zuzanna kowner: cały syf świata

W październiku założyłam konto na Tinderze. Zrobiłam to, żeby umawiać się na seks. Niezobowiązujący i jednorazowy.

Mężczyzna, z którym byłam w ostatnim związku, traktował seks jak ciężkie zadanie. Nie wyglądało na to, by seks ze mną lubił. Dochodziło do niego wyłącznie z jego inicjatywy. Mojej nigdy nie podejmował, przeciwnie: wygaszał albo udawał, że jej nie dostrzega i natychmiast proponował coś innego. Kiedy seks w końcu mieliśmy – dużo rzadziej niż miałam na to ochotę – za każdym razem wyglądał on tak samo. Zestaw ćwiczeń gimnastycznych. Bez kontaktu ze mną, bez patrzenia, na co i jak reaguję. Żadnych zmian, gier, różnorodności, zgłaszania chęci i potrzeb. Żadnych praktyk zależnych od nastroju. Żadnej spontaniczności. Przebieg rozpisany jak w instrukcji obsługi maszyny. Na twarzy mojego wówczas partnera nie widać było nawet przyjemności. Jedynie skupienie, wysiłek, a potem ulgę, że sprostał. Byłam więc spragniona sytuacji, w której widzę, że kogoś kręcę. Bo wtedy ja też się rozkręcam. I miałam ochotę na seks. Każdy seks. I hetero, i z kobietami, bo jestem biseksualna. I nudny, i taki, podczas którego realizuje się czasem bardzo brudne fantazje. I czuły, i taki, po którym nie masz ochoty kogoś więcej dotykać.

Dotąd nie umiałam organizować sobie tzw. one night stand. Po pierwsze, nie umiem flirtować. Po drugie, bałam się. Albo ośmieszenia – że nie znajdę chętnych, bo nie jestem wystarczająco atrakcyjna, albo przemocy – że trafię na kogoś, kto mnie nadużyje. A jednocześnie, odkąd pamiętam, chciałam takich przygód. W efekcie zaliczałam same niewypały. Chyba najbardziej spektakularnym było spędzenie nocy z mężczyzną, o którego intencjach myślałam: jemu też chodzi tylko o seks. Tymczasem rano on zachował się wobec mnie jak wobec swojej nowej dziewczyny. Ze strachu, że zrobię mu przykrość, udałam, że mi także zależało na czymś więcej. Umęczona wyrzutami sumienia, że czuję do niego mniej niż powinnam, grałam w tę grę trzy miesiące. Dopiero po latach byłam w stanie przyznać przed sobą samą, jakie były moje pierwotne intencje.

 

Apetyt

Kiedy więc Tinder zaczął działać – dwa dni z rzędu umówiłam się z innymi mężczyznami na seks i ten seks był fajny – poczułam się jak pies wypuszczony z klatki. Przysłowiowy Reksio ze schroniska, którego po latach wyprowadzono na spacer, wzięto na łąki i spuszczono ze smyczy. Szaleństwo, oszołomienie i euforia. Od ośmiu tygodni spotykam się co kilka dni z innym mężczyzną. W ciągu tych tygodni przespałam się z tyloma mężczyznami, z iloma przez całe swoje dotychczasowe życie. Wolność, by się nie angażować, okazała się dobrobytem. Wolność od pracy emocjonalnej. Od zgadywania czyichś stanów i potrzeb, ubierania ich w słowa, prób wychodzenia im na przeciw. Od dbania o dobrostan psychiczny partnera bardziej, niż on sam skłonny byłby to robić. Od pielęgnowania relacji niczym grządki w ogródku, czego nauczone są kobiety, mężczyźni nauczeni są zaś, że „samo się zrobi”. Swoboda mówienia, czego chcę, była jak nagle uzyskany przywilej. Przywilej związany z tym, że nie miałam nic do stracenia. Nie bałam się, że wszystko tym zrujnuję. Bo jeśli coś mogłam zrujnować, to tylko ten jeden raz. Jeśli nawet zrobi się dziwnie i krępująco, i tak więcej tej osoby nie spotkam. A jeśli dziwnie się nie zrobi, jeśli ktoś odpowie na moje potrzeby z entuzjazmem, może zrobię rzeczy, o których od dawna marzyłam. Sprawdzę. Krył się w tym wszystkim jeszcze jeden bonus: mówienie, czego chcę, okazało się bardzo podniecające.

Od początku tinderowe kontakty zachwycały mnie swoją szczodrością. Hojność miłych komunikatów, jakich udzielaliśmy sobie nawzajem, unikatowość czułości, łatwość mówienia dobrych rzeczy o ciele drugiej osoby i seksie z nią – myślę, że, podobnie jak komunikowanie swoich potrzeb, to wszystko było efektem jednorazowości seksualnych spotkań, bo komunikaty te nie nabierały żadnej dodatkowej wagi. Nie mogły być wykorzystane przeciwko komukolwiek. Nie były drobiazgowo ważone, liczone i odmierzane w celu sprawdzania, czy są symetryczne, czy ktoś tu kogoś bardziej, a ktoś kogoś mniej (kocha, wykorzystuje, traktuje przelotnie itd.), czy ktoś tu traci pozycję w relacji, a ktoś zyskuje nad kimś emocjonalną przewagę. W efekcie w ciągu kilku tygodni zobaczyłam więcej radości z seksu ze mną niż kiedykolwiek zobaczyłam u moich wieloletnich, stałych, poważnych, emocjonalnie zaangażowanych partnerów. Nie jestem już młoda. Mam 38 lat. Mimo to nigdy w życiu nie czułam się tak atrakcyjna. Przed Tinderem nie zdawałam sobie sprawy, że przeróżni mężczyźni – młodzi, starzy, tacy, których uważam za pięknych i tacy, których nawet nie zauważam, ci, których mijam na ulicy i obok których siedzę w tramwaju, kasjerzy w sklepie, weterynarze i panowie z wózkiem w supermarkecie – mogą czuć spontaniczną ochotę na seks ze mną.

„Polubiając” na Tinderze, nie byłam wybredna, jeśli chodzi o wygląd. Przeciwnie. Wybierałam osoby bardzo różne. Niektóre dopasowywałam do fantazji, które już miałam, inne z kolei uruchamiały fantazje zupełnie nowe. Im bardziej mężczyźni różnili się od moich dotychczasowych partnerów oraz od typowych reprezentantów środowiska, w którym się obracam, tym bardziej miałam nadzieję, że też mnie polubią i że szukają tego, co ja: przygodnego seksu. Na tym także polegało moje urwanie ze smyczy. Na wyjściu poza grono zmanierowanych, neurotycznych inteligentów pokrywających brak poczucia pewności siebie sarkazmem, a kompleksy złośliwościami. Ukrywających lęk przed życiem pod maską dystansu, którzy jeśli powiedzą coś o pragnieniu, to tylko jako cytat. Bo żeby zrobić coś na serio, trzeba pokonać strach przed zbłaźnieniem się. Znam to, bo sama taka jestem. I jestem tym zmęczona. U siebie i u innych. Tinder dał mi dostęp do mężczyzn, których, ze względu na bariery klasowe, zawodowe i środowiskowe, nie miałabym okazji poznać w innych okolicznościach. Dostęp chwilowy i fragmentaryczny. Ale to i tak dużo, zważywszy na wysokość społecznych murów.

 

Heteronorma

Piszę o mężczyznach, ponieważ mimo starań nie udało mi się umówić z żadną kobietą. Na Tinderze kobiet zainteresowanych seksem z kobietami jest bardzo mało. A jeśli już są, to często szukają kogoś na stałe. W profilowym opisie zaznaczają, że nie życzą sobie zaproszeń na seks. Są także takie, które chyba pragną lesbijskiego eksperymentu, bo coś je w tym kusi, ale i boją się. „Polubiają” mój profil, ale gdy zagaduję, najczęściej nie odpisują. Te, które odpisywały, irytowały mnie z kolei gierkami w kotka i myszkę. Zachowywały się jak księżniczki, oczekując zapewne, że będę je namawiać, zachęcać i udowadniać, że szaleję na ich punkcie. Model „kobiety – króliczka”, którego myśliwy ma ustrzelić, nigdy mnie nie interesował. Obie te role – uciekającej i goniącej – wydają mi się stratą czasu. Nudną, przewidywalną grą, która w moim wypadku nie pożądanie nakręca, lecz irytację. Grą, w której kobieta udaje mniej chętną i gotową na seks. Ja tymczasem używałam Tindera właśnie dlatego, żeby nie musieć tego więcej udawać. Wypisać się z patriarchalnej roli „szanującego się dziewczęcia”. Toteż prędko wypisywałam się z konwersacji tego typu. Zniechęciły mnie one do użytkowniczek Tindera, więc z czasem w ogóle przestałam zwracać uwagę na profile kobiece.

Moją niechęć do kobiet na Tinderze spotęgował seks, na który umówiłam się z pewną parą. Szybko okazało się, że ona w ogóle nie jest mną zainteresowana. W efekcie rzekomy trójkąt przebiegał wedle scenariusza pseudo-lesbijskich pornosów dla mężczyzn: dwie kobiety obsługują jednego mężczyznę. Zrezygnowałam w trakcie. Wstałam z łóżka, usiadłam przy stole i powiedziałam, co mi nie pasuje. Zepsułam zabawę. Ubrali się i poszli. Po żadnym tinderowym spotkaniu nie byłam tak wściekła. Co oni sobie myśleli? Że będziemy się bawić w dwie służące jednego pana, w dodatku pod moim dachem?

Wszystko to razem sprawiło, że kobiety uważam za wielkie tinderowe rozczarowanie. Po kobietach zainteresowanych seksem z innymi kobietami naiwnie spodziewałam się mniej heteronormatywnych zachowań. Ale nie znaczy to, że były one przypadłością wyłącznie kobiecą. Pytani przeze mnie o to, czego szukają na Tinderze, mężczyźni najczęściej odpowiadali: „Nie chodzi mi o seks, nie bój się”. Kiedy odpowiadałam: „Ale mi chodzi o seks”, natychmiast zmieniali zdanie. „Kobiety zazwyczaj się obrażają, gdy piszę prawdę” – tłumaczyli mi potem. Wielu hołdowało też przekonaniu, że kobiety zawsze chcą czegoś więcej niż seksu. Ja nie chciałam, więc – mimo że teoretycznie szukali kogoś takiego jak ja – zachowywali się nieufnie, głupieli, nie wiedzieli, jak mają ze mną rozmawiać. Przyzwyczajeni do stawiania kobiet w roli seksualnego obiektu, tracili grunt pod nogami, gdy sami w niej lądowali. Ponadto większość mężczyzn, z którymi rozmawiałam, święcie wierzy w płeć i stosuje się do zasad tej wiary z imponującą pieczołowitością. Kiedy nazwałam jednego z nich pięknym, oburzył się: „Ja nie jestem piękny. Jestem przystojny!” Chodziło oczywiście o homofobię: nie wolno określać mężczyzn tymi samymi epitetami, co kobiety, bo ma to magiczną moc „spedalania”. Inny powiedział: „Mężczyzna nigdy nie odmówi pięknej kobiecie seksu”. Jeszcze inny popatrzył na mnie jak na wariatkę, gdy zapytałam, czy lubi pornografię: „Of course I like porn movies. I am a man!” Drobiazgowa dbałość w podkreślaniu płciowej identyfikacji, maskarada męskości, odgrywanie wyświechtanych męskich ról niczym najbardziej osobistych, intymnych wręcz zwyczajów – wszystko to mnie trochę śmieszyło, a trochę fascynowało. Jakbym naprawdę była w teatrze. Kiedy robią to ludzie, których znam, z którymi muszę pracować albo którzy są z mojej rodziny, irytuje mnie to i dystansuje. Ale moi tinderowi koledzy byli tylko na jeden wieczór, więc niewiele musiało być im zapamiętane.

 

Autoprezentacje

Tinder nie daje wielkiego pola do popisu, jeśli chodzi o autoprezentację. Imię, wiek, zdjęcia, kilka zdań o sobie, piosenka. Dużo osób z opisu i piosenek rezygnuje. Zamieszcza tylko fotografie. A i to nie zawsze. Ale są i tacy, którzy w te kilka zdań wkładają wiele wysiłku, by z ich pomocą sprofilować ewentualnych chętnych do kontaktu. Pewne typy autoprezencji powtarzały się nader często. Niektóre z nich powodowały, że natychmiast „przesuwałam w lewo”, czyli odrzucałam kandydata. Pierwszy to zdjęcia z bronią: na strzelnicach, z poligonów, podczas polowania, pozowane. Przerażało mnie to. Nie chciałam spotykać się z mężczyznami, którym imponuje władza nad życiem ludzi i zwierząt. Drugi to opisy w stylu: „szukam kogoś na stałe”, „jeśli jesteś zabawna i czuła”, „chcę z tobą rozmawiać do białego rana”. Ja szukałam czegoś wręcz przeciwnego. Trzeci to roszczeniowe: „zaskocz mnie”, „zrób coś, czego bym się nie spodziewał”, „zaimponuj mi”. Egzaminatorzy – myślałam o nich. Równie dobrze mogliby pisać: „bądź dla mnie tresowaną małpą, a ja będę wystawiać ci noty”.

Ale typ zdecydowanie najbardziej w moich oczach drażniący to wszyscy ci pozujący do zdjęć na tle regałów z książkami. Z opisami typu: „Jeśli jesteś głupią gąską, to przesuń w lewo”, „Czytam. Tak, czytam”, „Panienki od robienia dziubków do aparatu mnie nie interesują, musisz mieć jakieś aspiracje, być inteligentna”, „Miej coś do powiedzenia”, „Jestem filozofem, więc przemyśl, nim się odezwiesz”. To jest właśnie moja branża. Nadęci chłopcy, pokrywający niepewność poczuciem wyższości. Dystynktywna bufonada. W wielu tego typu opisach były błędy ortograficzne albo gramatyczne. U innych mnie to nie raziło. Ja też robię błędy. Ale u tych mistrzów intelektu, co każdą wolną chwilę spędzają na czytaniu i myśleniu, rozbawiało. „Żalowe” – skomentowała ich moja koleżanka. Nic dodać, nic ująć. Na hasło: „nie czytasz – nie idę z tobą do łózka” odpowiadam: „jeśli musisz się chwalić faktem, że czytasz i czujesz się z tego powodu lepszy od innych, to nie chcę iść z tobą do łóżka”.

Z jednym z takich mężczyzn niechcący się umówiłam. Nie wyczułam go ani z opisu, ani ze zdjęć. Oszukał, że też chodzi mu o seks. Tymczasem szukał dziewczyny, miłości i związku tak desperacko, że mimo starań nie potrafił tego ukryć. Zaprosił mnie na obiad mówiąc, że potem pójdziemy do niego. Wolałam etap spożywczy pominąć, bo nie interesowało mnie poznawanie kogoś, ani tym bardziej wkładanie wysiłku w small talk. Zgodziłam się jednak, myśląc: „co mi szkodzi”. Zaszkodziło. Wygadałam się, że pracuję na uniwersytecie, więc próbował mi zaimponować intelektualnie. Chciał udowodnić, że nadajemy na jednej fali. Kiedy próbując go wyluzować powiedziałam, że nie lubię, kiedy ludzie chwalą się swoim wykształceniem, skomentował: „No właśnie! Bo przecież większość studentów nawet nie czyta ze zrozumieniem”. Na wieść o tym, że jadę na tydzień do Hamburga, rzucił puszczając oko: „Szkoła hamburska, szkoła frankfurcka, te sprawy? Lubię!” Im dalej brnął, tym bardziej byłam zażenowana. Im bardziej byłam zażenowana, tym bardziej miałam poczucie winy, że to nie fair wobec niego: siedzieć naprzeciwko, kiwać głową, patrzeć na swoje dłonie i umierać w środku. Zwłaszcza, że on był potwornie zdenerwowany. Powiedziałam, że nic z tego nie będzie i poszłam do domu.

Jeśli chodzi o zażenowanie, Tinder owocuje także sytuacjami nieco innego rodzaju: gdy ktoś podczas seksu powie lub zrobi coś, co natychmiast zabija moje podniecenie. Jeden mężczyzna wystąpił z pretensją, że nie mam dla niego kondomów. Inny na określenie swoich jąder użył słowa „jajeczka”. Jeszcze inny podczas seksu mówił: „o damn!” i „o fuck!”. Pewna dziewczyna przysłała mi zdjęcie wibratora. Od wielu mężczyzn dostałam mms-y ze zdjęciami ich penisów, choć o to nie prosiłam. Nawet kiedy o tym piszę, mam ochotę zapaść się pod ziemię. Bo przecież ja też, mówiąc coś albo wykonując jakiś gest, mogłam wywołać podobną reakcję.

 

Znikacze, mądrale, żonaci

Połowa moich tinderowych spotkań to seks zupełnie zwyczajny. Bez fajerwerków. Bardzo to lubię. Cieszy mnie czyjeś ciało, ciężar, dotyk, zapach, namiętność. To trochę jak kąpiel, masaż, łaźnia turecka: prezent dla ciała. Celebrowanie ożywionej materii. Najczęściej podczas takiego seksu nie mam orgazmu, ale do niego nie dążę. Nie lubię seksu, który jest jak wspinanie się pod górę. Nudzi mnie to, nuży, męczy i drażni. A najbardziej drażnią mnie mężczyźni, którzy koniecznie chcą kobiecy orgazm zobaczyć, by zachować dobre mniemanie o swoich seksualnych umiejętnościach. Nie jestem twoim szybowcem do sklejenia w szkółce modelarskiej – myślę wtedy. I zupełnie się wyłączam. Udaję orgazm, żeby mieć ich z głowy. Tinderowym kochankom mówię od razu: nie czekaj na mnie, rób tak jak lubisz. Tinder to dla mnie szkoła dbania o własne potrzeby, komunikowania ich. Co trudne, bo jako kobieta zostałam nauczona czegoś wręcz przeciwnego.

Pewien tinderowy typ nazwałam roboczo „znikaczami”. Zajęło mi sporo czasu, nim go rozpracowałam. To mężczyźni, którzy w rubryce „wiek” podają najczęściej: 27. Na profilach mają piękne zdjęcia pięknych ciał, ale najczęściej bez twarzy. Chcą długo rozmawiać na czacie. Komplementują. Dopytują namawiając do rozmów o seksie. Zadają dużo pytań o praktyki i preferencje seksualne. Wstępnie umawiają się na spotkanie. Kiedy dochodzi do ustalenia szczegółów, znikają. Może po drugiej stronie są starzy mężczyźni, mężczyźni przerażeni perspektywą seksu z kobietą, nieletni, gimnazjaliści? Może wysyłane zdjęcia ściągają na chybił-trafił z internetu? Może do seksu wystarcza im samo pisanie o seksie? Może podczas czatowania się masturbują? To tylko domysły.

Inny typ to mądrale. Najczęściej mężczyźni po 35. roku życia. Przyzwyczajeni do bycia tymi, których się słucha. Na mocy patriarchalnych skryptów upasieni funkcją autorytetu. Myślałam, że da się ich uniknąć „przesuwając w lewo” profile tych, którzy zdjęcia robią sobie w księgarniach. Mój filtr okazał się jednak zawodny. Pewien mężczyzna miał zdjęcia bardzo seksowne, a okazał się uduchowionym „ekspertem od tantry” spod znaku: daj mi się przelecieć, a powiem ci kim jesteś. Spotkanie zaczął od tego, że ponieważ był zestresowany, powiedział do mnie: „Spokojnie!”. Chodziłam z nim wokół bloku dwadzieścia minut rozmawiając i nabierając coraz głębszego przekonania, że nie zaproszę go do środka. Znam ten typ na wylot, gdyż swego czasu miałam go w rodzinie: pod hippisowską przykrywką kryje się wyższościowa postawa macho, podlana esencjalistycznymi bzdurami o kobiecej energii i męskiej naturze. Pożegnałam się z nim na ulicy mówiąc, że nic z tego nie będzie. Pięć minut później poprosił na czacie, bym powiedziała szczerze, dlaczego nie. Napisałam więc miło, bo nie chciałam go urazić, że mam złe skojarzenia z duchowym podejściem do seksu. W zamian dostałam podsumowanie na trzy ekrany. Były tam zdania rodem z ciasteczka z wróżbą: pasujące do wszystkich i do nikogo. Że mam w sobie dużo lęków, że skrywam je pod maską silnej kobiety, że posiadam energię sensualną, ale rzadko jej używam. Byłam z siebie dumna, bo trafnie go oceniłam: sekciarski hochsztapler, który pewnie myśli o sobie per „coach”.

Jest na Tinderze wielu mężczyzn żonatych. To najczęściej osoby po trzydziestce. Z nimi też się spotykałam. Było to wbrew moim starym zasadom: że to nie w porządku wobec innych kobiet spać z żonatymi mężczyznami. Ale ta sama potrzeba, która przywiodła mnie na Tinder, prowadziła mnie przez jego meandry: pożądanie. Jedynymi moimi zasadami było: dbać o swoją przyjemność, nie spotykać się ze znajomymi znajomych i pamiętać o bezpieczeństwie. Także w tym wymiarze Tinder oznaczał dla mnie przekroczenie. Dotychczas byłam „kobietą z zasadami”. A dokładniej z ustami pełnymi frazesów o tym, jak być powinno. Kontrolującą siebie pod kątem wszelakich poprawności. Surowo oceniającą innych przez pryzmat moralnej słuszności, bo oceniającą tak samą siebie. Tinder uświadomił mi, jak bardzo zmęczona jestem tym gorsetem. Prawdę mówiąc, spotkania z żonatymi mężczyznami były jednymi z bardziej komfortowych: miałam pewność, że obojgu nam chodzi o to samo. I tym czymś nie jest zaangażowanie.

Ale żonaci mieli też wady. Byli zazwyczaj namolni i roszczeniowi. Być może przyzwyczaiła ich do tego władcza rola „głowy rodziny”. Status męża i ojca: rodzina ma robić tak, jak on zaordynuje. Zachowywali się tak, jakbym całymi dniami siedziała w domu i czekała na sygnał, kiedy im akurat uda się wyrwać z pracy albo oszukać żonę, że jadą do Obi. A jak im się wreszcie uda, to rzucę wszystko, byle tylko się z nimi spotkać. Jakbym nie miała swojego życia i swoich planów. Kiedy mówiłam, że dziś nie mogę, jęczeli, marudzili, strzelali focha. W ogóle, ku mojemu zaskoczeniu, foch był lejtmotywem konwersacji z mężczyznami. On: „To kiedy?”. Ja: „Może w środę”. On: „Trzy dni??? Długo :(”. Ten ton powtarzał się w co drugiej konwersacji, a konwersowałam dużo. Odbyłam ponad sto rozmów na tinderowym czacie, bo średnio z sześciu takich konwersacji tylko jedna kończyła się spotkaniem. Skupienie na sobie, egoizm i roszczeniowość mężczyzn bywały monstrualnych rozmiarów. Z jednym z moich żonatych kochanków chciałam się spotkać ponownie. Zrezygnowałam, gdy na wieść o tym, że muszę odwołać spotkanie, bo jestem zaziębiona, napisał: „oj, to nie, bo mój dzieciak mógłby się rozchorować”. Tak jakby, w gorączce czy bez, interesowało mnie zdrowie jego syna. Żałość działa na mnie jak antydepresanty: libido od niej spada poniżej poziomu morza. Miałam ochotę odpisać: „twój dzieciak mi zwisa bardziej niż gil, który aktualnie zwisa mi do pasa”. Ale nawet tego nie chciało mi się już zrobić.

Jeden z żonatych szukał kochanki na stałe. Namawiał mnie do tej roli opowieściami o tym, że nie sypia ze swoją żoną i że żonie wystarczy dom oraz dzieci. Tak jakby rola „tej drugiej”, tej czekającej, „odskoczni”, była jakkolwiek atrakcyjna. Inny szukał nowych doświadczeń – trójkątów, eksperymentów. Robił to ewidentnie na złość żonie, z którą ma „związek otwarty”. Polega on z grubsza na tym, że kolejnymi jawnymi relacjami seksualnymi na boku on i ona robią sobie nawzajem emocjonalną krzywdę. Trzeci był potwornie wyposzczony ciała drugiego człowieka. Jakby umierał z głodu i dorwał się do jedzenia. Nabuzowany, ale kulturalny. Kulturalny, ale nabuzowany. Kilka tygodni później wpadł znowu. Było fajniej. Podczas seksu robił on jednak coś, co budziło mój niepokój: lubił mnie unieruchamiać. Trzymać za włosy albo za ręce.

 

Kultura gwałtu

Moje doświadczenie jest takie, że na Tinderze mężczyźni realizują głównie fantazje o dominacji. Wielu pytało mnie o „facial”. Wielu proponowało odgrywanie sytuacji, w których miałam się przed czymś wzbraniać i być do tego zmuszana. Wielu upozowywało mnie podczas seksu na lalkę. Pasywną, bierną, poddaną, którą oni „posuwają jak chcą”. To było jakoś niepokojące. Nie dlatego, że robili to bez mojej zgody. Raczej dlatego, że dominacyjny seks był tylko wierzchołkiem gry lodowej.

Tinder przypomniał mi, że mężczyźni nie są przyzwyczajeni do stawiania im przez kobiety granic. A tym bardziej do granic tych szanowania. Moje stawianie granic było często komentowane jako eksces. Zaskakiwało. Wywoływało reakcje, z którymi nie spotkałby się żaden mężczyzna komunikujący dokładnie to samo. Jeden z moich tinderowych rozmówców zapytał, czy możemy przejść na Watsapp. „Better here” – odpisałam. A on na to: „Dominant woman. I like it!”. „Możemy mieć fajny czas, dopóki szanujesz moją prywatność” – napisał inny. Kiedy odpisałam: „I dopóki ty szanujesz moją”, zareagował: „Zasadnicza jesteś!”. Jeszcze inny zapytał mnie: „Why you like to be fucked by strangers?”. Kiedy odpowiedziałam: „I am not fucked, I fuck with”, odpisał: „Oh I see… You like to control”. Kiedy więc zachowywałam się tak jak mężczyźni, mężczyźni postrzegali to jako władcze i dominacyjne. Czasem zniechęcało ich to do spotkania. Już sam fakt otwartego stawiania sprawy, że na Tinderze szukam przygodnego seksu, zazwyczaj wywoływał szok, a następnie chamskie komentarze. Wpadałam wówczas w kategorię „dziwki”, wobec której nie obowiązują zasady takie, jak wobec innych kobiet. Nie trzeba już było udawać szacunku, ani chęci dowiedzenia się „co słychać”. Na hasło „seks” wypowiedziane przez kobietę, tinderowcy włączali w głowie tradycyjny film porno. Taki film, w którym kobieta jest zabawką w ich rękach. W którym wolno jej powiedzieć i zrobić wszystko.

Usankcjonowana historią, tradycją i kulturą męska dominacja wielokrotnie dawała o sobie znać nie tylko w rozmowach, ale także podczas seksu. Mężczyźni egzekwowali w nim swoją wolę nie postrzegając tego jako nadużycia. Jeśli czegoś nie chciałam, zazwyczaj musiałam powiedzieć to kilkakrotnie. Raz nie wystarczył. Jeden mężczyzna koniecznie chciał seks analny. Mówiłam, że nie, a on znowu próbował. Kiedy zirytowana powiedziałam: „Przecież mówiłam, że nie, nie słyszałeś?”, odparł: „Myślałem, że zmienisz zdanie”. Ten scenariusz – nierespektowania mojej woli, pytań „dlaczego?” zadawanych poirytowanym tonem, udawania, że nie usłyszeli odpowiedzi odmownej – przerobiłam kilkanaście razy. Na własnej skórze doświadczyłam, że współcześni mężczyźni nadal podążają za maksymą, zgodnie z którą kiedy kobieta mówi „nie” to nie trzeba tego traktować poważnie. Jednego z moich kochanków wyrzuciłam z domu po pięciu minutach rozpoczętego seksu, bo ilekroć komunikowałam, że czegoś nie chcę, lub przeciwnie, że coś lubię, irytował się, fukał i prychał. Nie miał prezerwatywy, a mimo to próbował mnie zmusić – czyli w jego mniemaniu „namówić” poprzez fakt, że gdy to zrobi, ja nie powiem po raz kolejny „nie” – do seksu z penetracją. Wtedy zrozumiałam, co to jest kultura gwałtu. To taka kultura, w której czynienie wbrew woli kobiet i traktowanie kobiecych ciał jak męskiej własności, nie jest przez mężczyzn postrzegane jako akt przemocy, a zatem nie powoduje utraty ich dobrego mniemania o sobie – jako o kochankach, mężach, ojcach, obywatelach, kolegach.

Tak jak nie widzą, kiedy przekraczają postawione im przez kobiety granice, podobnie mężczyźni nie wiedzą, na jakim świecie żyją. Chodzi mi o świat męskiej dominacji w jego najbardziej dosłownym wymiarze. Tyleż niewidzialnej, co wszędobylskiej przemocy wobec kobiet. I wiedzieć raczej nie chcą. Oni są jego beneficjentami, a nie poszkodowanymi, a przywilej psuje się od nazwania go przywilejem. Niektórym swoim kochankom tłumaczyłam, z jakim ryzykiem dla kobiet wiąże się seks-randka. Innym, gdy zbyt natarczywie domagali się pierwszego spotkania w moim mieszkaniu, pisałam: „Czy będąc kobietą zaprosiłbyś mężczyznę, którego nigdy wcześniej nie widziałeś, do domu na seks?” Nieodmiennie reagowali zdziwieniem. A potem żarcikami w stylu: „W sumie mi też mogłoby przydarzyć się coś złego ;)”. Realne zagrożenie przemocą zrównywali z seksualnymi fantazjami o władczych kobietach. Poziom męskiej ignorancji był w tym temacie zatrważający.

Umawiając się z kobietami na seks, mężczyźni nie muszą bać się o swoje bezpieczeństwo. Tymczasem jako kobiecie strach towarzyszył mi w tinderowych przygodach nieustannie. Był oddechem na moich plecach, dźwiękiem z tyłu głowy, ciągłym napięciem. Umów się najpierw na kawę, choć nie masz ochoty słuchać, co u niego. Nie podawaj swojego adresu, dopóki go najpierw nie spotkasz na neutralnym gruncie, choć masz ochotę na seks teraz, a nie po kolacji. Umawiaj się z nim w swoim, a nie jego mieszkaniu, choć nie zawsze chce ci się posprzątać. I nie chodzi tylko o to, że on okaże się przysłowiowym „psycholem”. Że cię nagra na ukrytą kamerę, zrobi ci zdjęcia i je opublikuje, zgwałci, pokroi, zabije. Tylko o to, że podczas seksu nie uszanuje twojej woli, nawet tego nie zauważając.

Nie, strach mnie nie podniecał. Podniecała mnie niewiadoma, ale nie fakt, że ktoś może mnie zgwałcić. Podniecała mnie przygodność, ale nie ryzyko. To dwie kompletnie różne rzeczy. Owszem, strach też we mnie coś nakręcał. Nie pożądanie jednak, lecz gniewny smutek: że żyję w świecie podwójnych standardów. Mężczyźni, którzy chcą mieć seks z wieloma kobietami, nie są oceniani jako „kurwy” i nie grozi im z tego powodu ani wizerunkowe, ani fizyczne niebezpieczeństwo. Kobiety, które chcą mieć seks z wieloma mężczyznami, narażone są na jedno i drugie. Podwójne standardy sprawiają także, że piszę ten tekst pod nieswoim nazwiskiem. Nie chcę, by w pracy patrzono na mnie z jeszcze większą niechęcią, niż teraz – bo nie mam męża ani dzieci, bo wyglądam chłopacko. Gdybym była mężczyzną pracującym w branży akademickiej, nie groziłby mi skandal po opisaniu tego typu doświadczeń. Co najwyżej ekscytacja i kontrowersja. Ewentualne krzywe spojrzenia zrównoważyłyby pozytywne komentarze o bezpruderyjności, odwadze i „posiadaniu jaj”. Gdybym była naukowcem, prawdopodobnie mogłabym przekuć swojego Tindera w etnograficzny sukces obserwacji uczestniczącej. Ale ja nie jestem naukowcem, tylko naukowczynią.

„Jesteś szalona” – mówiły mi koleżanki, które wtajemniczyłam w historie z Tindera. A wtajemniczyłam ich niewiele. Jednym z gorzkich efektów Tindera jest przeszeregowanie w przyjaźniach. Okazało się bowiem, że w oczach wielu bliskich mi dotąd kobiet, a większość z nich szczyci się swoimi liberalnymi poglądami, przygodny seks zamiast stałego związku przystoi, gdy ma się lat 20. Gdy ma się lat 40 – jest dowodem na to, że coś z tobą nie tak. Faktem na tyle niepokojącym, że koleżanki odsuwały się ode mnie, jakbym była materiałem radioaktywnym. Odwracały wzrok, robiły dziwne miny, śmiały się nerwowo, spoglądały znacząco na swoich (stałych) partnerów lub (stałe) partnerki. I przestawały się odzywać. Wypadałam z ich grona przechodząc na status toksycznego odpadu.

„Może to zbyt niebezpieczne?” – sugerowały mi bywalczynie Manif i Marszów Szmat. Nawet najlepsze przyjaciółki mówiły mi: „I ty się tak nie boisz?!”, „Może jednak umawiaj się z nimi najpierw na kawę?” Chciały dobrze. Ale szlag mnie trafiał. Bo tak to się kończy? Choć lubimy myśleć o sobie jak o wyemancypowanych i wolnych, tkwimy ciągle w klatce dla kobiet. Tygodnie na Tinderze przebiegły więc także pod znakiem konfrontacji. Konfrontacji całego tego gadania o post-feminizmie, o nowej erze dla kobiet, o rzekomym kobiecym wyzwoleniu, z faktem, że będąc kobietą, która realizuje wolność do seksu – bez robienia komukolwiek krzywdy i bez łamania prawa – muszę się bać o swoje zdrowie i życie. I wyszło mi, że emancypacja to jakaś Nibylandia. Bo gdzie ta emancypacja, skoro będąc kobietą nie mogę mieć seksu bez strachu? Strachu – i to jest najgorsze – dobrze uzasadnionego statystykami. Gdzie ona jest, skoro za spełnianie swoich seksualnych potrzeb grozi mi najbardziej dosłowne zniszczenie?

 

Polityka przeciw pożądaniu

Na Tinderze ogłasza się wielu obcokrajowców i wielu mężczyzn nie-białych. Część z nich to turyści, którzy są w mieście na kilka dni i chcą się zabawić. Reszta to albo studenci, albo pracownicy, najczęściej korporacji z branży IT. Często zastanawiałam się, jak tinderuje się Hindusom, Egipcjanom, Turkom czy Afro-Amerykanom w kraju tak rasistowskim jak Polska. Ale kiedy umawiałam się z nimi, wstydziłam się pytać. Bałam się, że zostanie to przez nich odebrane jako kolejne urasowienie: widzę, że jesteś nie-biały, więc powiedz mi, jak traktują cię białe dziewczyny. O rasizm zapytałam tylko dwa razy: 11 listopada, kiedy pewien Hiszpan odwołał nasze spotkanie, bo bał się wyjść z domu, oraz dzień po, kiedy poznany na Tinderze Hindus opowiadał mi, jak przeżył wczorajszy dzień. Obaj mówili, że wszyscy znajomi – i biali, i nie – uprzedzali: „11 listopada nie wychodź z domu”. Obaj byli tym maksymalnie wkurzeni. Obaj mieli poczucie uwięzienia. Wydawali się jednak zawstydzeni, że narzekają na Warszawę. Tak jakby nie wypadało mówić białej dziewczynie z Polski, że nie będąc z Polski i nie będąc białym ma się w tym kraju poważne kłopoty. Cenzurowali się więc, zastrzegając: „ach, to głupota”, „nieważne”. Bagatelizowali własne upokorzenie, może myśląc, że w moich oczach wygląda ono „niemęsko”. Nade wszystko jednak czuli się w obowiązku zadbać o niewidzialność mojego przywileju bardziej, niż o siebie samych. A ja czułam się strasznie widząc, jak ten przywilej działa. To ja wypowiadałam słowo „rasizm”, nie oni.

Rasizm był moją naturalną selekcją. Najbardziej jednoznacznie eliminował kandydatów. Od rasizmu wszystko mi opada – że użyję tej fallicznej metafory. Raz umówiłam się już z pewnym gościem na konkretny czas i godzinę, gdy ten znienacka napisał, że kręcą go Żydówki. Jako że czatowaliśmy po angielsku i nie był to Polak, najpierw pomyślałam, że może nie wyczuwam żartu. Dopytałam. To nie był żart. Żartem również nie było, gdy napisał, że potrafi rozpoznać Żyda po wyglądzie. Zablokowałam jego numer. Z kolei 9 listopada na pytanie pewnego Tinderowicza, co u mnie słychać, odpowiedziałam: „Do luftu, bo Trump właśnie wygrał wybory”. A on na to: „Co się przejmujesz, przecież to nie twój prezydent, haha”. Następnie dostałam długą wiadomość o tym, że Donald Trump wcale nie jest zły, tylko media dorobiły mu gębę, bo steruje nimi Hillary Clinton. Usunęłam natychmiast. Z pewnym Francuzem natomiast konwersację zakończyłam w momencie, gdy na hasło „islamofobia” napisał: “Well, Muslims are not saint. We can not protect them as normal Frenchmen. It would be absurd”. “It would be absurd to discuss with you one minute longer” – odpisałam.

Spotkania z nie-białymi mężczyznami dawały większą szansę, że nie trafię na rasistów, ale nie chroniły przed klasizmem. „Szlachta nie pracuje” – mnóstwo mężczyzn ma to zdanie w tinderowym opisie. To chyba najczęściej powtarzający się na Tinderze motyw (może oprócz zdjęć z maratonów i siłowni). Mój indyjski kochanek opowiadał o Indiach tak, jakby wszyscy żyli w tym kraju tak samo, bez względu na kastę, klasę i status, bo pochodził z dobrej, bogatej rodziny. Jako jedyny syn był w tej rodzinie niczym pączek w maśle, co dało się wyczuć w jego skupieniu na sobie, w jego obchodzeniu się z samym sobą, w fakcie, że o nic mnie nie pytał, uwielbiał natomiast opowiadać o sobie. Dwóch Izraelczyków zakwaterowanych w pięciogwiazdkowym Intercontinentalu mówiło mi, że w Izraelu „ludzie są bogaci, biedy praktycznie nie ma, 85% społeczeństwa to klasa średnia”. Ekwadorczyk, który zaprosił mnie do najdroższego hotelu w Warszawie, był z kolei dziedzicem rodzinnej fortuny. W restauracji, w której nie byłoby mnie stać na herbatę, kupił butelkę wina. W jego pokoju walały się puszeczki po kawiorze i nie było to na pokaz. Kiedy mu powiedziałam, że żyje jak bogacz, był szczerze zdziwiony. „Tu jest drogo? Nie, Europa jest po prostu tania” – odpowiedział. Nie miał pojęcia, do jakiej klasy należy. Ignorancja jest przywilejem bogatych, a ten przywilej mnie nie podnieca.

 

Miłość

Jest na Tinderze przemoc, ale jest i miłość. Miłość na jedną noc, a czasem tylko na kilka godzin. Odkąd pamiętam, łatwo się zakochuję i zakochuję się natychmiast. Mogę taką falę wygaszać, mogę ją obserwować, albo podbijać, ale że ona jest lub że jej nie ma – wiem od razu. Dlatego nie chcę tego nazywać „zainteresowaniem” ani „zauroczeniem”. Znam się dość dobrze i wiem, że to, co czasem czułam do mężczyzn, z którymi umawiałam się przez Tindera na seks, było zakochaniem. Szczególnym, wyjątkowym, dla mnie nowym, bo nie szłam za nim. Takim, z którym zawierałam następującą umowę: „Kiedy ten człowiek wyjdzie, poczujesz, że spadasz. Nie będziesz go jednak wołać, bo spadniesz na cztery łapy. I pójdziesz dalej”.

„Berliński taksówkarz. Wygląda jak angielski chuligan. To ciało jest nabite i twarde. Jest piękny, czegoś we mnie dotyka i jest to więcej niż skóra. Zmarszczki na jego twarzy mnie rozbrajają. W jego jednopokojowym mieszkaniu w suterenie wiszą plakaty, które natychmiast powodują, że czuję się bezpiecznie i komfortowo: Siouxie and the Banschees i Citizen Fish. Tak jak ja nie pije alkoholu, co wzmaga mój spokój: nic za szybko, nic na skróty, nic na siłę. Jego mowa ciała, to, co mówi i jak mówi, jest w stu procentach ok. Nie czuję żadnego zgrzytu, żadnej dominacji, żadnej irytacji. Spędzam z nim cały wieczór i noc. Mieliśmy seks właściwie przez cały czas, z przerwami na herbatę i oglądanie seriali z Netflixa. Żadnych fajerwerków, zwyczajny, poprawny, pewnie z zewnątrz nudny. Ale wewnątrz jakoś wspaniały. Chyba przez ten absolutny brak seksizmu, połączony z poczuciem, że oboje jesteśmy równie wygłodniali dotyku. Nad ranem idę na pociąg do Warszawy, a on idzie do pracy. Ostatni seks, jaki mamy, to mój orgazm, nie jego, co wymaga ode mnie zaufania i odpuszczenia kontroli. Jest też taki moment, kiedy on śpi, a ja patrzę na niego i czuję bezgraniczną czułość. Myślę wtedy: pewnie jest patologiczny nie mniej niż ja, bo na mężczyzn emocjonalnie stabilnych jestem niestety doskonale ślepa”. Tak, jedząc w Warsie pierogi, opisałam go następnego dnia.

Po tygodniu odzywa się. Zaczyna od: „co słychać”, ale szybko przechodzi na temat seksu i namawia mnie, bym opowiadała mu o seksualnych fantazjach. Nie mówi nic od siebie i nic o sobie. Właściwie zadaje wyłącznie pytania. Choć wstydzę się tego i myślę, że nie mam prawa oczekiwać od niego niczego więcej, jestem tym zraniona. Bo czuję się jak seksualna zabawka. Zindywidualizowany kanał pornograficzny. Już wiem, że jestem dla niego kimś innym, niż on dla mnie. I nie zmieni tego fakt, że mu to powiem. Ta relacja zaczęła się od seksu, więc w jego świecie nie może stać się niczym innym.

Na Tinderze wszystko dzieje się szybko. Nie ma taryfy ulgowej, nie ma czasu na wciskanie sobie samej kitu. Podczas umawianych tam spotkań adrenalina w mojej krwi skacze, moje zmysły są wyostrzone, moja uwaga też. Może dlatego to, co kiedyś zajmowało mi wiele miesięcy życiowych zawieruch, a potem bolesnych olśnień na kanapie u terapeutki, zdarza mi się przerabiać w jedną noc. A może dlatego, że na tej kanapie zdążyłam się o sobie pewnych rzeczy dowiedzieć. Ta wiedza nie chroni mnie przed pakowaniem się w te same co kiedyś tarapaty. Ale czasem zdarza mi się widzieć, co robię. I, o zgrozo, pakować się w nie decyzją, a nie siłą ćmy, co wpada w abażur. Tak właśnie wpakowałam się w przypadek, co do którego nie jestem pewna, czy dam radę dotrzymać zawartej z samą sobą umowy. Przespałam się z fantazją o moim ojcu.

Wiedziałam to od razu. Wiedziałam to, kiedy po seksie głaskałam go po plecach. Właściwie wiedziałam to, gdy zobaczyłam Natana przed knajpą, w której umówiliśmy się, żeby najpierw coś zjeść. Ma posturę mojego ojca, ten sam kolor skóry, podobne oczy, nawet trochę podobny zapach, tak samo niski głos. I, tak jak mój ojciec, jest silny. Ma też zawód, który w tę siłę go wyposaża. W resztę go przystroiłam. Ubrałam we wszystko to, czego mój ojciec nie ma: opiekuńczość, dobroć, dbałość, uczciwość. Siłą swojej fantazji jego siłę skierowałam we „właściwą” stronę. To znaczy w opiekę nade mną. Następnego dnia on wylatywał z powrotem do swojego kraju, a ja siedziałam we własnym łóżku w jego jednej skarpetce (wychodząc z jego hotelowego pokoju nie mogłam znaleźć swojej, bo było jeszcze ciemno) i płakałam tak, jakbym traciła najcenniejszy skarb. Nie byłam w stanie tego zatrzymać. Jakby mi ktoś kurek odkręcił, ukryty dotąd gdzieś pomiędzy żebrami. Na szczęście jakiś kawałek mnie zdołał się opanować, usiadł obok i patrzył na tę rozpacz nieco zażenowany. Ten sam kawałek pozwala mi to teraz opisać.

 

skarpetki
Skarpetki nie do pary // źródło: autorka

 

Piszę to wszystko ze środka. Ten tekst jest pierwszą próbą okiełznania doświadczenia. W trakcie jego pisania umawiałam się na kolejne randki, robiłam badania krwi na HIV, HBS i HCV, czułam raz ekscytację, raz zniechęcenie. Nie mam jeszcze jasności, w jaki wzór wszystko to się układa. Moje życie, mimo moich usilnych starań, nigdy nie było stabilne. Te starania kosztowały mnie wiele zdrowia, wysiłku i frustracji, ale pozostawały nieefektywne. Tinder jest formą ich zaniechania. Upłynniania. Rozhuśtywania się. Przejmowania się mniej. Odpuszczania. W nieco pokrętny sposób pomaga mi dostosować się do warunków: braku stałego zatrudnienia, braku stałych dochodów, braku stałego miejsca zamieszkania, braku pewności, czy za rok o tej porze będę miała z czego opłacić czynsz, emigracji zarobkowej na horyzoncie. czyli strasznej konieczności sprzedawanej przez ekspertów jako ekscytująca możliwość. Do niczego nie mogę się przyzwyczaić, bo za chwilę może tego nie być. A już zwłaszcza do czegoś, co jest komfortowe – bo utrata będzie bardziej bolesna. Dotyczy to biurka, przy którym pracuję i ścian, w których mieszkam, więc z jakiej racji miałabym przyzwyczajać się do jednej osoby. Z mojego doświadczenia wynika, że osoby są dużo mniej stabilne niż stoły i ściany. Stałe związki tego nie zmieniały. Powodowały jedynie, że boleśniej odczuwałam samotność, bo liczyłam na pomoc partnerów/partnerek, ale i tak jej nie dostawałam. Do radości z życia brakowało mi więc nie stałego partnera albo partnerki, lecz seksu. Wraz z ludźmi takimi jak ja i moi kochankowie, Tinder niesie w sobie cały syf świata. Ale w znajdywaniu jednorazowego seksu okazał się niebywale pomocny. A ja tego teraz potrzebuję.

 
142 komentarzy do tekstu “zuzanna kowner: cały syf świata”
  1. Mam jedno zdanie odrębne. Ubawiłam się, ale w kwestii przemocy… Co jeśli obie strony lubią te wszystkie zabawy i zmieniają role. Dlaczego kobiety miałyby być ich pozbawione tylko dlatego, że w łóżku niesie to za sobą pierwiastek przemocowy. Przy zgodzie obu partnerów jest to dla mnie o.k. Jeśli oboje decydujemy o tym, gdzie jest granica to nie nazywajmy tego przemocą – nie wrzucajmy wszystkiego do jednego worka. Rozumiem niepokój a jednak niepokoi mnie podejście. Może to poczucie przemocy jest w nas.

    1. Też myślę, że to nadwrażliwość. Unieruchomienie trudno nawet zaliczyć do BDSM (przynajmniej mnie, rasowej uległej), a utożsamianie BDSM z kulturą gwałtu jest niefeministyczne, seks-negatywne i w ogóle wzbudza mój duży opór.

    2. Kluczowe jest tu Twoje stwierdzenie:”przy zgodzie obu partnerów”. I to dotyczy wszystkiego, co dzieje sie miedzy dwojgiem ludzi, zwlaszcza w sytuacji intymnej.

    3. Zgadzam się z tym komentarzem. Przemoc konsensualna to nie jest prawdziwa przemoc – to zaawansowana zabawa dla świadomych, dorosłych, wolnych ludzi. Heteroseksualni mężczyźni również potrafią być bardzo ulegli i pragnąć dominacji ze strony kobiety. Tylko że zwykle boją się wyjść z tym do swoich partnerek, obawiając się odrzucenia/wyśmiania/potępienia. Nie tylko kobiety padają ofiarami heteronormy. Ona przynosi opresję także bardzo wielu mężczyznom, niekoniecznie homoseksualnym.

  2. Ważny i świetny tekst. Mam nadzieję, że dotrze do ogromnej rzeszy ludzi i otworzy im oczy na to co czuli, a nie zdawali sobie sprawy bo ‚przecież tak jest’. Dziękuję.

      1. To ciekawe, bo ja to wyznanie odebrałam jako całkowicie autentyczne. Jeśli ten tekst nie pasuje do tego, co Pan sobie wyobraża na temat kobiet – co mianowicie powinny myśleć i czuć w sytuacjach intymnych i w związku z nimi, to już Pana problem. Proszę samemu coś przeżyć i potem to autentycznie i szczerze opisać, zamiast zarzucać fałszerstwo autorce tylko dlatego, że nie zgadza się z Pana wyobrażeniem o kobietach. Naprawdę, akurat dla mężczyzn bezpieczniej jest założyć, że nic nie wiecie o przeżyciach kobiet, a potem grzecznie zamknąć buzię i słuchać.

      2. Też miałam w swoim życiu czas, gdy szukałam swojego miejsca i spałam ze sporą liczbą mężczyzn. Zresztą obracam się głównie w męskim środowisku i muszę powiedzieć, że z większością obserwacji autorki na temat mężczyzn niestety muszę się zgodzić. Co do typów mężczyzn, ich zachowań, gierek. Zresztą jeśli chodzi o mówienie „nie” i ignorowanie go przez facetów miałam niedawno ogromną kłótnię z moim obecnym chłopakiem. Jednak od jej czasu nasza relacja się zmieniła na lepsze i jest na pewno mocniejsza, a na pewno ja się czuję w niej bardzo bezpieczna.
        Nawet jeśli tekst jest zmyślony, to opiera się na obserwacji realnego świata i w doskonały sposób pokazuje wciąż żywe stereotypy kulturowe.

  3. Umawiam się na przygodny seks od wielu lat i od dawna nie ośmieliłabym się opublikować czegoś takiego o moich kochankach i mężczyznach, z którymi flirtowałam, a do niczego nie doszło. Brr. Szkoda mi było tych poodrzucanych facetów. Kiedyś blogowałam o moich chłopakach, ale to było dawno i trochę mi z tego powodu głupio. Bo nie chciałabym przeczytać oceniającego mnie podsumowania randki ze mną, z komentarzami kiedy dokładnie facetowi opadło podniecenie, bo zrobiłam coś „mojego”, co jemu nie przypadło do gustu.

    Poza tym mężczyźni około 40. i starsi są przywiązani do tego, że to oni prowadzą w tańcu i we flircie. Nie jestem pewna, czy wyrażenie zaskoczenia, że kobieta aktywnie akcentuje zmianę ról, to nieposzanowanie granic. Sama feminizm chowam do kieszeni, kiedy umawiam się ze starszym od siebie mężczyzną i pozwalam mu mnie pouwodzić (wszystkim nam to pasuje), a granice akcentuję na tyle miękko, że chyba nawet tego nie zauważa.

    No i życzę powodzenia w mierzeniu się z lękiem przed przemocą. Sama doświadczyłam kilku przykrych sytuacji. Dokładniej mówiąc pięciu, z czego jedna była wypadkiem, jedna nieporozumieniem, a dwie były po alkoholu. Licząc od 2011 roku. Tak więc to się zdarza, nie neguję, no ale… Nie dajmy się zastraszać samym sobie! 🙂 Seks jest dla kobiet 🙂

  4. Robiła to moja siostra.Oszukujac męża i rodzine,wymyślała różne preteksty wyjścia z domu.Wciagala w to mnie zmuszając tym samym do kłamstw i wykrętów wobec jej męża.
    Oczywiście szybko powiedziałam ze niechęć brać w tym udziału.
    Minęło wiele lat a ona nie odzywa się do mnie.
    Wydawało mi się wyedy to obrzydliwe,to jej sucze podniecenie jej przed spotkaniem i później taka satysfakcja i już myślenie o mastepnym facecie.
    Dzisiaj tez myśle o tym z obrzydzeniem.
    Nie uniknęła w swoim życiu podobnych przypadkowych sytuacji.Jedne wspominam miło,ale większość wprawia mnie w zazenowanie

  5. Zastanawiam się, czy w całych „poszukiwaniach” autorki nie chodzi o bliskość i czułość. Mam wrażenie, że ogólnie akurat bliskości i czułości najczęściej brakuje w większości relacji i niestety jako kobiety nie jesteśmy nauczone, jak to odróżniać i mylimy z potrzebą częstego i intensywnego seksu.

    1. A może ten wniosek wynika z Twojego przeniesienia swojej sytuacji na sytuację Autorki? Może każda z nas szuka czegoś innego, i dla Ciebie jest to czułość, bliskość, intymność, a dla innych może w seksie chodzi zwyczajnie o seks?

  6. Ostatni akapit wyczerpuje „Dlaczego?”. Jedni piją, inni grają, niektórzy Tinderują.
    Proponuję również nie utożsamiać związków z pomocą terapeutyczną – „Stałe związki tego nie zmieniały. […]boleśniej odczuwałam samotność, bo liczyłam na pomoc partnerów/partnerek, ale i tak jej nie dostawałam.”

    „Do radości z życia brakowało mi więc nie stałego partnera albo partnerki, lecz seksu.” – uzależnienia są problemem.

      1. Sorry, ale amerykańscy seksuolodzy nie mają pojęcia, czym jet seksoholizm. Polscy zresztą też. I mówię to jako była żona seksoholika.
        To był i nadal jest temat tabu, ale jest prawdziwy, mierzony poziomem cierpienia tych, którym uzależnienie od seksu rujnuje życie – w tym również cierpienia ich bliskich.

    1. Tomek, sorry ale to co napisałeś to nadęte bzdury.

      Masz coś bardzo poprzestawianie w głowie, jeżeli nie uważasz, ze w stałym związku od partnera, partnerki, męża, żony nie można oczekiwać wsparcia.
      Zasiedliło ci sie w głowie sci-fi, w którym wsparcie masz od terapeuty na godziny. A seks? Tez od specjalisty na godziny?
      Dzieci z banku spermy, wychowywane przez terapeutów i karmione przez kucharzy.
      Faktycznie – związki niepotrzebne.

      Twoje pojmowanie świata jest chore. Takie podejście może jedynie dokonać totalnej jego anihilacji.

      Dobrze, ze tu napisałeś, bo przynajmniej wiadomo, ze jest taki problem. Takich ludzi, z takimi przekonaniami.

  7. Bardzo poruszające.
    Autorko, jak ja bardzo się z Tobą zgadzam. Żyjemy w kulturze gwałtu, a nie flirtu.
    Jestem kobietą i wolę kobiety, ale umówienie się z kimś sympatycznym na sympatyczny seks jest bliskie spotkaniu tęczowego jednorożca. Długo by opowiadać.
    Ech.

  8. Dzięki za ten tekst. Bardzo osobisty. Napisałaś o czymś o czym się nie mówi. Tym bardziej gratuluje i doceniam poruszone w nim tematy. Jeszcze raz dziękuje i gratuluje.

      1. Zmyślony? Sam tinderuje od prawie dwoch lat. Nie widzę tu nic podejrzanego, a wręcz siebie, bo zachowywałem się jak prawie każdy z krytykowanych tu mężczyzn.

  9. Przeczytałem z zapartym tchem…
    Wiele informacji, na pewno, ciekawych, ale niektóre Twoje stwierdzenia na prawdę irytujące. A najbardziej to ustawianie się ciągłe w pozycji ofiary i podkreślanie męskiej dominacji. Gdy tymczasem to, co piszesz, prowadzi do wniosków wręcz przeciwnych.

    Piszesz:
    „Bo gdzie ta emancypacja, skoro będąc kobietą nie mogę mieć seksu bez strachu?”
    A czy mężczyzna może mieć seks bez strachu? Weź pod uwagę choćby oczywisty fakt, że zdjęcie filigranowej blondynki może wstawić dwumetrowy zwyrol, który w umówione miejsce stawi się z dwoma koleżkami… i dalej, wiadomo. Statystyki również podają takie sytuacje. A ponadto dochodzą rózne oskarżenia o gwałt. Ty jako kobieta raczej nie musisz się obawiać, ze facet, z którym się właśnie przespałaś, oskarży Cię, ze go zgwałciłaś, bo on „w sumie nie chciał”. Ja, gdybym używał Tindera, musiałbym. To jeden z głównych motywów, który mnie powstrzymuje.

    Piszesz dalej:
    „Mężczyźni, którzy chcą mieć seks z wieloma kobietami, nie są oceniani jako „kurwy” i nie grozi im z tego powodu ani wizerunkowe, ani fizyczne niebezpieczeństwo. ”
    Oczywiście, jest to nieprawda. To na kobiety, które otwarcie przyznają się, że lubią seks, patrzy się raczej z sympatią. A facet? Facet to świnia z definicji, „faceci myślą tylko o jednym” – to wyświechtany frazes i atak. Żaden facet nie może sobie pozwolić na to, aby się przyznać, ze myśli tylko o jednym. Musi być kochającym ojcem i głową rodziny, musi zarabiać na utrzymanie – tego oczekuje społeczeństwo. Czy ktoś tego oczekuje od kobiety??

    I powiem jeszcze, że dziwnie mi się czytało, gdy skreślałaś faceta – a to dlatego, ze się nie martwi, bo Trump wygrał, a to dlatego, że nie dość lubi muzułmanów. Dziwnie – z perspektywy faceta, który od ponad roku nie miał żadnego, powtarzam, ŻADNEGO kontaktu. Mimo braku wygórowanych wymagań, mimo braku wymagań właściwie w ogóle (próbowałem się umawiać nawet z kobietami, które zupełnie mi „nie leżały”) – nic…

    1. Ten tekst to zmyślenie. Możliwe, że napisała go kobieta, która nigdy nie miała faceta. Może jest nadal dziewicą…

      1. Powtarza się Pan. To już nudne. Ma Pan jakieś dowody na poparcie swojej tezy? Ale prawdziwe dowody, tzn. fakty, a nie wysnute z głowy frazesy i nadęte teorie na temat „kobiecej natury”. Zresztą, każdy mierzy swoją miarką, więc pewnie to Pan jest dziewicą.

      2. Nawet jak zmyślony to potinderuj sobie, porozmawiaj z kobietami z tindera i zauwazysz ze autorka opisuje to jak w wiekszosci zachowują sie tam mezczyzni.

      3. A jezeli tinderowales i nic nie udalo Ci sie zaliczyc to poczytac sobie poradniki jak zachowywac sie i zaprojektowac profil na tinderze (jest mase artykułów w necie o tym – niestety po angielsku). Na jakies 400 matchy w ciagu moich dwoch lat mialem tylko 3 natychmoastowe propozycję spotkania sie tylko na sex. Reszta to wlasnie „ciezka praca”.

  10. Świetny tekst. Przeczytałem z wielkim zainteresowaniem i cieszę się, że poznałem opinie kobiety dojrzałej, na temat, przez nas mężczyzn wielokrotnie traktowany jako pole do popisu. Przykre jest to, że słyszałem już tyle historii, gdzie mężczyźni czuli się świetnie ze sobą, będąc jednocześnie samolubnymi i kiepskimi kochankami. Szkoda też, że w naszym gatunku w tym temacie jest mało autorefleksji i kiedy zwraca się nam na coś uwagę, reagujemy agresją bądź zwalamy winę na partnerkę. Dlatego bycie w związku, gdzie o seksie mówi się otwarcie, zgłaszając swoje potrzeby(z czym często kobiety mają problem) może odziera z przygodowości, ale jednocześnie daje nam mężczyznom możliwość pracowania nad sobą i spełnianiem potrzeb partnerki. W jedną noc tego zrobić się niestety nie da.

  11. „Wszystko to razem sprawiło, że kobiety uważam za wielkie tinderowe rozczarowanie.”
    Bo od szukania kobiet sa aplikacje lesbijskie. Polecam LesPark.

  12. A ja do tej pory nie wiem co Autorka miała na myśli. O ile początek jest po prostu opowiastką „Jak to na Tinderze bywa” to potem zamienia się to w jakieś gorzkie żale i foch, że świat jednak nie jest taki jaki Autorka chciała. No smuteczek. Dla nikogo taki nie jest. Każdy ma prawo do swojego punktu widzenia i ten Autorki jak taki sam jak każdego innego, z którym się spotkała lub pisała. Jeżeli chce iść z kimś do łóżka to niech idzie – bez dorabiania do tego filozoficznych wywodów. „Nie umawiam się na kawę przed seksem – taka jestem wolna!” – to zdanie powinno zostać ikonką feminizmu w wydaniu – o ironio – Starbuckowym 😉

  13. Czytam to i zastanawiam się, czy my umawiałyśmy się z tymi samymi facetami, czy im po prostu wszystkim ten sam tekst i senariusz rozdali. Swojego eksa poznałam na Badoo, czyli jak wiadomo Tinderze dla ubogich (intelektualnie chyba bardziej, liczba absolwentów WSRH lvl >9000). Kiedyś idąc sobie z nim na spacer usłyszałam jak *ping* robi mu telefon, dźwięk Badoo. Zdziwiona spytałam, czy nie skasował appki, bo tak się umówilismy jak zaczęliśmy być razem. ‚Szukam dziewczyny do trójkąta.’ Podjarałam się trochę i powiedziałam, że może niech mi w takim razie pokaże, bo ja chciałabym wiedzieć, z jaką laską przyjdzie mi ew. dzielić łóżko i mieć swoje zdanie w temacie. ‚Ty już się naruchałaś, wy się mną zajmiecie.’ Zatrzymałam się na środku chodnika, ze szczęką na ziemi i oczami jak spodki. ‚No bo ja w życiu miałem tylko dziewice, a Ty nie jesteś dziewicą! Dość miałaś facetów! A lesbijstwo to zboczenie, dzieci z tego nie ma, natura tego nie chce.’ Seks analny to był jego mokry sen, na który żadna laska mu nie pozwoliła, szybko stał się za to metodą na szantaż (jak nie ma anala to nie ma seksów), ale spróbuj się jemu dobrać do tyłka. ‚NO CO TY ROBISZ JA NIE JESTEM PEDAŁEM’.
    Nie muszę chyba dodawać, że eksem został stosunkowo szybko.

  14. Będzie krótko… Po licznych „spotkaniach” z kobietami z Tindera, stronach i sesjach BDSM, imprezach w klubach, spotkaniach swingerskich i generalnie tarzaniu się w „syfie tego świata” (włącznie z próbą wmanewrowania mnie w dziecko, które okazało się nie moje), a także mniej lub bardziej udanych związkach (kilkuletnich i czy kilkumiesięcznych) przyszedł moment, że miałem już naprawdę dość życia i dosłownie kwestia jednej decyzji i ułamków sekundy dzieliła mnie od samobójstwa (nie „próby” bo tego nie dałoby się przeżyć). To był moment przełomowy – spakowałem graty i poleciałem na tydzień za granicę, w próbie uspokojenia się i przemyślenia wszystkiego. Takich wyjazdów miałem kilka. Założenie było jedno – cieszyć się sobą plus nie szukać seksu/przygód na siłę.

    Po ostatniej podróży wróciłem jako inny facet – mężczyzna, który kocha siebie (już widzę jak kilka osób parska śmiechem ;)). I nie chodzi o jakieś przerośnięte ego, tylko o zwykłą świadomość tego, że moje życie jest wspaniałą wartością i cudem (!!! 🙂 ), że potrafię cieszyć się sam sobą, że jestem swoim przyjacielem, że nie potrzebuję cudzej energii by się nią żywić, że czas uświadomić sobie czego de facto sam chcę od życia, że może warto pomyśleć co bym zrobił gdyby na świecie nie było innych ludzi, że piękno jest niezależne od drugiej osoby, że może czas zacząć szanować swój czas i siebie samego, a energię, którą z takim zapałem wkładałem w szukanie adrenaliny czy destruktywne relacje – włożyć w budowanie.

    Tak, jeszcze daleka droga by to osiągnąć, ale zachęcam do nauki kochania siebie – tak by tę miłość podzielić z drugą osobą. Kochać siebie by kochać drugą osobę. Wówczas – uwierzcie – jeden spacer za rękę czy uśmiech rzucony ukradkiem do siebie gdy tylko Wy coś rozumiecie, powoduje więcej przyjemności niż „tinderowe” nocne rżnięcie na telefon.

    *Wybaczcie składność wypowiedzi – dużo wątków, mało miejsca i czasu. Polecane książki: „Wewnętrzne Przebudzenie”, „No More Mr. Nice Guy” oraz film Dzika droga (Wild, 2014).

    1. Cieszę się, że napisałeś. Twoje słowa bardzo podniosły mnie na duchu, zwłaszcza, że ostatnio czułam się naprawdę tragicznie.

  15. 1. W sumie to chyba Tinder jest lepszy dla kobiet, które chcą seksu, bo da się ten seks znaleźć. Dla mężczyzn to raczej ciągłe „gonienie króliczka”. Kobiety niby chcą ale udają niedostępne i chcą być do zdobycia albo po prostu kręci je sama apka i gadane a nie robienie?

    2. Ryzyko przygodnego seksu jest tak samo dla mężczyzny. Po seksie może się okazać, że przyjdzie wezwany ochroniarz i „poprosi” o zapłatę za usługę. Z kolei przypadkowa ciąża to płacenie alimentów w nieskończoność i bycie niewolnikiem matki dziecka.

    3. Generalnie z rozmów kolegów wynika, że Tinder to taki klub w centrum, raj dla kobiet, piekło dla mężczyzn.

    4. Autorka dziwi się, że mezczyzni nie mowia wprost ze chodzi o seks. Dziwne? W 99% kobiety sie obrazaja!

    5. Autorka powinna być wdzięczna za swój feministyczny przywilej, który w dzisiejszych czasach daje kobietom całą władzę i wszystkie przyjemności świata a mężczyzn sprowadza do narzędzi. No chyba, że jakiś piłkarz czy inny bogacz.

    1. 1. W sumie to chyba Tinder jest lepszy dla kobiet, które chcą seksu, bo da się ten seks znaleźć. Dla mężczyzn to raczej ciągłe „gonienie króliczka”. Kobiety niby chcą ale udają niedostępne i chcą być do zdobycia albo po prostu kręci je sama apka i gadane a nie robienie?

      błąd logiczny – bo skoro „te kobiety” uprawiają sex to z kimś go jednak uprawiają, prawda? 😉

      1. Prawda. Choć może jest znacznie więcej znikaczek niż znikaczy. Oraz może wszystkie kobiety z Tindera umawiają się, dajmy na to, z 1/5 mężczyzn i dla pozostałych 4/5 nie wystarcza już spotkań.

    2. Tekst świetny, ale też z tym niebezpieczeństwem się nie zgadzam – przyjmuje różne formy, ale dla obu płci to jest takie samo ryzyko :/

  16. Pełno wartościowania w tym artykule, oceniania, etc. Twoje potrzeby były takie jak opisujesz, facetów takie, jakimi je odczułaś. Ty spotykałaś się z nimi aby zaspokoić swoje, oni z Tobą aby mieć swoją przyjemność. Jeśli nie byłaś zadowolona z sexu z jakimś facetem, to widocznie oboje oczekiwaliście czegoś innego od spotkania – czy to powód, aby kogoś oceniać i wartościować?
    Wzruszył mnie fragment z porównaniem partnera do ojca i tutaj tkwi sedno Twoich odczuć i poszukiwań…
    A związek nie czuje do zaspakajania czyichś potrzeb, czy do oczekiwania pomocy od partnera – jest się z kimś właśnie dlatego, że nic się od niego nie potrzebuje, tylko po prostu chce się z nim być….

  17. Przeczytałem, przetrawiłem. Widze, ze póki co jesteś w ciągu, kac przyjdzie później, następnie detoks, może jakaś poprawa a później znowu ciąg. Zmieniła się tylko nazwa wódki. Nazywa się teraz Tinder. Uzależnienie to paskudna sprawa. Nigdy się z niej nie uleczysz, choć jak się postarasz masz szanse na abstynencje czego z całego serca Ci życzę. Byc moze na nowo zdefiniujesz słowo wolność i będziesz się nią cieszyć jak male dziecko, każdego dnia.

    1. Autorka pisze: „Od ośmiu tygodni spotykam się co kilka dni z innym mężczyzną”. To z pewnością za krótko i być może za rzadko, żeby mówić o uzależnieniu.

  18. Ooo, jaki tekst mądry i dobry. Czyta się i się ciepło rozlewa po całym ciele. Że są ludzie tak normalnie szczerzy i mówiący otwarcie to, co chcą powiedzieć. Że są ludzie otwarcie skontaktowani ze swoją seksualnością, bez opakowywania jej w różową bibułkę ani bez nabożnego modlenia się do niej. No po prostu 🙂 Dzięki, ten tekst ubarwia i ogrzewa mi dzisiejszy dzień i pewnie wiele następnych:)
    Dzięki 🙂

  19. wypisz wymaluj moja przyjaciolka. nawet sadzilam ze to TY!!!
    ale to niemozliwe.
    uwielbiala seks przygody, rzniecie na maxa i miala ponad 50 partnerow w ciagu jednego roku.
    Dzis lezy na cmentarzu. Zachorowala na HIV – mimo zapewnien lekarzy ze z tym sie zyje – odeszla dokaldnie po 3 latach od diagnozy.
    Latasz z kwiatka na kwiatek, chwalac sie tym, ukrywasz olbrzymi kompleks i strasz sie go zakamuflowac blogiem, ale psychoterapia to dla Ciebie jedyne wyjscie. Stara kobieta na zalozenie rodziny, ale mloda na trumne.
    A to Ciebie czeka.

    1. Zachorować to można na AIDS, HIV jest nazwą wirusa, geniuszu. Wirusa, którego można naprawdę łatwo uniknąć, zabezpieczając się. Spuść z tonu z tą fałszywą troską o zdrowie Autorki, bo z kilometra widać, że jej erotyczne przygody wzbudziły jedynie twój kołtuński resentyment, a mówiąc kolokwialnie – ból d. Kto tu ma kompleksy..?

      Ponadto – to nie jest nawet blog Autorki.

  20. Od paru lat spotykamy się z innymi osobami na przygodny seks, z tą małą różnicą że jesteśmy parą. Jakoś razem doszliśmy do wniosku że będzie to fajny dodatek do naszego życia, bez zobowiązań. Polecamy wizyty w klubach, tam szybko można dostać to czego się chce – ponieważ niestety mamy podobne wrażenia co do „znikaczy” i szczerze powiedziawszy niekończące się rozmowy na chat nas zaczęły nudzić. Poza tym można trafić na „dobrą ekipę” i posmakować kilku (-nastu) facetów naraz, no i o wiele łatwiej znaleźć zainteresowane kobiety na seks bi 🙂

    Jedno jest pewne, na pewno to mocno zbliżyło nas do siebie… i da się robić to razem, w związku. Nasi znajomi dawno po rozwodach, a my nie mamy zamiaru tego zmieniać. Może nam się po prostu udało i się dobrze dobraliśmy, inaczej patrzymy na te sprawy. No i nie nazwalibyśmy tego „syf”, raczej dobra zabawa… taki pewien rodzaj masażu… 🙂

  21. Bardzo fajny tekst. Składnie i zrozumiale napisany. Przydałby się podobny z męskiej perspektywy. Wspomniany wcześniej komentarz o „gonieniu króliczka” w pewnym sensie oddaje to co chcę powiedzieć. Moje doświadczenia – Tinder w Polsce nie działa tak jak za granicą. Z tego co mi wiadomo a artykuł to potwierdza – Tinder powstał właśnie do umawiania się na szybki seks. Jest wola z dwóch stron więc nie ma co udawać. W Polsce (z moich doświadczeń) to kolejny portal randkowy lub kolejny łapacz pokemonów. 80% Pań szuka tu miłości i…nie wie gdzie się zarejestrowało! Jakaś pomyłka…albo potężna obłuda!

  22. Zmartwił mnie jedynie początek, to jak Autorka postrzega kobiety na takich portalach. Jakby ich chęć znalezienia nie jednorazowej przygody, a związku świadczyło, o jakimś ich problemie, braku wyzwolenia. Nie podobało mi się to, bo wpisuje się w nurt sex positive jako tego, który mówi free your sexuality, co od razu ma znaczyć, have sex as much as you can, a jest to sprzeczne z postrzeganiem wolności jako możliwości podejmowania decyzji o swoim ciele, taką to trochę pociągnęło wtopioną mizoginią.
    Ale nie wykluczam, że ja zwyczajnie jestem przewrażliwiona z tego powodu, że korzystam z tindera jako medium znalezienia jakiejś dłuższej relacji i seksu bez związku nie wyobrażam sobie bez poznania drugiej osoby, więc tą pierwszą część potraktowałam pewnie trochę jak osobisty przytyk, zamach na to jak ja widzę swoją kobiecą wolność.
    Ale tekst świetny, dużo mówi o naszej kulturze randkowania czy onsów.

  23. Zastanawia mnie – człowiek nie potrafi spojrzeć na drugiego człowieka jak na żyjącą istotę tak podobną – z uczuciami, pragnieniami, lękami – a jednak tak różną. Nie ucieszy się, że może obcować z pięknym indywiduum – potrafi obrazić, wyzwać od nienormalnych najdalej patrząc na czubek własnego nosa, nie wychodząc dalej, bo tam zboczeńcy czyhają i grzech. Zewsząd te utarte slogany i wzorce zachowań względem obu płci… Obudźcie się. Dziękuję za ten artykuł! Trochę szkoda, że nie używam Tindera w Warszawie 😉

  24. Fajny tekst. W jakiś sposób wyzwalający. Trochę podobne odczucie miałem po obejrzeniu filmu „Kinsey” (w roli głównej: Liam Nesson). Nawiązując do komentarza Joan.Zapa, ja czytam tutaj nie o „have as much sex as you can”, ale „as you want”. A z samym „wanting” jest problem, bo, jak się okazuje, nawet przyznać się przed sobą samym i otoczeniem (bliskim), że się czegoś chce – to bywa trudne.

    Chryste, przypomniało mi się, jak przed lewackimi i liberalnymi znajomymi musiałem się tłumaczyć z korzystania z Tindera tym, że „ostatnio zrobiła się to platforma do poznawania osób, niekoniecznie tylko na seks”. I okej, może i tak jest, ale to nie znaczy, że moją intencją nie było poznanie kogoś na jedną noc.

    I piszę to jako mężczyzna – strasznie wstyd byłoby wprost określić takie moje oczekiwania. Obawiałbym się postawienia w jednym szeregu z maczystami, których nie znoszę również osobiście. Dystansując się od nich, sam zdystansowałem się również od seksu sauté.

    Zresztą sam Tindera używam nie tylko z zamiarem ONS (który chyba najwyraźniej musi być mnie zaproponowany, bo sam obawiam się wyjść z taką propozycją): może być seks, ale może być też po prostu przyjaźń. Why not. Obu tych rzeczy mi brakuje.

    1. Okej, ale czemu zakładamy, że kobieta z którą rozmawiam przez tindera tego seksu nie chce, bo przez wychowanie i społeczeństwo go sobie odmawia, a nie zakładamy, że tego nie chce, bo próbowała i nie lubi tego, albo inaczej widzi radość z seksu?Dlaczego na tle tej „niewyzwolonej panny” nadbudowujemy wartość tych wyzwolonych, które lubią i doceniają seks w taki sposób jaki przez społeczeństwo jest postrzegany jako „męski”?

  25. Dziekuje za artykul, bylo dla mnie bardzo cenne,ze moglam go przeczytac. Byl o Tobie,ale tez troche o mnie. Wiem jak to jest,kiedy nie jest sie w stanie przyzwyczaic do stalosci i jest sie w duzej mierze swiadoma-dlaczego, a mimo to nadal nie jest sie w stanie stworzyc nic stabilnego. Wiem, jak to jest,kiedy latami „pracuje ” sie nad soba i oglada sie inne,byc moze latwiejsze zycia. Sciskam Cie mocno i pozdrawiam.

  26. Pierwszy raz przeczytałam tak długi artykuł w Internecie. Z otwartą buzią. Z zaciekawieniem. Lekkim zmieszaniem. Trochę pogardą. Trochę zazdrością. Ciekawe to było doświadczenie. Dziekuję.

  27. Ciekawy artykuł, bardzo lubię słuchać o doświadczeniach innych. Dzięki temu mogę wyciągać wnioski i uczyć się jak być samemu ciekawszym, lepszym, poznawać czyjś punkt widzenia i rozszerzać o niego mój światopogląd. Nie oceniam i nie stawiam diagnoz, nie mam ku temu żadnych uprawnień, medycyny nie konczylem 😉 niech każdy robi to co czuje ze mu da radość. Ja wiem co mi daje.

  28. Trochę życia już przeżyłam, w sferze seksu znacznie spokojniej od autorki, ale nie ubogo:). Nie umawiałam się nigdy na seks przez Internet. Ale w większości spostrzeżenia mam prawie te same. Świetny artykuł! Od razu miałabym ochotę się zaprzyjaźnić się z autorką, by pogadać z Nią o też innych sprawach.

  29. Wreszcie ktoś zwrócił uwagę na podwójną moralność: inna dla mężczyzn a inna dla kobiet. Niestety takimi stereotypami myśli przeciętny Polak i Polka. A tak dużo ostatnio słyszy się o parytetach, równouprawnieniu płci … to niestety ciągle są puste słowa. Życzę powodzenia Zuzanno Kowner. Niech Twoje słowa choć trochę oddala nas oz dulszczyzny zaścianka.

  30. Pozwolę sobie pominąć całą kwestię seksu i seksualności, bo z mojej perspektywy ta tutaj opisana to kwestia gustu. I jakoś mnie szczególnie nie gorszy, ani nie podnieca. 😉

    Natomiast rozbawił mnie brak konsekwencji. Niby „Nie mam współczucia dla tych mężczyzn, czemu oni tego nie rozumieją?! Patriarchat, hurr durr”, ale jak już któryś przyjmował to do wiadomości i również nie ukrywał braku współczucia dla autorki tekstu, to „Jak oni mogą być tak samolubni?! Patriarchat, hurr durr”. No naprawdę? :v

  31. Szkoda, że autorka nie widzi swojego przywileju jako kobieta w wybieraniu partnerów seksualnych. Ta recenzja mężczyzn, których odrzuciła z różnych powodów, nie tylko że okrutna ale jest też bardzo krótkowzroczna. Zresztą jeśli nie jestes w top 5% najbardziej atrakcyjnie wyglądających gości, to nie masz szans na tego typu styl życia. Albo wiąże się to z dużą ilością upokarzających sytuacji. Więc chłopcy idą w romantyzm i inteligencką „dystynkcję”. itd. itp.

  32. Przepraszam, chodziło mi o komentarz użytkownika „Max napisał(a):
    14 grudnia 2016 o 11:06 ” – już nie spamuję!

    „to na kobiety, które otwarcie przyznają się, że lubią seks, patrzy się raczej z sympatią. A facet? Facet to świnia z definicji, „faceci myślą tylko o jednym” – to wyświechtany frazes i atak. Żaden facet nie może sobie pozwolić na to, aby się przyznać, ze myśli tylko o jednym. ”

    Ja osobiście z Tinderem mam też takie doświadczenia, że moje znajome, raczej z inteligencko-lewicowej bańki, otwierały apkę w sytuacji towarzyskiej i rechotały z kolesi. Myślę, że wielu mężczyzn ma takie doswiadczenia. Gdy masz świadomość, jak łatwo jest się ośmieszyć, wtedy idziesz właśnie w zdjęcia na tle książek itd.

    1. Ale co Ty, taka wyrozumiałość dla mężczyzn? Przejmować wolno się tylko biednymi zopresjonowanymi kobietami! „Patriarchat, hurr durr!”, że zacytuję osobę nad nami.

      Spotkałam się w życiu z taką mnogością seksualnych zachowań – i wiem, że spotkam, jako przyszła sex coach – że od bardzo dawna staram się patrzeć na mężczyzn sercem, a nie szkiełkiem i okiem. Na kobiety nie umiem, za mało we mnie biseksualnego pierwiastka.
      Naprawdę strasznie mi było smutno, czytając ten pojazd po facetach. Równocześnie staram się wierzyć, że wynika on z braku doświadczenia erotycznego autorki (kilkanaście czy dwadzieścia kilka „onsów” trudno nazwać doświadczeniem) i wnoszenia w kontekst seksualny kontekst badawczy, który tutaj pasuje jak pięść do oka.

      1. Przyszła coach seksualna ktora komus wytyka male doswiadczenie. Śmiechłam doprawdy. To jeden z glupszych komentarzy jakie przeczytalam w zyciu w internecie. Nie wierze… 20 lat korzystania z neta a wciaz spotykam takie cuda.

  33. Autorka tego zbyt długiego wywodu rozczarowała się kobietami z Tindera. A co ja mam powiedzieć? Po roku korzystania z aplikacji miałem tylko dwa spotkania – oba nieudane. Większość kobiet nie chce słuchać o seksie – nie rozumieją do czego służy aplikacja, inne nie chcą się spotkać, jeszcze inne wcale nie odpisują, pozostałe mają w profilu „zaimponuj mi” – postawa roszczeniowa jakby o to tutaj chodziło. Dla mnie, mężczyzny z 40 wiosnami na karku Tinder jest bezużyteczny.

  34. Tinder to dobre narzędzie, aby praktykować relacje, czy seksulane, czy towarzyskie, czy też poznawcze. Może to być krok aby oddalić od siebie samotność, i zwyczajnie z kimś pobyć. Czy musi być to od razu wielka milość? Niekoniecznie 😉

  35. To jeden z lepszych artykułów jakie czytałem od lat. Prawda o polskim społeczeństwie, o tragedii polskich mężczyzn. Język wspaniały! Na końcu było mi smutno, że się skończyło. To jest super materiał na książkę

  36. Opisane typy mężczyzn nie wydają mi się specjalnie odkrywcze, ale może faktycznie nikt jeszcze tego nie zrobił w ten sposób i komuś się to przyda.
    Oczywiście dobrze, że ktoś miał odwagę coś takiego napisać, ponieważ cholernie wkurzające jest przekonanie, że jak kobieta uprawia przygodny seks to od razu jest kurwą. Jednakże nie zgadzam się z praktykowaniem tego z żonatymi mężczyznami. Dopóki dwie strony wiedzą na czym stoją, wszystko jest oczywiście w porządku. Dwie wolne osoby. Wiedząc, że ktoś jest żonaty/zamężny i wchodzenie z nim w taką totalnie przygodną relacje jest już wg mnie niemoralne. Okej, pewnie ta zdradzająca osoba i tak zrobi to z kimś innym ale po co brać w tym udział? Może gdyby było mniej chętnych na coś takiego to byłoby też mniej zdrad. Nie chciałabym znaleźć się na miejscu zdradzanej kobiety.

  37. Utożsamiam się z tymi wypowiedziami. Myślałam aby spisać moje tinderowe przygody, opisać ludzi jakich poznałam. Może się do tego zabiorę. Aktualnie tinder usunięty. Świetny artykuł

  38. Niesamowity i fascynujący tekst …. no i samo doświadczenie … hmmmmmmm … na razie nie wiem co powiedzieć. Muszę to przemyśleć. W każdym razie gratuluję autorce odwagi 🙂

  39. a nie lepiej było szukać na zbiorniku? odwagę masz i szczęści żę Cię nikt nie udusił i zgwałcił, jak pewną amerykankę niedawno która szukała przygód na Tinder

  40. „Wolność, by się nie angażować, okazała się dobrobytem. Wolność od pracy emocjonalnej. Od zgadywania czyichś stanów i potrzeb, ubierania ich w słowa, prób wychodzenia im na przeciw.” Zmieściłoby się to wszystko w jednym słowie – egoizm. Do którego każdy ma prawo, ale spośród osób, które wybrały tę „wolność” nie znam nikogo, kto na starość by tego nie żałował. W pustym domu. Smutna prawda jest taka, że osoby wychowane w zdrowo funkcjonujących rodzinach, zwłaszcza tam, gdzie było więcej rodzeństwa, nie mają z tym zgadywaniem i tą pracą większych problemów, przychodzi im to dość naturalnie. Zdziwiłyby się pewnie traktowaniem tego w kategoriach „pracy”. Bo też i całe nasze życie jest tym „zgadywaniem, nie tylko związki”. Nie jest to akurat bezpośredni zarzut do autorki, bo nie znam jej biografii – ot, luźna obserwacja.

    „Od pielęgnowania relacji niczym grządki w ogródku, czego nauczone są kobiety, mężczyźni nauczeni są zaś, że „samo się zrobi”.” Paskudna generalizacja, może po prostu autorka trafiała na niedojrzałych troglodytów (nawet jeśli ukryci byli pod płaszczykami inteligentów)? Ale nawet jeśli tak, to nie powód jeszcze, by zacząć naśladować zachowania, które samemu się krytykuje. A swoboda mówienia czego się chce? Odzyskane poczucie atrakcyjności? Wszystko to ważne, ale sprawia, że tekst staje się projekcją lęków i kompleksów autorki. I to też nie zarzut, bo każdy z nas ma jakieś lęki i kompleksy. Ale przerażające jest i źle świadczy o nas jako społeczeństwie, jak wiele kobiet się z tym utożsamia.

    1. Paskudna generalizacja – raczej realne spojrzenie na życie a nie generalizacja. Lubię mężczyz, jestem umiarkowaną feministką, jestem za podziałem obowiązków na „męskie” i „żeńskie”, dobrze się czuję w roli „miękkiej” kobiety, miałam i mam bogate życie… i zgadzam się z 99% tego tekstu. A „społeczeństwo”? – – niby XXI wiek a spójrzmy wokół…. te wszystkie reklamy, bilbordy, głupawe komedie… na jakim skrawku równouprawnienia i postrzegania stawiają kobiety? Ktoś wyżej napisał slogan: „faceci to świnie” jedyny jaki mi przychodzi na myśl… na drugiej szali dziesiątki o „blondynce”… smutne… i ciągle realne.
      Co do egoizmu… Ci mężczyźni po których sięgała nawet się z tym egoizmem nie kryją.
      Z odzyskiwaniem atrakcyjności i mówieniem tego co myślę i chcę, zmagam się cały czas… lęki i kompleksy jak każdemu towarzyszą mi ciągle – choć postrzegana jestem jako silna, pewna siebie i atrakcyjna kobieta

      1. Z tą atrakcyjnością u kobiet to jest tak, że bardzo łatwo aby kobieta była atrakcyjna, tzn przyciągala seksualnie. Z jednej strony, napalony facet wyładuje się za pomocą wszystkiego co się rusza – nawet swojej ręki 😉 (co jednak stawia w złym świetle również kobiety). Z drugiej strony, przy obecnym stanie zdrowia ludzi – chemią spożywczą zrobiła nas karykatury ludzi – wszyscy mają problemy skórne, nadwagę, itd – więc mamy bardzo niskie progi co do tego, kto jest aktrakcyjny. W zasadzie, wysatrczy, że kobieta odkrywa ciało – tzn pokazuje się że jest dostępna seksualnie, a facet już klasyfikuje ja jako obiekt do wyładowania się. Od strony kobiet nie wiem jak to jest, ale jeżeli potrafią spać z opasłymi samcami o szarym kolorycie skóry i mówiąc, że ich partnerzy dobrze wyglądają, to pojęcie atrakcyjności ma się tak samo jak u mężczyzn

  41. taką wiedzę – ciekawą, ciekawie opisaną choć w sumie powierzchowną – można zdobyć ze zwykłej obserwacji i studiów w oparciu o zwykłe doświadczenie czterdziestoletniego zaangażowanego życia i mam nadzieję, że to Autorce wystarczyło i że opis twiterowych przygód jest wirtualny czyli wyuzdane kurestwo nie było w użyciu…

  42. Supertekst dojrzałej i świadomej siebie oraz swoich potrzeb osoby o niewątpliwym talencie pisarskim. Proszę o więcej.

    Część komentarzy wyżej tylko potwierdza tezy Autorki, nic dodać ani ująć.

  43. Zaliczylam podobne doswiadczenie tylko w malej liczbie facetow. I nie przez tinder a sex czaty. Moje refleksje sa podobne do autorki tekstu. Doskonale ja rozumiem. Nue chcialam romansow z zonatymi.ale jestem pewna ze czesc facetow przed takimi spotkaniami zdejmuje obraczke i po problemie. To jest prosta sytuacja sa lydzie ktorzy potrzebuja seksu, fizycznej bliskości jako potrzeby ciala.a caly majdan w postaci randek zwiazkow codziennego darcia kotow o wszystko jest zbednym balastem. Bardzo fajny introspektywny tekst ale mowi bardzo duzo i bardzo szczerze o nas wszystkich, mezczyznach, kobietach

  44. Zaczynam rozumieć reakcje znajomych w stałych związkach – tekst wzbudza we mnie niepokój i ciekawość, a przecież jestem w bardzo satysfakcjonującym stałym związku i nawet przez moment nie chce pomysleć o tym, ze mogłabym eksperymentować 😉

    Kulturę gwałtu pamietam raczej z czasów, kiedy udawałam heteryczke, czyli około 20 lat temu, to smutne, ze tak niewiele sie zmieniło.

    Moje obecne doświadczenia bardziej związane sa z tańcem niż seksem – mężczyźni bez względu na własne umiejętności zawsze chcą prowadzić, a na propozycje, ze ja poprowadzę reagują niechętnie, zdziwieniem czy żartem – tylko inni mężczyźni mogą ich poprowadzić i tylko w sytuacji zamkniętego kursu tańca 🙂

    Przeczytalam wszystko – dziekuje za otwartość i szczerość.

  45. Witaj autorko, piszę z nadzieją, że czytasz komentarze.
    Jest niewiele kobiet, które nie boją się pisać/mówić co myślą w kontekście one-night stand, jeżeli jesteś zainteresowana poznaniem podobnego stanu umysłu jak Twój to zapraszam (w razie chęci kontaktu aktorki z moją osobą proszę o udostępnienie mojego emalia 🙂

  46. Dobrze napisane. Brzmi troszke jak reklama Tindera:) (puki co ja nie uzywam) Mam nadzieje ze dostaniesz od nich jakas kase:) Ciekawa analiza…typow meskich…hehe odnalazlem sie w grupie „pseudo intelektualistow z kapleksami”: )Moze brak tego co bedzie w przyszlosci? Czy powrot do stalych zwiazkow? Czy jeszcze trszke tak? Jak mniemam wiele rzeczy w naszym zyciu przychdza jak fale -etapami wlasnie – ciekaw jestem co bedzie dalej. No i coz…powdznia:) Cokolwiek ostatecznie tam szukasz. P.

  47. Artykul trochę zalatuje potrzeba nadrobienia kobiecej potrzeby bycia strazniczna zasad moralnych (czy jak to tam nazwac). Wiec mamy tutaj kobiete, ktora zaniedbala ten aspekt (brak rodziny) i ktora musi sie usprawiedliwic. Chce pokazać ze jednak jest przydatna w spoleczenstwie – daje mezczyznom przyjemnosc ale robi to po to aby usprawiedliwic swoje braki – aby zebrac dowody na to, ze to wina facetow bo sa tscy jak opisani w artykule.

    Tinder i inne wirtualne miejsca randkowe (sympatia, badoo, itp) sa skupiskami glownie wybrednych ludzi i nieogarnietych ludzi. Pierwsze osoby to takie ktore maja wysokie mniemanie o sobie (sluszalnie lub nieslusznie), drugie to takie ktore np. niezbyt dobrze radza sobie w interakcjach spolecznych. Nie dziwi mnie zatem tresc tego artykulu. Autorka trafiala wlasnie na krolewiczow albo mistrzow gaf. Trafiala na nich poniewaz nie grala fair. Gralaby gdyby wybierala profile ktore jasno wskazuja, ze chodzi tylko o sex – takich profili jest malo, poniewaz tinder to jedna z apek randkowych, a nie np. Erodate.

  48. Wydaje mi sie ze Robert moze miec troche racji w tym, ze tekst jest zmyślony. Bo jak 38letni pracownik naukowy moze tak plytko postrzegac rzeczywistośc? Wiekszosc wnioskow jest na poziomie pretensjonalnej 16latki… moze autorka ma az takie braki w interakcjach spolecznych… brak wlasnej rodziny plus wspomonanie o chodzeniu na jakas terapie.

    tak jak napisalem wcześniej, tinder jest wlasnie dla takich ludzi. Czlowiek ktory wie jak komunikowac sie z ludzmi, wie tez z kim sie komunikowac, wiec nie inicjowalby sytuacji opisanych w artykule – nawet jezeli dziala na tinderze, badoo czy sympatii.

    Dla uratowania honoru autorki, mozliwe ze specjalnie weszla na poziom czytelnika super exspresu (bez obrazy – po prostu nie wiem co teraz kest na rynku) aby spojrzec na swiat jego oczami. Robert, mozesz miec rację. Światopogląd autorki jest zbyt prosty jak na 38 letnia intelektualistke,o ilento wzbudzilo Twoje podejrzenia.

    1. Eh glupoty. Przeciez intelekt a sfera emocji to co innego. Np Eistein choc geniusz potrfil udezyc zone. Dostjewski przepic wsztskie pinadze, Maria Curi skadowska byla tak nie smiala ze nawet jak juz miala nobla byla brana za sprzataczke. To ze jest ktos intektuanie rozwinty nie znaczy ze wsztsko wie o interakcjach. My sie ich ciagle uczymy. A skoro ty Tomek trdzisz ze wiesz jak pownny byc gebokie relacjie – opisz je- sprawdzimy.

  49. Przyszedłem do sekcji komentarzy żeby poczytać jakież to idiotyzmy wypisywać będą komentujący mężczyźni i w ogóle się nie zawiodłem. Pełne bingo: że frustracja, feminazim, #notallmen, że fejk.

    1. Michael, autorka zagrala w dosyc niebezpieczna gre. Obrazujac, tak jakby znalazla grupę osob lubiacych fast foody, dawala im kupony do roznych restauracji, a potem napisala żaltykuł, o tym ze ta grupa wybierala restauracje fast food…

  50. Dziękuje Pani za ten tekst. Raz: brzydzi mnie próba porządkowania cudzego (lub porządkowania z zewnątrz) życia seksualnego, Pani nie podlega temu porządkowaniu i to mi odpowiada, daje nadzieję, że ktoś może się temu wymknąć. Współczuję, że to wiąże się z bólem różnego rodzaju, ale dalej uważam, że tekst który pani napisała, opierając (tak sądzę) na własnych doświadczeniach jest mi pomocny. W życiu, pociesza mnie.

    Prowadzę na wiele sposób złe życie seksualne, głównie z mojej winy. Błędy które pani wykazuje facetom są dla mnie pouczające. Zwłaszcza przyklejanie do seksu różnych rzeczy (dowartościowania się, powielania dominacji itd). Ale także bycie w seksie takim egoistą, że staje się w sumie mniej kimś, a bardziej pasożytem. Proszę się nie martwić tym, że użyłem słów „zło” i „błąd”. Nawet jeśli nie miała Pani intencji skierowywania czyichś myśli w kierunku błędów i zła, mnie akurat to przynosi korzyć, takie to błędy i zło.

    Przemiłej reszty życia, dziękuję jeszcze raz.

  51. Wpis oczywiście przeczytałam jednym tchem. Ta analiza sprawiła mi nieukrywaną, sadystyczną wręcz radość – wbijanie mężczyznom szpilek, obnażanie ich słabości, pokazanie, jak fatalnie się komunikują lub nie potrafią komunikować się wcale. I to nie tak, że żywię jakąś urazę do mężczyzn. Ja się tylko brzydzę stereotypami, tymi dotyczącymi seksualności, które sami tworzą, chyba najbardziej.

    Oczywiście, problemy z komunikają, to nie problem tylko i wyłącznie brzydszej płci. Jak sama zauważyłaś, z kobietami często się fatalnie „flirtuje”. Nie wiedzą czego chcą, „bawią się w kotka i myszkę”. Dlatego dobrze jest przeczytać tekst kogoś, kto wie czego chce i dlaczego. Dobrze jest przeczytać o kobiecie, która nie czerwieni się na widok słowa „seks” oraz „tylko seks”.

    Życzę wielu dobrych emocji.

    Ps. Niektóre komentarze pod tym wpisem pięknie pokazują jak fatalne panuje podejście do seksualności człowieka w polskim społeczeństwie…

    1. Tinder i inne randkowe miejsca w przestrzeni wirtualnej to taka kawiarnia dla niechcianych singli. To kobiety, których wygląd lub charakter lub sytuacja życiowa (najczęściej bycie samotną matką) nie przyciąga żadnych adoratorów. To mężczyźni, których stan majątkowy lub charakter lub sytuacja życiowa (dziecko z inną) nie pozwala na adorowanie kobiet. Normalni ludzie mają rodziny i dalej idą przez kolejne etapy życia. Jeżeli przeczytałaś artykuł jednym tchem, to rozumiem, że w pewmym stopniu utożsamiasz się z nami niechcianymi singlami. Proszę zachowaj dla siebie odrobinę szacunku.

      1. Nigdy nie miałam Tindera, więc nie wiem jacy tam ludzie bywają. Ty masz? Bawiłeś się w ten sposób? Umawiałeś się? Czy bazujesz tylko na domysłach? Twoja diagnoza co do mojej osoby i pseudopsychologiczna analiza jest niestety nietrafiona 😉 Inna sprawa jest taka – czy jeśli czytasz thriller albo horror jednym tchem, to znaczy, że utożsamiasz się z psychopatycznymi zabójcami? 🙂
        P.s. Normalni ludzie robią to, co uważają za słuszne dla siebie.

        1. Zaatakowałem Cię za „dobrze jest przeczytać tekst kogoś, kto wie czego chce i dlaczego.” Problem w tym, że ten tekst taki nie jest. Po pierwsze, tinder to aplikacja randkowa, a nie sex randkowa. Są w Polsce miejsca, gdzie można spotykać się na sex randki (w jednym z poprzednich komentarzy wymieniłem jej nazwę). Po drugie, z racji tego, że randkuję online ponad dwa lata, z czego najintensywniej na Tinderze, to mogę z całą pewnością stwierdzić, że to właśnie miejsce dla „niechcianych”, czy nieumiejących randkować. Więc, wracając do tematu, autorka artykułu wbija się do dla kawiarni dla singli ze specjalnymi potrzebami (dwa lata obserwacji vs. ?miesiac obserwacji autorki) oczekując, że jest to dom publiczny pełen 30-40 singli z porządkiem w papierach.

          Podsumowując, artykuł mnie wkurzył, bo autorka gra na stereotypach. Oczekuje od grupy kulturystów, że będą się z nią bić (odnoszę się do stereotypu, że kulturysta to jednocześnie fighter), a następnie wypisuje jacy to są beznadziejni w biciu się.

          1. Autorka gra na stereotypie, że Tinder to aplikacja sex randkowa.

            Wg mnie, artykuł jest prawdziwy, bo opisuje też jak ja się zachowywałem na początku mojej randkowej przygody. Zachowywałem się tak, ponieważ nie znałem zasad waszej gry (zasady randkowania należą do kobiet,ponieważ to wy decydujecie, czy druga strona wygra, czy nie). Nauczyłem się z różnych książek i podręczników jak randkować. Nauczyłem się tego tak dobrze, że mógłbym pisać długie komentarze o tym jak beznadziejnie kobiety randkują, gdy tego nie potrafią.

            Zmieniam zdanie. Tinder tonie kawiarnia dla niechcianych singli, tylko dla uczących się randkować i niechcianych singli 🙂

  52. Bardzo fajnie mi się ten tekst czytało. Jestem raczej człowiekiem, który nie ocenia i akceptuje ludzkie wybory bez problemu, więc sytuacje opisane wyżej mnie ani nie szokują, ani nie fascynują. Po prostu wydały mi się interesujące.

    Jeden wątek wzbudza we mnie jednak poczucie wyraźnej niespójności:
    Bo najpierw piszesz tak:
    „Najczęściej podczas takiego seksu nie mam orgazmu, ale do niego nie dążę [..] Udaję orgazm, żeby mieć ich z głowy”
    A zaraz potem tak:
    „Tinder to dla mnie szkoła dbania o własne potrzeby, komunikowania ich. Co trudne, bo jako kobieta zostałam nauczona czegoś wręcz przeciwnego.”

    Eeee, czy tylko ja widzę tu jakąś sprzeczność?

    I tak wiem, że to nie orgazm jest najważniejszy, że większość osób jest w stanie sobie samodzielnie zaserwować orgazm w ciągu 2 minut i że przyjemność z seksu to też ciało+ciało i wszystko to, co się wydarza między rozpoczęciem seksu a orgazmem, no ale sorry.

  53. Przeraza mnie niestabilność tzw wyzwolonych kobiet. Przecież ten cały text, jest niczym innym jak sprowadzaniem życia i roli człowieka, wyłącznie do zaspokajania swoich potrzeb. Szukanie na siły niczego, no może pustego i bezowocnego życia. Niestety problem tej kobiety, jest spowowany tym, że my Faceci kompletnie nie spełniamy swojej misji, a nasza egzystencja ma przetrącony kark. Sprowadza się to głównie do komfortu życia, gdzie coraz częściej, nie możemy sobie ma coś tak coraz bardziej egzotycznego pozwolić. I na tym bym zakończył gdyż reszta mojej wypowiedzi sprowadzała by się głównie do lewackiej polityki, czego w tym artykule a jest aż nadto…..

  54. Świetnie i inteligentnie napisane. Doskonale się czyta. Dla mnie o tyle ciekawe, że od zawsze mam bardzo zachowawczy stosunek do poznawania ludzi w sieci. Wydawało mi się to uwłaczające i z braku lepszego określenia – frajerskie. Mam nadzieję, że jesteś wyjątkiem jeśli chodzi o kobiety. I nie chodzi mi o wspomnianą inteligencję, a o podejście do życia. Preferuję kontakt osobisty, bo nawet jeśli w grę wchodzi jedynie seks (czyli pomijamy uwodzenie czy flirt) to też potrzebna jest iskra miedzy ludźmi. Pomimo, iż piszesz o czułości, dla mnie to zwykłe parzenie się. Jest to dla mnie odarte z kobiecości i ciężko mi o szacunek dla tego typu postaw. Nie mam też szacunku dla mężczyzn tak podchodzących do życia. Możesz mnie nazwać szowinistą z XIX wieku, ale w moich oczach takie kobiety wyglądają jeszcze gorzej niż mężczyźni. Nie chcę Cię obrazić ale uświadomić, że możesz być w przyszłości czyjąś matką czy żoną. Może nie pasuję do dzisiejszych czasów, ale nachalne, zbyt odważne kobiety zawsze mnie odrzucały. Pewno jakiś psycholog powie, że boję się dominacji silnych kobiet i to ja chcę mieć inicjatywę. Pewno coś w tym jest lecz brakuje mi w takim zachowaniu miejsca na urok osobisty. Oczywiście skrajna postawa cnotki jest równie nieinteresująca, dobra i nieschematyczna w łóżku dziewczyna zdecydowanie na tak, tyle że nie dla wszystkich w mieście. Piszesz, że miałaś zasady i że je złamałaś, jednak nie brzmi to jak wyznanie, ale jak wytłumaczenie. Bagatelizujesz zasady i z jednej strony może po latach je docenisz, ale z drugiej strony byłoby to okropne doświadczenie – gigantyczny kac moralny. Co ciekawe lektura dała mi jednak do myślenia i chyba się paru rzeczy z niej nauczyłem.

  55. przeczytałem i się nawet trochę podnieciłem 😛

    przypomina mi to moją pierwsza dziewczynę. z którą spotykałem się przez rok,
    najpierw głównie na seks a potem już tylko na seks.

    było to finezyjne jak jedzenie nutelli ze słoika.

  56. Czy autorka myślała o jakiejś poważnej terapii w zamkniętym ośrodku? Tyle sprzeczności i rozbieżnych potrzeba w jednym człowieku rzadko sie spotyka

    1. Aby bawić się w takie zabawy, trzeba myśleć bardzo niestandardowo. Jeżeli nie rozumiesz czegoś, to nie atakuj tego. Tekst jest bardzo prawdziwy. Siedze już na Tinderze (i to wcale nie grzecznie) z dwa lata, to wiem.

  57. Ciekawie, poczytać o twoim punkcie widzenia, bo jest on niemal kompletnie inny od mojego. I to jest spoko, bo ludzie mają różne potrzeby. Niby o tym wiem, a wciąż fenomenem jest dla mnie fakt, że kogoś spotkania na jedną noc mogą satysfakcjonować bardziej, niż seks ze stałym partnerem. To znaczy ja rozumiem, że tak jest, a mimo to mnie to zadziwia. Bo ja mam inaczej.
    Nie chcę cię oceniać, sama używałam Tindera, choć nie potrafiłam tak dokładnie sprecyzować swoich oczekiwań.
    I wszystko byłoby w porządku, tylko dlaczego w ostatnim fragmencie wpisu przemawia przez ciebie jakaś gorycz? Czy tylko ja mam wrażenie, że nie tyle chodzi o przygodne kontakty na jedną noc, co o znalezienie tego idealnego, pewnego i stałego, który nie zawiedzie, ale z którym seks nie będzie smutnym obowiązkiem?
    Popraw mnie, jeśli się mylę, ale opisana rozpacz po wyjściu właściciela czarnej skarpetki to taka rysa na twojej kreacji wolnej, wyzwolonej kobiety, odrzuceniu konwenansów i próbie pójścia za własnymi pragnieniami.

  58. Tinder potrafi obniżyć poczucie wartości.

    Kobiety żyją w przeświadczeniu, że wystarczy, że poproszą faceta o to aby poszedł z nimi do łóżka, to zrobi to.

    No i mamy tutaj sytuację, w której kobieta przekonuje się o tym, że w cale nie ma takiej władzy.

    Więc aby nie dopuścić do świadomości faktu, że wartościowe profile nie są mną zainteresowane, autorka postanawia za wszelką cenę udowodnić sobie, że ma wartość.

    Wybiera więc profile facetów o niskiej wartości (w sumie one je wybierają – tylko te je matchuja), i pokazuje, że ma nad nimi władzę – kartę przetargowa w postaci sexu.

    A na koniec postanawia wykpić te profile za ich niską wartość.

    To trochę tak jakby pójść na forum właścicieli firm samemu nie mając firmy. Kiedy właściwie firm nie chcą z nami gadać, to my gadamy z innymi niewlascicielami pod pretekstem tego, ze mamy kapitał na założenie firmy a potem kpimy z tych ludzi, że nie mają biznesplanów itp.

    Innymi słowy, ten artykuł to klasyczne ratowanie swojej twarzy. Wartościowi (możesz sobie mówić, że tak nie było, ale prawda jest taka, że autorka jest starsza mało atrakcyjna kobieta – po prostu nisko na rynku randkowym) ludzie mnie autorki nie wybierają, więc odegram się na niewartosciowych, bo mam jakąś tam kartę przetargowa – propozycje sexu – co nie jesteśmy jest czymś wielkim, bo żyjemy w społeczeństwie ludzi o zniszczonych ciałach od chemii spożywczej i używek.

  59. Tinder niszczy pewność siebie kobiet – „ten mnie nie wybrał?” „ten nie odzywa się?” „Ten mnie bez powodu skasował?” – każda kobieta, która była na tinderze musiała mieć takie myśli.

    Aby mieć fajne matche, tzn. połączenia z wartościowymi ludźmi, samemu trzeba być wartościowym… Niestety tinder obnaża smutną prawdę – kobieta musi mieć piękno, facet musi mieć kasę (oboje oprócz innych cech).

    No i mamy tutaj kobietę bez piekna, która nie ma przez to dostępu do wartościowych facetów. (Myslisz, że zadbany, ulozony, wykształcony facet będzie chciał być z brzydką? Są takie przypadki, ale rzaaadko)

    Więc ta kobieta za wszelką cenę próbuje udowodnić sobie, że ma wartość – że może wpływać na ludzi – rządzić nimi.

    Z tego co dostaje, czyli facetów o niskiej wartości robi pośmiewisko. Pośmiewisko z tego że nie radzą sobie (tak jak autorka zresztą) w życiu (mają niską wartość)

  60. Co byście nie pisały w opisach (na tinderze) zakładacie na nim profil aby znaleźć swojego księcia, który będzie was kochać za to że istniejecie. Faceci w sumie mają to samo podejście.

    No i mamy tutaj przykład 40letniej maloatrakcyjnej kobiety, której magia tindera -czy mnie on/ona zmatchuje” utoksycznila umysł.

    Autorka nagle się przekonuje, że ma bardzo niską wartość na rynku randkowym. Ale że jest pracownikiem naukowym, i codziennie na dwóch wykładach przekonuje się o swojej wyższości przekazując wiedzę teoretyczną,która nie ma pokrycia w praktyce, stwierdza że to z ludźmi musi być coś nie tak.

    Uznaję że opiszę jaka jest rzeczywistość. Nie wiedząc że opisuje tym samym swoją rzeczywistość – matche wśród których się obraca – czyli matche z samcami beta.

    Autorki, zmień dietę, zacznij chodzić na siłownię i za min 5 lat (tyle realnie będzie trwało przywracanie twojej urody) załóż sobie tindera i opisz jacy są faceci z wyższej półki, czyli jakieś 10% tindera – to będzie wyczyn.

  61. wpisuję kolejny komentarz, bo dostaję powiadomienia o coraz to nowych, które podczytuję z ciekawości takiej, jaką ma się oglądając za siebie wstając z sedesu. Autorko, tytułowy „cały syf świata” to, moim zdaniem, te pierdolone komentarze. jeszcze raz wielki szacunek za ten tekst, nie wiem jak się stopniuje szacunek za taką odwagę, ale jeśli przez skalę 1-10, to masz u mnie 12.

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: