natalia mętrak-ruda: bezsenność coacha. sen jako narzędzie rozwoju osobistego

2401800548_a689907703_b

W 2010 roku Arianna Huffington, założycielka portalu Huffington Post wygłosiła na konferencji TED Women pochwałę snu. „Brak snu stał się symbolem męskości – mówiła – byłam ostatnio na kolacji z facetem, który chwalił się, że ostatniej nocy spał tylko cztery godziny. Miałam ochotę powiedzieć, że gdyby przespał pięć, być może nasza rozmowa byłaby bardziej interesująca”. I jeszcze: „Kiedy tutaj (w Waszyngtonie – przyp. NMR) chcesz umówić się na biznesowe śniadanie i proponujesz ósmą, istnieje duża szansa, że usłyszysz: „ósma to dla mnie za późno, ale OK, pójdę na tenisa, wykonam parę telefonów i wtedy przyjdę”. Huffington twierdzi, że rezygnacja ze snu oznaczać ma „jestem taki zajęty i produktywny”, podczas gdy prowadzi często do nieprzemyślanego, nieprzytomnego podejmowania decyzji, działania ad hoc, słowem – że niewyspanie nie pozwala na koncentrację, dzięki której da się zobaczyć tzw. bigger picture.

Nieco żartobliwe słowa amerykańskiej dziennikarki zdają się niejako rymować z tym, co o śnie i jego braku pisze – już całkiem poważnie – Jonathan Crary w książce 24/7: „Sen – stan bezużyteczny i zasadniczo pasywny, generujący niepoliczalne straty czasu produkcji, obiegu i konsumpcji dóbr – zawsze będzie kolidował z interesami świata 24/7. Ogromna część naszego życia, którą na niego przeznaczamy, wyzwoleni z pułapki sztucznie pobudzanych potrzeb, staje się jedną z wielkich zniewag ze strony człowieka wobec zachłannego współczesnego kapitalizmu” [Crary 2015: 23].  Kiedy śpimy, kiedy oddajemy się we władanie nieświadomości i niepoddających się pełnej kontroli marzeń sennych, stajemy się, wedle kapitalistycznej logiki, nieproduktywni, nie tylko dlatego, że nie wykonujemy czynności, służących mnożeniu kapitału firm i instytucji, dla których pracujemy, ale też dlatego, że nie konsumujemy – nie jemy, nie kupujemy, nie uczestniczymy w obiegu informacji, jak to ma miejsce, kiedy spędzamy czas na stronach internetowych, portalach społecznościowych czy korzystając z mobilnych aplikacji. Sen staje się więc według Crary’ego jedyną, narzucaną przez nasz organizm, fizjologiczną możliwością oporu, emancypacyjnym momentem wyzwolenia od wymogu ciągłej aktualizacji swojej wiedzy i od rzeczywistości wolnorynkowej, która opanowała jawę, niepodlegającą już od dawna archaicznemu podziałowi na pracę i czas wolny.

I rzeczywiście, choć trwają prace nad kolejnymi sposobami umożliwiającymi skrócenie czasu, który poświęcamy na regenerację organizmu – szczególne nadzieje pokładane są w, zażywanym ponoć przez Baracka Obamę Modafinilu, leku stosowanym pierwotnie w leczeniu narkolepsji [Cieślińska, 2015] – wciąż nie da się pracować przez sen.  Propozycjom skrócenia tygodnia pracy towarzyszy logika podporządkowana efektywności, kreatywności i konsumpcji – dzieje się tak, gdy prezeska Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego, Elżbieta Mączyńska mówi, że „skrócenie tygodnia pracy może pobudzić gospodarkę”, ale też gdy rewolucyjne pomysły trzydniowego „tygodnia” intensywnej, jedenastogodzinnej harówki i czterech dni „weekendu” wysuwają miliarderzy Richard Branson czy Carlos Slim. Także nocny odpoczynek da się wpisać w rytm kapitalistycznego, konsumpcyjnego świata. W takim ujęciu pesymizm Crary’ego, widzącego w śnie jedyną ucieczkę przed rzeczywistością 24/7, można jedynie podkreślić i pogłębić. Sen nie tylko możemy bowiem próbować maksymalnie skracać: w narracji proponowanej przez twórców eksperckiego dyskursu – przede wszystkim trenerów rozwoju osobistego – nawet spać powinniśmy możliwie efektywnie.

Nie chodzi tu jedynie o potocznie rozumianą jakość snu: choć  niepokój budzić może to, że nawet ta dziedzina życia podlega jakościowej ocenie. Zazwyczaj gdy mówimy, że spaliśmy dobrze lub źle, nie oceniamy  swoich własnych starań, lecz wygodę łóżka, pogodę, względnie stan zdrowia czy poziom stresu, czyli czynniki traktowane jako niezależne od nas. Co innego, gdy naszemu snowi zaczynamy stawiać wymagania lub, co więcej, gdy takie wymagania zaczyna stawiać ktoś inny.

768px--Plenty_of_sleep_keeps_him_on_the_job-_-_NARA_-_514792
https://research.archives.gov/id/514792

W opublikowanej w 1966 roku książce The Triumph of the Therapeutic: Uses of  Faith after Freud, socjolog Philip Rieff, ukuł kategorię „człowieka psychologicznego”. Człowiek psychologiczny wkracza na arenę życia społecznego w XX wieku, zastępując starożytnego „człowieka  politycznego”, średniowiecznego „człowieka religijnego” i „człowieka ekonomicznego”, dominującego we wczesnej nowoczesności. Człowiek psychologiczny nie znajduje pocieszenia w tradycyjnych wierzeniach i zwraca się ku nowoczesnej psychologii, „przejmuje podejście naukowca, siebie obierając za przedmiot badania” [Rieff 1966: 39-40] i staje się ofiarą niekończącej się introspekcji. Uznaje on, że to właśnie samoobserwacja i interpretacja tego, co zaobserwowane, są środkami do nadrzędnego celu, to znaczy do osiągnięcia dobrego samopoczucia.

Odwołując się do koncepcji Rieffa, dziennikarz Richard Dean Rosen w opublikowanej w 1977 roku książce Psychobabble: Fast Talk and Quick Cure in the Era of Feeling, na wpół żartobliwie stwierdza, że przez kolejnych kilkanaście lat człowiek psychologiczny cofnął się w rozwoju do poziomu nastolatka: jest już nie tylko ofiarą introspekcji, ale też ofiarą nieumiejętności opisania swoich stanów psychicznych inaczej niż przy pomocy frazesów i klisz. Rosen ukuł popularny termin psychobabble, co można przetłumaczyć jako „psychopaplanina”: jest to zestaw powtarzalnych formuł, które zabijają promowane przez nie pozornie cnoty – spontaniczności, szczerości i zrozumienia – redukując psychologiczną introspekcję do zbioru zestandaryzowanych obserwacji. Ograniczony słownik i zamknięty zestaw formuł takich jak: „bądź sobą”, „uwierz w siebie”, „dąż do samorealizacji”, „zrozum swoje emocje”, „zyskaj świadomość siebie”, „odkryj swój potencjał”, „wsłuchaj się w siebie”, pomagać ma w rozwiązaniu nieskończonej ilości problemów.

„Człowiek wytrenowany”, wyłaniający się z  tej odmiany pop-psychologicznego dyskursu, który możemy nazwać trenerskim , jest bliskim krewnym Rosenowskiego paplającego nastolatka: on już nawet nie rozkłada swoich emocji na czynniki pierwsze, gdyż musi zidentyfikować je jak najszybciej i jak najsprawniej; nie ma czasu na zbyt długie introspekcje, ponieważ, wprzężony w mechanizmy wymagającej ciągłej aktualizacji rzeczywistości 24/7, skupiony jest przede wszystkim na tym, by się nieustannie, nałogowo rozwijać. Nawet przez sen.

Kiedy myślimy o podstawowych czynnościach, do których zmusza nas natura, ale które zazwyczaj przynoszą nam również przyjemność, najczęściej przychodzi nam do głowy triada: jedzenie, seks i sen. Jedzenie i seks zostały oddane we władze naukowców i ekspertów, którzy nawyki w tych dziedzinach poddają nieustannej ocenie. To niejako oczywiste, że jeść można dobrze lub źle – dobrze, to znaczy zdrowo, naturalnie, dostarczając sobie wszystkich potrzebnych składników odżywczych, ale też i smacznie, z dbałością o subtelność i równowagę smaków. Również seks – choć znacznie bardziej stabuizowany – przynajmniej od czasu raportów Alfreda Kinseya podlega szczegółowej analizie ze strony seksuologów i psychologów, a także szeregu samozwańczych ekspertów, którzy mówią nam wszystko, co chcielibyśmy o nim wiedzieć – a czasem i więcej.

Wydawać by się mogło, że sen – ta, jak pisze Crary, „zaburzająca ciągłość anomalia”, która wymyka się procesom utowarowienia czy zmonetyzowania – w dużej mierze wymyka się również eksperckiej władzy. Oczywiście, wiemy, że powinniśmy się wysypiać, najlepiej poświęcając na sen od siedmiu do dziewięciu godzin na dobę. Naukowcy zbadali fazy snu, z których najważniejszą jest faza REM, ale można by pomyśleć, że wokół tej – pod wieloma względami najbardziej tajemniczej i wymykającej się racjonalnym rozważaniom – czynności, trudno byłoby zbudować dyskurs ekspercki wykraczający daleko poza  brzmiące niezbyt odkrywczo stwierdzenie doktora M. Safwana Badra z Amerykańskiej Akademii Medycyny Snu: „Zdrowy sen jest konieczny dla fizycznego, psychicznego i emocjonalnego dobrego samopoczucia” [Bartusik 2015].

A jednak okazuje się, że sen, przynajmniej w pewnym stopniu, również da się wpisać w logikę rynkową: spanie może stać się elementem samodoskonalenia i osobistego rozwoju. W najprostszej wersji instrumentalne traktowanie wypoczynku prowadzi do minimalizowania czasu potrzebnego na regenerację, o którym mówiła Arianna Huffington. Spać się po prostu nie opłaca.  Nie chodzi jednak jedynie o liczbę godzin poświęcanych na sen: trenerzy i doradcy zauważają zagrożenie zmniejszenia zdolności koncentracji czy gorszego samopoczucia, wynikające z niewystarczająco długiego odpoczynku. Nie uważają też – jak przywoływani przez Huffington biznesmeni – czasu poświęconego na sen za zmarnowany, gdyż brak produktywności, bierność i strata czasu są w projektowanym przez nich świecie nieustannego rozwoju niedopuszczalne. Sen traktowany jest – podobnie zresztą jak jedzenie czy sport – funkcjonalnie: śpimy po to, by zregenerować organizm na tyle, żeby był on zdolny do wytężonej i efektywnej pracy nad sobą po przebudzeniu.

 

Bądźmy szczerzy, nie mam najcięższego życia. Nie pracuję fizycznie i nie muszę wstawać na ósmą rano do roboty. Ale wstaję z własnej woli o szóstej, bo zrobię wtedy więcej rzeczy i lepiej mi się myśli. Dużo podróżuję, a to samo w sobie jest dla mnie nagrodą (…). Oprócz tego chodzę na crossfit i siłownię pięć razy w tygodniu [Cichoński 2015: 38-40].

 

Powyższe słowa wypowiedziane przez Łukasza Jakóbiaka, twórcę internetowego show 20m² Łukasza i mówcę motywacyjnego, dobrze przedstawiają stosunek do odpoczynku i – pozornie – wolnego czasu, prezentowany w dyskursie coachingowym. Trenerzy rozwoju osobistego nie zachęcają do całkowitego poświęcania się pracy zawodowej, do znudzenia niemal powtarzając formułę work-life balance, czyli równowagi między „pracą a życiem”, między czasem poświęcanym na obowiązki zawodowe a czasem – pozornie – wolnym. Oczywiście trzeba spać, tak samo jak trzeba uprawiać sport, czytać książki, medytować, podróżować i dbać o relacje z innymi ludźmi. W tej narracji – poniekąd zgodnie z logiką ciągłej, późnokapitalistycznej rzeczywistości – praca ma stać się pasją, a odpoczynek jest obowiązkiem.

Inny popularny coach, używający między innymi metod programowania neurolingwistycznego, Michał Pasterski, na swojej stronie internetowej poświęca kilka tekstów „praktykom sennym”. W jednym z nich pisze:

 

Gdy spotkałem się z koncepcją wczesnego wstawania, podjąłem decyzję, że będę rozpoczynał dzień półtorej godziny wcześniej. W skali tygodnia to ponad 10 godzin! Wyobraź sobie tylko, ile jesteś w stanie zrobić w tym czasie [Pasterski 2008].

Powstrzymując złośliwość, która kazałaby zapytać autora, kiedy konkretnie spotkał się z „koncepcją wczesnego wstawania”, z którą, zdawałoby się, większość społeczeństwa spotyka się już w wieku przedszkolnym i następnie, przez większą część życia, praktykuje, udając się do szkoły czy pracy na ósmą rano, warto zwrócić uwagę na, powtarzającą się we wszystkich właściwie poradach udzielanych przez trenerów rozwoju osobistego, apologię poranka. Nie chodzi jedynie o liczbę przespanych godzin, ale również o to, by od wczesnego rana być pełnym energii i gotowym do działania. Noc to pora niebezpieczna, niepożądana, jeśli kojarzy się z jakąś aktywnością, to raczej z niecnymi procederami, na które człowiek wytrenowany nie ma czasu. Nie dla ludzi wytrenowanych długie Polaków rozmowy przy alkoholu, tańce i nocne podjadanie. Teoretycznie w nocy można jednak czasem pracować, Pasterski podpowiada więc, by „kłaść się spać, gdy organizm Cię poinformuje o zmęczeniu, a wstawać zawsze o tej samej, ustalonej godzinie” [Pasterski 2008].

Tej samej zasadzie hołduje samozwańczy „najlepszy coach w Polsce”, a właściwie  doprowadzona do granic karykatury inkarnacja eksperta do spraw samodoskonalenia (nie eksperta właściwie, tylko eksperckiej marki, gdyż sam siebie nie tyle człowiekiem nazywa, co brandem) czyli Mateusz Grzesiak, który wstaje najpóźniej o siódmej rano:

 

Znam badania, które pokazują, że osoby, które w życiu osiągają najwięcej, wstają wcześnie. W momencie, kiedy wstaję, to zanim jeszcze otworzę oczy, zaczynam od dziesięciu minut medytacji (…) chwili, gdy obserwuję swoje myśli po to, by od razu zacząć dzień z dobrym umysłowym metabolizmem, na spokoju i na obecności. (…) Nie przekraczam sześciu godzin snu. Kiedyś, jak byłem młodszy, 10 lat temu, spałem po 5 godzin, czasem nawet 4, dzisiaj potrzebuję nieco więcej [Grzesiak, I, 2015].

 

Te rachuby – choć kłócą się z zaleceniami lekarzy – odpowiadają statystycznej rzeczywistości: przeciętny mieszkaniec Ameryki Północnej przesypia sześć i pół godziny na dobę, a z badań TNS przeprowadzonych na zlecenie produkującej materace i pościel firmy Dormeo Polska wynika, że także w naszym kraju „managerowie, przedsiębiorcy i freelancerzy przesypiają 5-6 godzin na dobę” [Przybysz 2015]. Decyzja o przesypianiu tak niewielu godzin raczej nie jest  efektem zaplanowanych „na spokoju i na obecności” działań, ale niemożności wypoczynku, wynikającej z natłoku obowiązków i informacji, permanentnej inwazji rzeczywistości 24/7, jak pisze Crary, „bezustannego wytwarzania, lecz zarazem ostatecznego ciągłego niezaspokojenia potrzeb”.

Warto zwrócić uwagę na immanentną cechę dyskursu coachingowego, widoczną wyraźnie w przytoczonych już wypowiedziach Pasterskiego i Grzesiaka, to znaczy na nieustanne podpieranie swoich wypowiedzi arbitralnie dobranymi wynikami badań: nie wystarczy powiedzieć, że ludzie wstający wcześniej, częściej odnoszą sukcesy, należy zaznaczyć, że zostało to naukowo udowodnione, nawet jeśli po chwili odrzuca się inne, dość dobrze znane badania medyczne, które zalecają przecież więcej snu, niż ledwie sześć godzin przesypianych przez Mateusza Grzesiaka. To oczywiście nic wyjątkowego – topos „najnowszych odkryć amerykańskich naukowców” jest w dyskursie trenerów rozwoju osobistego wszechobecny, w niektórych dziedzinach – jak np. dietetyka – zwolennicy różnych sposobów odżywiania dzielą się wręcz na swoiste sekty, gotowe bronić swoich przekonań o przewadze diety paleo nad niskotłuszczową (i na odwrót), do ostatniej kropli krwi, uzbrojone – każda w swój – zestaw badań klinicznych.

Długość snu i pora wstawania nie są jedynymi wyznacznikami czasu odpowiednio spożytkowanego. Okazuje się bowiem, że należy również bardzo dokładnie planować czynności  wykonywane tuż przed zaśnięciem i tuż po przebudzeniu. Do zalecanych przez Grzesiaka dziesięciu minut medytacji, Pasterski dodaje kilka innych:

Półtorej czy dwie godziny dziennie więcej z rana to znakomita okazja, aby nadrobić to, na co nie mamy czasu później. Możesz poczytać książkę, pobiegać, pouczyć się języka albo przejść się na spacer i cieszyć się nowym dniem. Możesz sobie pozwolić na spokojny poranek, bez pośpiechu i stresu [Pasterski 2008].

 

Powyższa propozycja dobrze obrazuje wyśmiewane przez krytyków metod coachingowych (pozostając na polskim gruncie można tu wspomnieć choćby popularne strony na Facebooku „Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty” czy „Smutni trenerzy rozwoju osobistego”)  oderwanie od rzeczywistości, a konkretnie uniwersalizację przekazu, który faktycznie skierowany jest do bardzo konkretnej grupy odbiorców. Nie wdając się w szczegółowe analizy wystarczy powiedzieć, że jest to przekaz skrojony pod odbiorców zawodowo aktywnych, żyjących w miastach, raczej zamożnych, młodych, pracujących w korporacjach lub prowadzących własną działalność gospodarczą (a w przypadku powyższych zaleceń najlepiej bezdzietnych), słowem – do wielkomiejskiej klasy średniej. I tak, w komentarzach pod artykułem Pasterskiego pojawiają się wątpliwości: jedna z czytelniczek pyta (zapewne w nadziei na odpowiedź odmowną), czy powyższe zalecenia odnoszą się także do weekendów i dni wolnych od pracy (oczywiście, że tak), ale już inny czytelnik podnosi problem poważniejszy: „No a co mają zrobić ze swoim snem osoby, tak jak ja, pracujące w systemie pracy ciągłym, dwu lub trzy zmianowym?” – pyta.

Być może do wszystkich zaleceń faktycznie nie da się zastosować (choć pamiętać należy, że świat coachingu i rozwoju osobistego  dąży do eliminacji usprawiedliwień i wymówek), szczęśliwie jednak worek z poradami jest bez dna: być może nie każdy może codziennie wstawać o tej samej godzinie, każdy jednak kładzie się kiedyś spać. Swój rytuał związany z tą chwilą opisuje Mateusz Grzesiak:

 

Idę niedługo spać. Zawsze programuję sobie głowę pytaniem dotyczącym jakiejś kwestii X w moim życiu i proszę o sen który mi pokaże rozwiązanie. (…) Koszmary czy nieprzyjemne sny śnię tylko wtedy, gdy zasnę w negatywnych emocjach, np. po pokłóceniu się z żoną. Wtedy nawet nie sprawdzam ich znaczenia bo wiem, że przeżywałem negatywną energię [Grzesiak, II, 2015].

 

Nie powstrzymując się tym razem przed pewną dozą złośliwości i podążając za tezą Rosena o popularnej psychologii, która miast zgłębiać sens ludzkiej egzystencji udała się do przedszkola,  ironizować by można, że niezgłębiona ostatecznie przez Freuda tajemnica marzeń sennych została rozwiązana przez Mateusza Grzesiaka i jemu podobnych: sen ma swoją pożądaną długość i właściwy czas, może zostać zaprogramowany i winien zostać przemyślany po przebudzeniu po to, by można było się z niego nauczyć czegoś, co przyda się nam na jawie. Spanie nie jest – jak chciałby Crary – jedynym narzędziem oporu, ostatnią, opierającą się najeźdźcy z krainy późnego kapitalizmu ostoją bezcelowości i bezinteresowności egzystencji, ale lekcją, którą człowiek wytrenowany odrabiać musi co noc.



 

Bibliografia:

Edyta Bartusik, Optymalna długość snu to 7-8-9 godzin na dobę – mamy dowody naukowe!, portal Biotechnologia.pl, 18.02.2015, http://biotechnologia.pl/biotechnologia/doniesienia-naukowe/optymalna-dlugosc-snu-to-7-8-9-godzin-na-dobe-mamy-dowody-naukowe,13675, dostęp 13 .10.2015.

Iwona Cieślińska, Legalny dopalacz? Powinni nam go dodawać do wody, „Gazeta Wyborcza”, 8.09.2015, http://wyborcza.pl/1,145452,18724513,legalny-dopalacz-powinni-nam-go-dodawac-do-wody.html, dostęp: 14.09.2015.

Jonathan Crary, 24/7. Późny kapitalizm i koniec snu, przeł. D. Żukowski, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2015.

Mateusz Grzesiak, Jak wygląda twój dzień? Pytania do Mateusza, https://www.youtube.com/watch?v=E7P0CS1kbCA, dostęp: 14.102015.

Mateusz Grzesiak, Sen, http://mateusz-grzesiak.pl/sen/, dostęp: 14.10.2015.

Arianna Huffington, Want to succeed? Get more sleep, TED.com, styczeń 2011, transkrypcja: https://www.ted.com/talks/arianna_huffington_how_to_succeed_get_more_sleep/transcript?language=en, dostęp 14 października 2015. Michał Pasterski, Jak wstawać wcześnie, „Michał Pasterski – Artykuły, które otwierają umysł”, 25.06.2008, http://michalpasterski.pl/2008/06/jak-wstawac-wczesnie/, dostęp: 13.10.2015.

Monika Przybysz, Prawie połowa Polaków niewyspana. To jeden z powodów, dla których nie odnosimy sukcesów, „Na Temat”, 16.05.2015, http://natemat.pl/142345,prawie-polowapolakow-niewyspana-to-jeden-z-powodow-dla-ktorych-nie-odnosimy-sukcesow, dostęp: 14.10.2015.

Iwona Radziszewska, Trzy dni pracy i 4-dniowy weekend. Miliarderzy chcą skrócenia czasu pracy, TVP.info, 21.10.2014, http://www.tvp.info/17317677/trzy-dni-pracy-i-4dniowy-weekend-miliarderzy-chca-skrocenia-czasu-pracy , dostęp: 14.10.2015.

Philip Rieff,  The Triumph of the Therapeutic: Uses of  Faith after Freud, Harper & Row, New York 1966.

Richard Dean Rosen,  Psychobabble: Fast Talk and Quick Cure in the Era of Feeling, Atheneum, New York, 1977.

Równiej. Co właściwie zrobił Piketty?, z Elżbietą Mączyńską rozmawia Grzegorz Sroczyński, „Gazeta Wyborcza”, 6.06.2015, http://wyborcza.pl/magazyn/1,145248,18055749,Rowniej__Co_wlasciwie_zrobil_Piketty_.html, dostęp: 14.10.2015.

Z ludzi czytam jak z kartki, z Łukaszem Jakóbiakiem rozmawia Marcin Cichoński, „Skarb”, nr 10/2015.

***

natalia mętrak-ruda – tłumaczka literatury włoskiej i anglojęzycznej, doktorantka w Instytucie Kultury Polskiej UW. Przygotowuje pracę o obrazach związku miłosnego w dyskursach psychologicznych.

 

zdjęcie tytułowe: Tim Norris, I need a little time to wake up…, źródło.

 
0 komentarzy do tekstu “natalia mętrak-ruda: bezsenność coacha. sen jako narzędzie rozwoju osobistego”

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: