?, „Gazeta.pl”, http://kobieta.gazeta.pl/kobieta/1,107881,12784495,Faszyn_from_Raszyn_i_z_Nju_Jorku___bardzo_sie_roznia_.html, data dostępu: 7 sierpnia 2013 r.

Jeniffer Maloney, In Focus: City’s Humans, „The Wall Street Journal”, http://online.wsj.com/article/SB10001424052702304811304577370611460259438.html#articleTabs%3Darticle, data dostępu: 7 sierpnia 2013 r.

 Autorka bloga „Faszyn from Raszyn”, rozmowę przepr. J. Pieńkowska, Faszyn from Raszyn – wideo Dzień Dobry TVN, „Dzieńdobry.tvn.pl”, 2013b, http://dziendobry.tvn.pl/wideo,2064,n/faszyn-fromraszyn,

86035.html, data dostępu: 7 sierpnia 2013 r.

„Hanka”, komentarz zamieszczony pod artykułem Oli Długołęckiej Faszyn from Raszyn i z Nju Jorku – bardzo się różnią?, „Gazeta.pl”, http://kobieta.gazeta.pl/kobieta/1,107881,12784495,Faszyn_from_Raszyn_i_z_Nju_Jorku___bardzo_sie_roznia_.html, data dostępu: 7 sierpnia 2013 r.

Blog „Humans of New York”, http://www.humansofnewyork.com/, data dostępu: 7 sierpnia 2013 r.

 

Paula Kaniewska – studentka Kolegium MISH UW oraz Malarstwa na ASP w Warszawie. W ramach MISH ukończyła studia licencjackie na Wydziale Filozofii, obecnie studiuje kulturoznawstwo w IKP. Interesuje się sztuką (w teorii i praktyce) oraz historią kina.

 

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: