igor piotrowski: usterka jako symbol transformacji

Gdy przed kilku laty wróciłem z wakacji (a były to w dużej mierze wakacje od internetu), w swoich zaległościach mailowych, wśród masy szczęśliwie nieaktualnych powiadomień, licznych całkowicie nieistotnych wiadomości, kilku być może ważnych, których chciałoby się nie zauważyć, odkryłem również podesłany przez jedną z koleżanek link do filmu zamieszczonego na popularnym kanale YT. Był nim fragment programu Wojciecha Manna i Krzysztofa Materny, będący dwuczęściową parodią emitowanego w połowie lat 90. w telewizyjnej Dwójce teleturnieju Gra. Dwie pary rywalizowały przy elektronicznym, „umownym” stole do ping ponga. Wyjątkowo niemiłym prowadzącym (czyżby Antoni Mielniczuk był choć w połowie tak niemiły?) był Wojciech Mann. Bardzo długo przypominał całkowicie niejasne reguły gry, nadużywał przysłówka „przysłowiowe”, a niezbyt rozgarnięci uczestnicy w oldskulowych dresach odbijali joystickiem celuloidową piłeczkę, próbowali połapać się w zasadach i odpowiadali na pytanie w typie: „Jak nazywa się niezbyt rozumny mieszkaniec Krety?”. Parodia nosiła tytuł  „Ping pong”, ubóstwo środków scenograficzno-kostiumowych i ich zgrzebność podkreślały – jak się zdaje – pseudonowoczesność oryginału.

Istotą dobrego żartu sytuacyjnego jest to, że nie da się go opowiedzieć. Poczucie humoru również można mieć albo nie mieć, ale niełatwo o tym pisać. Trudno radzimy sobie z pytaniami, skąd się bierze wyższe niż przeciętne poczucie humoru, jak rodzi się wyrafinowanie etc. Nigdy nie zapomnę rozczarowania znajomych, którzy spodziewali się odnaleźć we wspomnieniach Jeremiego Przybory portret fascynującego anioła bez skazy, dlatego prawdopodobnie – jak ujęła to Agnieszka Niedek – „nawet pisząc autobiografię, Wojciech Mann wciąż potrafi pozostawić czytelników z niedosytem informacji o swoim życiu” (Niedek 2013). Rzeczywiście, kilka smakowitych anegdot wciągająco napisanych umacnia nas w przekonaniu, że autor Rock Manna ma poczucie humoru, co przecież wiedzieliśmy z góry. Być może jednak najtrudniej przewidzieć, co kogoś będzie śmieszyło po latach, stąd moja reakcja na ten film była złożona.

Na pewno ogarnęła mnie wtedy wielka radość i poszukiwanie innych pochodzących z programu Za chwilę dalszy ciąg programu fragmentów zajęło mi resztę wieczoru, który zmienił się w głęboką noc. Program miał w czasach mojej późnej podstawówki i wczesnego liceum status – jak to się mówiło – kultowy. Pamiętam, że w szkole zawsze z kolegami omawialiśmy na przerwach kolejne jego odcinki. Z perspektywy dwudziestu lat instrumentalne przeboje kojarzą mi się nadal jednoznacznie: Obscured By Clouds Pink Floyd z rodziną mafijną, której głowę odtwarzał – nie bez ukłonów wobec Marlona Brando – Wojciech Mann (do dziś z tego powodu część najlepszych skeczy z tej serii ma na YT wyłączoną fonię!), Maria Elena zespołu Los Indios Tabajaras z sygnałem rozpoczynającym Kuchnię pełnej niespodzianek, zaś motyw „Hrabiny Tyłbaczewskiej grającej Ramonę” zaczerpnięty z Kabaretu Starszych Panów (z odcinka Nieznani sprawcy) z czołówką całego programu. Ta ostatnia była niewątpliwie hołdem dla klasyki polskiej rozrywki telewizyjnej.

Poza sentymentem i wspomnieniem dobrej zabawy wydawało mi się jednak, że krąg odbiorczy programu ograniczy się co najwyżej do pokoleń osób pamiętających ten cotygodniowy serial, a nie obejmie młodszych użytkowników mediów cyfrowych. Tymczasem popularność duetu przekroczyła najśmielsze oczekiwania, internet dał drugie życie całemu zespołowi komików, również trójce pozostałych bohaterów (Grzegorz Wasowski, Sławomir Szczęśniak, Arkadiusz Stegenka). Elektroniczna recepcja potoczyła się zatem swoją drogą, a sukcesu chyba nie można sprowadzić li tylko do tego, co podkreślają komentujący pod filmikami: że takich programów już się teraz w telewizji nie robi. Skądinąd, odmienny sąd byłby raczej nie do obrony.

Emitowany w latach 1989-1994 w Dwójce Za chwilę dalszy ciąg programu już tytułem zapowiadał swoją główną ideę, czyli żarty z telewizji. Po pierwsze, były to żarty z konkretnego kanału i nadawcy, Telewizji Polskiej, czyli poniekąd z samych siebie; oczywiście z konieczności, bo innej jeszcze wtedy telewizji w Polsce nie było albo dopiero się rodziła (co również zostało przez autorów Za chwilę… zauważone). Po drugie, z telewizji jako medium ze swoją wizją świata. To był główny przedmiot satyry, wszystkie pozostałe były albo uzupełnieniem tego problemu (często ważnym!), albo pośrednio z niego wynikały (np. żarty z klasy politycznej jako pochodna żartów z programów publicystycznych, parodii wywiadów etc.). Nawet w cyklach skeczy niezwiązanych bezpośrednio z telewizją czy w odcinkach poświęconych w całości jakiejś historyjce (nazwalibyśmy je koncepcyjnymi), ten główny przedmiot prędzej czy później się ujawniał ze zdwojoną mocą. Rodzina Karola tym bardziej jest przerażająca, im więcej czasu spędza przed telewizorem komentując program, a w opowieści o grupie starców przejmujących władzę nad osiedlem mieszkaniowym, ważnym momentem jest odcięcie kablówki i założenie własnej stacji telewizyjnej „Nasze Osiedle”. Często jednak cały odcinek jest oparty na parodii nowych punktów i ostatnich transmisji w programie telewizyjnym.

Pokrewieństw czy podobieństw dla Za chwilę dalszy ciąg programu można by szukać (zwłaszcza komentujący w internecie czynią to stale) w legendarnym Latającym cyrku Monty Pythona, również przecież opartym na żartach z BBC, w studiach której powstawał w końcu lat sześćdziesiątych. Obok purnonsensowego humoru, będącego istotnym wyróżnikiem w obu przypadkach (chociaż w brytyjskim prawzorze na pewno jest go znacznie więcej) zwłaszcza w skeczach będących bezpośrednimi parodiami programów angielskiego nadawcy, Cyrk z ZCDCP łączy zasada funkcjonowania wewnątrz nadawczego uniwersum. Chyba tylko w tak silnej telewizji publicznej, jaką była angielska BBC i polska TVP w owych czasach, można było dopuścić do produkcji programu, który spełnia funkcję wentyla bezpieczeństwa, bo jak nazwać robienie sobie żartów z przekazu macierzystej stacji, które nie oszczędzały nikogo i niczego. W obu przypadkach mamy nie tylko do czynienia z programami zdystansowanymi wobec formy audycji telewizyjnej, lecz po prostu z antystrukturą w telewizyjnej strukturze – ich istnienie jest uzależnione od tego, co nadają pozostałe kanały.

Abstrahując od Monty Pythona, nie wolno jednak zapominać o wcześniejszych poszukiwaniach samych twórców Za chwilę dalszego ciągu programu. Na pewno wskazać należy radiowy program Nie tylko dla orłów nadawany w Trójce w drugiej połowie lat 80. Składały się na niego skecze i monologi przeplatane muzyką i piosenkami. Często były to np. cykle opartych na absurdzie krótkich dialogów (Mówią wekiLatający słój, który mówi), istotą Orłów była jednak parodia audycji radiowych: porad intymnych, słuchowisk dla dzieci (Baśnie nim zgaśniesz), radiowego teatru, a zwłaszcza poezji czytanej na falach eteru (Wiersze po pierwszej i mistrzowskie Wiersze najszczersze), konkursów dla słuchaczy, zapowiedzi, komunikatów i wiadomości, często rymowanych („Dziś rano w Terespolu wynaleziono kaszankę w aerozolu”). Filarami programu byli dziennikarze stacji, w tym Wojciech Mann i Grzegorz Wasowski. Za chwilę dalszy ciąg program stał się również ukoronowaniem satyrycznych poszukiwań Wojciecha Manna w telewizji, po będącym częścią Studia 202 Magazynie pana Manna oraz prowadzonym już z Krzysztofem Materną programie Mądrej głowie, poświęconym urokom polszczyzny, gdzie musiały się siłą rzeczy pojawić żarty z mediów i telewizji: z „błędów i stereotypów” języka komentatorów sportowych, dziennikarzy i spikerów.

Za chwilę dalszy ciąg programu jest oczywiście pierwszorzędnym źródłem historii nowej Polski i jako taki może być oglądany na kilka sposobów. Zapewne śledzić można wszystko, co stanowi zapis ówczesnej powszedniości: samochody, ubiory, pejzaż architektoniczny – to, co pozostaje widzialnym znakiem zmian ostatniego dwudziestolecia. W większej mierze uderzają nas fakty z życia społeczno-politycznego: rynek ubezpieczeń, na którym panuje wolna amerykanka, przygody w świecie małego i średniego biznesu (m.in. cykl „ABC dla przedsiębiorczych”), reforma kolejnych instytucji: szkolnictwa (Nowe czasy), policji, służby zdrowia (cykl o doktorze i siostrze Irenie), żarty z licznych przekształcanych czy powstających branż: deweloperskiej, odzieżowej, alkoholowej itd. Dostaje się władzy samorządowej (Rada Warszawy, która ustala datę rozpoczęcia zimy na 20 listopada i nie można wcześniej rozpocząć odśnieżania albo skecz o inżynierze Kurze, dyrektorze Plastpola, który chce zostać wybrany do samorządu), sejmowi jako synonimowi niedrożności systemu, najbardziej widocznemu z organów władzy (stąd skandale z Anastazją P. na czele; sejmowi poświecono zresztą osobny, przewrotnie-ironiczny odcinek). Przedmiotem żartów jest także „wojna na górze” (tutaj reprezentowana przez sytuację, w której kolejni powoływani „dla dobra kraju” na stanowisko ministra tego samego resortu nie mogą się już połapać, kto jest kim). Trzeba zauważyć, że mimo tych aktualności program nigdy nie stał się kabaretem politycznym, nie został trwale skojarzony z żadnym stronnictwem czy światopoglądem (co więcej przetrwał w okresie zawirowań w telewizji aż pięć lat).

Po pierwsze było to chyba możliwe dlatego, że w istocie przedmiotem ataku jest całokształt wykreowanego w telewizji świata. Coraz nowe obszary współkształtowanej przez telewizję rzeczywistości zostają poddane oczyszczającemu śmiechowi. Skoro nie ma sfer wolnych od gryzącej ironii (tak się przynajmniej wydaje), to poniekąd zabezpiecza to przed oskarżeniami o stronniczość. Bezrobotni z pretensjami i równie pretensjonalni menedżerowie. Byli funkcjonariusze reżimu i cała komunistyczna nomenklatura, jak również „męczennicy etosu”, „pampersi” i – jak to ładnie ujął jeden z internautów, „ZChN-owska pruderia”. Zarówno prowadzący programy telewizyjne, jak i widzowie czy publiczność występująca w teleturniejach. Nikt nie jest bezpieczny.

Po drugie stało się tak dlatego, że ówczesne doświadczenia Polaków zostają ukazane jako zapośredniczone przez medium w tym momencie najbardziej zaawansowane technologicznie, lecz wciąż analogowe, silące się na nowoczesność, lecz zapóźnione, chcące nadrobić stracony czas i dystans do modelu zachodniego („francuski secam”). Cała nędza medium masowego komunikowania zostaje przez to zwielokrotniona. Kanały telewizji publicznej co prawda odzwierciedlają ówczesną codzienność, lęki czasów transformacji, wczesnego kapitalizmu i pierwszych lat po zaprowadzeniu ustroju demokratycznego, ale jednocześnie obraz ten jest przedstawiony w krzywym zwierciadle. Blichtr i zachłyśniecie się techniką, nad którą nie można zapanować, przesadne eksponowanie kolorów, niekompetencja dziennikarzy, minoderia lub, dla odmiany, arogancja prezenterów nieumiejących mówić – wszystko to zostaje w ZCDCP karykaturalnie wynaturzone. Jedynka jest przy tym atakowana mocniej nie tylko dlatego, że akurat w ramówce Dwójki znajduje się program Manna i Materny, ale dlatego, że jest kanałem bardziej nadętym i oficjalnym (2 TVP była postrzegana jako kanał z większymi ambicjami, ale również w większym stopniu nastawiony na rozrywkę; dostało się oczywiście także startującej TVP Polonii). Niemniej żaden gatunek telewizyjny nie ostaje się w satyrycznym ujęciu ZCDCP. Rozliczne programy publicystyczne z Pulsem dnia na czele (Tętno pulsu). Brazylijska telenowela W kamiennym kręgu. Nieporadne tłumaczenia na żywo gal międzynarodowych (Wręczenie Feliksów) i fatalna realizacja uroczystości wręczenia nagród polskich (Kwiaty). Losowanie teleloterii (Teletuleja) i rodzące się audiotele (Programokonkurs). Ekoporady i gotowanie na ekranie (niezapomniana Kuchnia pełna niespodzianek). Reklamy. Zapowiedzi w studio i zmiany w formie prezentowania pogody. O licznych teleturniejach nie wspominając (to ulubiony obiekt parodii, okazjonalnie uprawiany przez twórców programu również później). Wszystko to zostaje w ZCDCP ukazane jako elementy medium, które ulega błyskotliwej autokompromitacji.

Rolę metafory systemu telewizyjnego może pełnić z powodzeniem radiowe studio. W jednym ze skeczy Prezydent Clinton w nocnej audycji – Mann udaje nieudolnie Billa Clintona w rozmowie z prowadzącym Materną i prosi o ulubiony przebój „Riki giki giki” (który na ucho jest greckim pseudo-popfolklorem), płyta jest połamana, odtwarzana na starym adapterze „Bambino”. W Twoim najlepszym radiu wykonawcy (noszący swoje własne imiona) puszczają ze starych, muzealnych wzmacniaczy i przedpotopowych gramofonów trzeszczące, zacinające się płyty i pocztówki dźwiękowe. Korespondencja z Tokio, odnalezienie zagubionego chłopca w radiostacji, nieznanego nagrania Rolling Stonesów w piwnicy w Londynie, transmisja z meczu Turcja-Polska, prognoza pogody, Dzień bez papierosa okazują się mistyfikacjami, „magią radia”. Oba skecze są satyrą na boom rozgłośni prywatnych z początku lat 90. (może także autoironicznym komentarzem dotyczącym nieudanej przygody obu panów z Radiem „Kolor”?), ale również stają się wypowiedzią autotematyczną. Był to komentarz o roli „satyryków mimo woli” w polskiej rzeczywistości doby transformacji – rzeczywistości skleconej z byle czego, ze śmieci, z erzaców, ułatwiającej ludziom zmiany tożsamości, a nawet wymagającej tego od nich.

W powyższym kontekście należy chyba zobaczyć improwizację, niedopracowanie realizacyjne, przede wszystkim zaś niewytrzymywanie ze śmiechu wszystkich głównych wykonawców programu (chociaż mistrzem nie trzymania powagi jest Krzysztof Materna), które jest cechą konstytutywną ZCDCP. Wzmacniają one dodatkowo odczucie bylejakości i tandety parodiowanego telewizyjnego wzorca, a równocześnie pseudoamatorszczyna przesłania czy też zmiękcza niebywale drapieżną wymowę całości. To wielostronny paradoks, wykonawcy nie zawsze dogrywają bowiem owe scenki, śmieją się, puszczają oko etc., a z drugiej strony skecze te są często bogate i wielowymiarowe w warstwie dialogowej oraz bywają dopracowane w charakteryzacyjno-scenograficznej. Z tak banalnej kwestii jak szał zmieniania nazw ulic (który mógłby zostać skwitowany powierzchownym żartem), zostaje stworzona scenka – perełka, w której nie ma niepotrzebnego zdania. Bohaterowie – radni jakiegoś podrzędnego miasta, umieszczeni w otoczeniu luksusowych „mebelków”, z palmą w doniczce jako osią estetyczną gabinetu, dokonują zmiany nazw (materiału dostarczyło rzeczywiste zamieszanie, jakie przeszło przez Polskę w związku z „ulicą Czerwonych Kosynierów” i nie tylko z tą), Na naszych oczach odbywa się przegląd potocznych stylów mówienia i myślenia, ujawniający zarazem potencjał nonsensu, kryjący się w tej sytuacji. Nonsensowna jest nie tylko kwestia Grzegorza Wasowskiego o zaginionych w czasie rewolucji dokumentach, ale przede wszystkim sama rzeczywistość, którą skecz komentuje.

Ten luz przed kamerą nie gryzie się z precyzją użytych środków, o czym świadczy inny popularny skecz pt. Seans spirytystyczny albo Debata, w której zgromadzonym w studio nieporywającym i nieatrakcyjnym reprezentantom tej samej opcji, mówiącym rzeczy istotne tylko dla nich samych, towarzyszy dosłowne lanie wody i manipulowanie niestabilnymi fotelami (co sprawia, że sami nie są w stanie przestać się śmiać).

Dochodzimy prawdopodobnie do sedna fenomenu. Jak to się dzieje, że w przypadku programu, którego komizm w tak dużym stopniu związany był z konkretnymi sytuacjami z życia społecznego i politycznego, poza naprawdę wyjątkowymi przypadkami nie przeszkadza nam nieznajomość kontekstu? Parodiowane wzorce czy wydarzenia, do których scenki się odnoszą, zostały przez nas w dużej mierze zapomniane, o ile w ogóle kiedyś zdawaliśmy sobie z nich sprawę. Ciągłość wynika po części z długiego trwania wadliwej klasy politycznej czy kulawego funkcjonowania narodowego związku piłkarskiego, ale kontekst niegdysiejszej aktualności, która najszybciej się starzeje, nie przeszkadza także dlatego, że ciosy nie są zadawane tylko doraźnemu przeciwnikowi, ale atakują stałe przyzwyczajenia widzów i nadawców, ponadczasową ludzką głupotę w sposób inteligentny i wyrafinowany. Nie trzeba przecież czytać romansów, żeby dobrze się bawić, czytając Don Kichote’a albo Rękopis znaleziony w Saragossie. Nie jest to porównanie dowolne. Pomijając wszystkie różnice, telewizja ze swoimi gatunkami spełniała (i wciąż dla wielu spełnia) przecież rolę nowoczesnego romansu.

Tytułowy czas na naprawienie usterek staje się w tej satyrycznej wizji czasem oczekiwania na rozum i profesjonalizm, a sama usterka symbolem trudnej transformacji ustrojowej. Przerwa w nadawaniu, zakłócenie na łączach to nie jedyny sposób, przy pomocy którego puka do nas entropia. Brak zawodowego podejścia to również forma usterki podniesiona do rangi metody. Prowadzą nas owe usterki do celu, którym jest osiągniecie swoistego efektu obcości i wyjęcia z kontekstu,  pozwalają nam one ostatecznie spojrzeć z boku na nędzę naszej (również obecnej) codzienności. Gdyby Karl Kraus dożył czasów telewizji i emisji ZCDCP, byłby zapewne wniebowzięty.

Bibliografia:

Agnieszka Niedek, Jego wielkie tajemnice, „Tele Tydzień”, z dnia 12 kwietnia 2012, http://www.teletydzien.pl/gwiazdy/news-jego-wielkie-tajemnice,nId,597254, dostęp 16 września 2013.

igor piotrowski – pracownik Instytutu Kultury Polskiej UW, kulturoznawca, teolog, varsavianista.

zdjęcie: http://pl.wikipedia.org/wiki/Plik:Philips_PM5544.svg

 

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: