joanna orlik (rozmowa): w poszukiwaniu „miejsc wspólnych” animacji kultury

z materiałów Stowarzyszenia Katedra Kultury

 

Weronika Parfianowicz-Vertun: Jak – i czy w ogóle – definiować animację kultury?

Joanna Orlik: To bardzo trudne zagadnienie, ale stoję na określonym stanowisku. Wprawdzie po NieKongresie zaczęłam lepiej rozumieć przeciwny wobec mojego punkt widzenia, ale znalazłam też dodatkowe argumenty, które utwierdzają mnie w przekonaniu, że nie da się uciec od definicji animacji. Jedną z najważniejszych obserwacji po NieKongresie Animatorów było coś, o czym wszyscy wprawdzie wiedzieliśmy, ale dopiero to wydarzenie uświadomiło nam w pełni wagę zjawiska – chodzi o różnorodność osób, stanowisk, poglądów, przekonań. Widać to w żartobliwym powiedzeniu, że to był nie tyle NieKongres Animatorów, co Kongres NieAnimatorów. Przewrotność tego sformułowania polega właśnie na tym, że nie wiadomo dokładnie, kim jest animator i co powinien robić, mimo tego, że mamy kilka uczelni w Polsce, które kształcą w tym zakresie. Na pozór więc pytanie wydaje się kompletnie nieuzasadnione, skoro to pojęcie funkcjonuje w praktyce.

Długo dyskutowaliśmy z Zespołem Programowym NieKongresu nad tym, czy to ma być kongres animacji czy animatorów. Stanęło na tym, że właśnie animatorów, bo chodziło przede wszystkim o spotkanie ludzi. Rzeczywiście przyjechały bardzo różne osoby, które z pewnych względów definiują się w ten sposób. Należałoby pewnie ich wszystkich zapytać, kim jest dla nich „animator”, dlaczego przyjechali na NieKongres, i dlaczego uważają się – bądź nie – za animatorów. Słyszałam też, że po NieKongresie niektóre osoby stwierdziły, że na pewno nie są animatorami.

W moim przekonaniu – i teraz wracam do początku tej wypowiedzi, czyli do mojego stanowiska – należy stworzyć typologię animatorów. Dopóki jej nie stworzymy, będziemy przekrzykiwać się nawzajem, spierając o to, kto jest bardziej animacyjnym animatorem. Z drugiej strony pojawia się lęk przed „zaszufladkowaniem”. Rozumiem to i zgadzam się, że próba zamknięcia działań animacyjnych w jakiejś klatce definicyjnej jest ryzykowna. Ale uważam że dopóki nie przedstawimy jako środowisko – i to jest moje oczekiwanie również wobec środowiska akademickiego – pierwszej definicji, kilku definicji lub typologii, które by mogły być poważnie dyskutowane, będziemy „ganiać w kółko”. Duże ryzyko wiąże się z nie artykułowaniem i nie formułowaniem tego, czego oczekiwać można od animatora. Bardzo potrzebujemy wymiany myśli na ten temat. Twierdząc, że takie dyskusje są ograniczające dla praktyków, nie tylko zamykamy sobie usta, ale też nie zauważamy wielu kwestii, które wymagają doszczegółowienia, nazwania, refleksji.

Nasuwa się jednak pytanie: kto potrzebuje tej definicji? Czy potrzebuje jej animator, czy odbiorca jego pracy? Być może dla osoby, do której przychodzi animator, też jest ważne, żeby wiedziała, z kim ma do czynienia, co się kryje pod tą nazwą, co jej ta osoba obiecuje swoimi kompetencjami, a czego obiecać nie może. W ten sposób docieramy do pytania, czy animator jest zawodem. Idąc do psychologa, lub psychiatry wiemy, czego możemy się spodziewać, i jaka jest między nimi mniej więcej różnica. Byłoby dobrze, żebym spotykając się z animatorem też wiedziała, czego mogę się spodziewać.

WP: Czy w czasie NieKongresu zderzały się ze sobą jakieś wyraźne wizje tego, czym jest animacja?

JO: Na pewno dało się zauważyć podstawowe rozróżnienie w sposobach podejścia do pracy. Z jednej strony moglibyśmy widzieć pedagogów czy animatorów społecznych, bliższych pedagogom ulicy. Ich osobowość wtapia się w grupę, pełnią raczej funkcję uruchamiającą albo łagodzącą; jedynie inicjują procesy lub działania, które rozgrywają się w grupie. Z drugiej strony mielibyśmy mocno autorskie działania animacyjne, artystyczne, czy okołoartystyczne, albo wykorzystujące sztukę. Możemy też mówić o działalności animacyjnej, którą kiedyś określilibyśmy mianem instruktażowej – w tym ujęciu animacja zbliża się do edukacji kulturalnej. W czasie NieKongresu spotkali się więc ze sobą „instruktorzy” i teoretycy animacji. Te spotkania nie zawsze są łatwe. Wiadomo, że kiedy zestawimy „animację CAL-owską”, która jest mocno społeczna i właściwie nie uważa kultury za coś specyficznego, z działaniami artysty-animatora, to bardzo łatwo o konflikt. Społeczeństwo potrzebuje zresztą jednego i drugiego typu pracy animacyjnej. Dajmy więc sobie prawo, aby powiedzieć, że te działania nie muszą być tożsame – mamy do czynienia z różnymi odmianami animacji.

WP: Jeżeli rozmawiamy o sposobach komunikowania się w środowiskach animacyjnych, czy pani zdaniem animatorzy kultury potrafią rozmawiać o swojej pracy, wymieniać doświadczenia, konfrontować opinie?

JO: Myślę, że to jest coś, czego powinniśmy się stale uczyć. NieKongres pokazał, jak – paradoksalnie – ubogi jest nasz język w tym zakresie. Nie chodzi o to, że nie umiemy się wypowiadać, tylko że nie mamy przedyskutowanych wielu tych tematów, a w związku z tym, nie mamy się do czego odwoływać, z wyjątkiem naszych własnych wyobrażeń, często nieuwspólnionych. Każdy mówi w oparciu o własne doświadczenia i uważa, że ma rację – bo w pewnym sensie ma. Brakuje nam jednak „miejsc wspólnych” animacji kultury, które by były dla każdego punktem odniesienia. W raporcie ewaluacyjnym, który został właśnie opublikowany na stronie NieKongresu, pojawia się zarzut, że animatorzy nie odnoszą się dziś do źródeł i tradycji polskiej animacji – na przykład do lat 60. Jeżeli uznamy, że wszystkie osoby zajmujące się animacją powinny wiedzieć o korzeniach kontrkulturowych, to musimy też sobie odpowiedzieć na pytanie: dlaczego? Co im da ta wiedza, albo jak szkodzi jej brak.

WP: Czy to różnicowanie się podejścia do animacji kultury odbywa już na poziomie ośrodków, które kształtują animatorów?

JO: Na pewno, ale jest to bardziej skomplikowane. Absolwenci Wydziału Sztuki na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie będą się różnić ze względu na ścieżkę kształcenia od animatorów z Instytutu Kultury Polskiej UW. To jest oczywiste i nie jest problemem, że te programy się od siebie różnią. Tak samo polonistyka wrocławska różni się od polonistyki krakowskiej. Zawsze będą funkcjonować różne szkoły i bardzo dobrze, bo ta różnorodność i różne rozłożenie akcentów jest wielką wartością. Ale ta sytuacja dotyczy tylko grupy osób, które uzyskują wykształcenie animacyjne, a działających animatorów jest przecież znacznie więcej – często są to osoby, które nie mają specjalistycznego wykształcenia, są samoukami, inspirują się modą na animację, czerpią z książek z dobrymi praktykami, szukają w internecie, obserwują, jakie wnioski dostają dofinansowanie w ministerstwie, a więc czerpią z zasobów, które nie są uniwersyteckie.

Do tego dochodzi jeszcze kontekst instytucjonalny – w rozmowie i refleksji o animacji powinniśmy uwzględnić też działania animacyjne prowadzone na przykład bibliotekach, w ośrodkach pomocy społecznej, albo działania w szkołach, które często mają charakter nie tylko edukacyjny, ale właśnie animacyjny.

WP: Czy dostrzegła Pani wśród uczestników NieKongresu potrzebę, żeby wymieniać te doświadczenia? Czy oni przyjeżdżali z chęcią zmierzenia się z tą różnorodnością, czy raczej zaprezentowania swojego działania?

JO: Przeprowadzone przez nas ewaluacja ujawniła, że bardzo wielu osobom zabrakło możliwości, aby zaprezentować siebie i swoje działania. Moim zdaniem animatorzy są szalenie emocjonalni, a emocje nie pomagają w dyskusji, choć zarazem bardzo pomagają w pracy. Na pewno pomagają w zaangażowaniu i chronią przed wpadnięciem w rutynę. Czuć było na NieKongresie, że spotkali się ludzie z energią– iskrzyło, ale nie dlatego, że ludzie się spierali, tylko w pozytywnym znaczeniu.

Niemniej jednak, taki stan nie pomaga w nawiązywaniu spokojnych, dialogicznych relacji, w tym żeby usiąść i na spokojnie przejść przez różne drażliwe punkty i spróbować je podsumować. Nie wiem, czy inne osoby podzielają moje przekonanie, że trzeba bardziej uwspólnić różne światy animacji, bo być może po prostu jesteśmy „bandą indywidualistów” i nie potrzebujemy żadnej unifikacji. Ja również nie chciałabym stracić indywidualizmu swoich działań, ale nie widzę powodów, żeby o tym wszystkim nie rozmawiać.

materiały Stowarzyszenia Katedra Kultury
fot. Kamila Szuba, materiały Stowarzyszenia Katedra Kultury

WP: Czy jednak, przy całym indywidualizmie animatorów, nie ma wśród nich potrzeby środowiskowej integracji, przynależności do jakiejś grupy, posiadania punktu odniesienia czy poczucia siły płynącej z grupy?

JO: Wydaje mi się, że w trakcie NieKongresu poczucie takiego umocowania w grupie dało ludziom radość i poczucie, że jest w nas siła, jest nas dużo i możemy się sobie poprzyglądać. NieKongres mógłby spełniać taką funkcję progową dla konstytuowania się środowiska, zakładając, że odbędzie się drugi i trzeci raz. Należałoby też założyć, że kongresy będą sytuacjami „uczącymi się”, czyli z każdego kongresu wyciągniemy wnioski, żeby ten kolejny trochę lepiej odpowiadał na potrzeby. Jeżeli będą organizowane zbyt rzadko, jeżeli następny będzie na przykład za 15 lat, to będzie bez sensu, ponieważ zbyt dużo się zmieni w międzyczasie, i trzeba będzie zaczynać od nowa.

WP: Poza budzeniem wspomnianej radości i poczucia siły, jaką rolę, pani zdaniem, odegrał NieKongres w procesie konsolidowania się środowiska? Co było szczególnie ważne w czasie jego przebiegu?

JO: Udało się spotkanie ludzi ludzi, którzy byli siebie ciekawi, chcieli siebie słuchać, reagowali na siebie żywo, chcieli ze sobą bardziej rozmawiać Myślę jednak, że NieKongres nie ma „cementującej” mocy. Proporcja pomiędzy czasem spędzanym wspólnie i oddzielnie była bardzo zachwiana. Być może zresztą nie sposób stworzyć tego rodzaju konsolidującą sytuację, ani uruchomić taki wspólnotowy proces jednorazową akcją. Wątek indywidualistyczny jest wciąż dominujący.

W ewaluacji pojawia się bardzo dużo postulatów dotyczących wniosków. Jako organizatorzy postawiliśmy za cel, aby każda grupa robocza pracująca podczas NieKongresu, zakończyła rozmowy stworzeniem rekomendacji w obszarze swojego tematu (tematy dotyczyły m. in. tożsamości, modeli działania, współpracy). Okazało się jednak, że w tak krótkim czasie, jakim dysponowały grupy robocze, było to niemożliwe do zrealizowania, należało to inaczej zaplanować. Rekomendacje wypadły słabo, niewystarczająco. Z drugiej strony byłam zaskoczona, że na sesji plenarnej, podsumowującej prace grup, pojawiły się bardzo konkretne postulaty i potrzeby. Nie tworzą one wprawdzie grupy twardych rekomendacji, które można uznać za „mapę drogową”, są to raczej wskazane kierunki, niektóre bardziej, inne mniej udane.

WP: Już w nazwie wydarzenia widać świadomość, że z jednej strony sama formuła kongresu może być nieadekwatna, z drugiej zaś – że jest to wydarzenie o pewnej randze i że istnieją pewne schematy wydarzeń, którymi musimy operować, bądź się z nimi zmierzyć…

JO: To jest wydarzenie, które można ulepszać, przygotowywać metodą prób i błędów. Rozumiem rozczarowanie tych, którzy uważali, że on był za mało „niekongresowy”, ale widzę też kilka kluczowych różnic pomiędzy innymi, tradycyjnymi kongresami, a tym wydarzeniem. Podjęliśmy wyzwanie – pewnie można było to zrobić lepiej i następnym razem warto poszukać innych rozwiązań, na przykład wprowadzić więcej działań integracyjnych, których teraz trochę zabrakło…

WP: Chciałam jeszcze wrócić do potrzeby autoekspresji. Czy pani zdaniem animatorzy, zwłaszcza ci z mniejszych ośrodków, bądź tych oddalonych od jakichś większych sieci, potrzebują stworzenia przestrzeni dla wymiany doświadczeń, ale też zaprezentowania siebie?

JO: Na NieKongresie były sesje otwarte, na których było wiele wystąpień i prezentacji. Dostaliśmy około 2-3-krotnie więcej zgłoszeń, niż mieliśmy miejsc. Pomimo tego, że staraliśmy się wybrać prezentacje, które wydawały się najciekawsze, sesje otwarte zostały w ewaluacji ocenione źle, nie wzbudziły zainteresowania. Nie jestem pewna, jak to interpretować. Nie brakuje przecież przestrzeni do prezentowania działań. Narodowe Centrum Kultury regularnie przygotowuje Giełdę Projektów, a to zaledwie jedno z wielu tego rodzaju przedsięwzięć, więc nie jest tak, że nie ma formatu, który by odpowiadał na tę potrzebę. Chodzi więc chyba o to, że tak naprawdę to nie jest potrzeba posłuchania o projektach innych, tylko powiedzenia o swoim. A skoro tak, trzeba postawić pytanie, na ile moja wypowiedź będzie interesująca dla innych.

WP: Jednym słowem, wracamy do tego punktu wyjścia, czyli: jak mówić o swojej pracy?

JO: Jak mówić o swojej pracy, ale też – co mówić o swojej pracy. Bo chodzi nie tylko o kompetencje prezentacyjne – żeby opowiadać w sposób ciekawy – ale o pytanie, czy za tym stoi coś więcej, niż potrzeba zaakcentowania własnej obecności. Bo jeżeli chodzi tylko o zaznaczenie siebie, to trudno w tym widzieć materiał na wystąpienie, które może zainspirować innych. A niestety, wydaje mi się, że potrzeba autoekspresji często znacznie przeważa nad świadomością potrzeb innych.

WP: Ta konkluzja jest dość zaskakująca i ironiczna w kontekście działań, o których mówi się, że są nakierowane na drugiego człowieka i jego doświadczenia. Jakie są jeszcze, pani zdaniem, najważniejsze dylematy czy też wyzwania stojące przed animatorami i animatorkami, a także przed samym polem animacji kultury?

JO: Ten wniosek, do którego doszłyśmy przed chwilą, wyłonił mi się dzisiaj w pociągu i samą mnie zaskoczył, a zarazem wydaje mi się bardzo ważny. Wśród obszarów, które po NieKongresie rozpoznaliśmy jako kluczowe znalazły się: kompetencje animatora, odpowiedzialność animatora i wartość pracy animatora. Jestem przekonana, że nie będziemy mogli wycenić, zarówno dosłownie jak i metaforycznie, wartości pracy animatora tak długo, jak nie określimy jego kompetencji i odpowiedzialności, a zatem, mówiąc trochę nieładnie, jeżeli nie będziemy wiedzieć, co animator sobą reprezentuje. To będzie bardzo bolesny proces – łączy się z odkrywaniem własnej niewiedzy i braków kompetencyjnych, które często pokrywane są entuzjazmem. To nie wynika ze złej woli, a z braku wyobrażenia sobie różnych wymiarów działania przed przystąpieniem do jego realizacji. Nie powinniśmy jednak udawać, że rozmowa na ten temat będzie jakoś „zabijająca” dla środowiska. Uważam, że będzie dokładnie odwrotnie – to brak takiej rozmowy rozbija środowisko.

WP: Czy w związku z tym trwają prace nad kontynuacją NieKongresu?

JO: To decyzja strategiczna – czy robimy to dalej razem, w połączeniu z Narodowym Centrum Kultury, przy wsparciu ministerstwa. Pytanie, czy ministerstwo będzie uważało animatorów za grupę odbiorców swojej polityki kulturalnej i czy będzie mu zależało na tym, żeby ten wątek kontynuować. Istnieje niebezpieczeństwo, że zostaniemy uznani właśnie za „bandę indywidualistów”, którzy i tak nie są w stanie zająć wspólnego stanowiska i z którymi nie ma sensu w związku z tym rozmawiać, bo tylko przekrzykujemy się, zamiast coś sformułować.

WP: Czy to zaplecze instytucjonalne i różne wizje – na przykład ministerstwa dotyczące definiowania kultury, również miały wpływ na przebieg NieKongresu?

JO: Myślę, że te rozgraniczenia nie są wcale takie ostre, jak mogłoby się wydawać, wszystko jest dosyć labilne. Podobnie, jak środowisko animatorów nie prezentuje wspólnych stanowisk, tak pewnie różne osoby z NCK-u, czy z ministerstwa zapytane o to, jak wyobrażają sobie przyszłość animacji kultury w Polsce, dałyby różne odpowiedzi. Ale myślę, że na etapie, na którym jesteśmy, to jest zaleta, a nie wada. Dzięki temu wiele rzeczy jest wciąż możliwych.

Przed NieKongresem pojawiały się głosy, że nie należy go organizować z instytucjami państwowymi, ale przecież, po pierwsze, nie zrobilibyśmy tego bez instytucji państwowych ze względów finansowych, a po drugie, moim zdaniem, należy działać na rzecz tego, żeby polityka państwa uwzględniała perspektywę animacyjną. Jeżeli zrobilibyśmy NieKongres bez zaangażowania strony państwowej, stracilibyśmy ważny element tej układanki. Według mnie tego rodzaju działania powinny być organizowane przy udziale podmiotów reprezentujących wszystkie porządki. Oczywiście są z tym związane różne ryzyka, na przykład, że słowa ministra nie będą współbrzmieć z oczekiwaniami animatorów. Ale ten rozdźwięk też jest ważny. Środowisko animatorów dowiedziało się, co minister sądzi – lub myśli, że należy powiedzieć – na temat animacji. To dużo lepsze, niż gdybyśmy pozostawali w niewiedzy.

WP: Podsumowując, konieczne jest stworzenie jakiegoś wspólnego pola refleksji, przestrzeni do namysłu nad własną pracą. Może to, że animacja staje się coraz popularniejszym sposobem działania ułatwi ten proces?

JO: Przypomniał mi się jeszcze jeden wątek dotyczący problemów z animacją. W radiu usłyszałam reklamę: „wakacje w Turcji z polską animacja”. Wydaje mi się, że to jest obecnie najbardziej popularny sposób, w jaki obywatel definiuje sobie animację: jakieś zabawy dla dziecka, żeby on mógł sobie spokojnie pójść napić się drinka. Bardzo bym nie chciała, żeby to była jedyna definicja animacji, jakiej używamy w Polsce. Dlatego tak ważne jest wypracowanie jakiegoś wspólnego głosu przez praktyków animacji kultury.

 

***

joanna orlik – dyrektorka Małopolskiego Instytutu Kultury z instytucją związana od 2002 r. Z wykształcenia polonistka, w 2007 r. obroniła pracę doktorską na Wydziale Polonistyki UJ poświęconą znaczeniu polskiej kultury w Rosji radzieckiej w latach odwilży. Założycielka i pierwsza redaktorka naczelna kwartalnika „Autoportret. Pismo o dobrej przestrzeni”. Pracowała m.in. dla Stowarzyszenia Willa Decjusza w Krakowie, Związku Miast Polskich oraz Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Współinicjowała powstanie Forum Kraków, zrzeszenia osób działających na rzecz animacji kultury oraz ruchu krakowskich Obywateli Kultury. Prywatnie przekonana, że dużo da się zrobić.

zdjęcia: Kamila Szuba, materiały Stowarzyszenia Katedra Kultury

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: