emilia obrzut (rozmowa): moc społeczności

DSCF1194_f

AGATA ZBOROWSKA: W ramach Festiwalu Sztuk FORMA im. Wojciecha Zamecznika tworzysz witrynę księgarni NIKE przy ulicy Puławskiej. Czy książka jest wdzięczną materią do zaprojektowania sklepowej witryny?

EMILIA OBRZUT: Witryna księgarni jest największą witryną tego festiwalu, bo ma ponad dwa metry wysokości i siedem długości. Jest gigantyczna. Przy projekcie współpracuję z pracownią Modullar i Michałem Sosnowskim – architektami i wykonawcą, bo bez nich nie dałabym rady zaaranżować witryny. Skupiliśmy się nie na książce jako medium, ale na księgarni, czyli konkretnym miejscu, które ta witryna ma reklamować.

W Festiwalu najbardziej interesujące jest to, że każdy z artystów zainspirował się innym aspektem twórczości Wojciecha Zamecznika. Ja jestem projektantem graficznym, głównie projektantem realizacji interaktywnych. W tej pracy bardzo ważnym zagadnieniem jest użyteczność i to, jak elastyczny jest projekt dla różnych odbiorców i zmiennych warunków interakcji z nim. Mocno odniosłyśmy się [mowa o Ewelinie Pik, z którą Emilia Obrzut współpracowała] do twórczości samego Zamecznika, który bardzo często tworzył projekty reklamowe – projektował okładki, plakaty. Jego twórczość była nośnikiem treści reklamowych, więc stwierdziłyśmy, że chciałybyśmy, aby witryna nadal spełniała te funkcje. Zwłaszcza że w okresie przedświątecznym właścicielom księgarni zależało na tym, aby wyeksponować aspekt reklamowy witryny.

 

Witryna Emilii Obrzut dla Księgarni NIKE przy ulicy Puławskiej 11 w Warszawie

 

AZ: Czy każdy z artystów i artystek wybierał-a własną witrynę?

EO: Nie, witryny zostały nam poniekąd przydzielone, ale nawet ucieszyłam się z tego, co dostałam. Miejsce, w którym znajduje się witryna księgarni NIKE, to typowe nie-miejsce, miejsce przepływu. To ciąg przy ulicy Puławskiej. Bardzo fajne miejsce dla kogoś, kto zajmuje się projektowaniem instalacji interaktywnych, taki projektant jest przyzwyczajony do tego, że nie ma kontroli nad tym, w jaki sposób jego projekt/dzieło jest odbierany, ponieważ jest oglądany we względnych warunkach (na różnych urządzeniach, przy różnej szybkości łącza).  I przy Puławskiej jest podobnie – witryna jest oglądana przez różnych ludzi, którzy idą z centrum w stronę Mokotowa albo przemieszczają się w drugą stronę. Jadą albo stoją w korku. Tym się zainspirowałyśmy. Trochę pomógł nam rytm, powtarzalność jako motyw wyraźnie obecny w twórczości Zamecznika. Jak wszystkie te pomysły zbierzesz do kupy, to otrzymasz nasz projekt.

Sama witryna jest minimalistyczna w formie. Zamecznik miał bardzo charakterystyczny styl. Dla mnie najbardziej inspirujące było to, że tworzył sztukę o nadrzędnej funkcji – funkcji reklamowej oraz przełożenie tego na nowoczesne środki wyrazu, osadzenie tego w tym konkretnym miejscu i dla tego konkretnego klienta. Podeszłam do projektowania witryny, jak do projektowania usługi – projektowania interakcji.

AZ: Czy konsultowałaś projekt z właścicielami księgarni? Rozmawialiście o tym wcześniej?

EO: Projekt witryny powstał dosyć szybko.  Przedstawiłam ten pomysł właścicielom i oni na niego przystali. Oczywiście mieli pewne obawy. Właściciel księgarni w okresie przedświątecznym chciałby mieć na witrynie najchętniej choinkę, więc potrzebowałyśmy chwili aby go przekonać, ale się udało.

Witryna mierzy 5,6 na 2 metry. Jest zaprojektowana do oglądania z trzech różnych punktów widzenia. Napisy to tytuły książek, które są w ofercie księgarni. Wybrałyśmy mało oczywiste tytuły, bo zależało mi, żeby przykuwały uwagę.  W zależności od tego, z której idziesz strony, widzisz inny tytuł. Napisy są również dostosowane do różnych odległości, w jakich stoi patrzący.

AZ: Jak ważny dla Ciebie był okres, w którym tworzył Zamecznik i sama tradycja projektowania witryn?

EO: Jedna z osób, które zaprosiły mnie do tego projektu powiedziała, że to dzięki mojemu innemu projektowi – „Wysoki Połysk”. Byłam dosyć mocno zdziwiona. To bardzo miłe, ale miałam obawy, że w takim razie oczekuje się ode mnie, żebym się wpisała w klimat tej epoki, w której Zamecznik tworzył. Okazało się, że nie i postanowiłam tego nie wykorzystywać, bo byłoby to dosyć sztampowe. Lata 60-te są teraz w ogóle bardzo nośnym motywem w projektowaniu  wnętrz czy aranżacji małych przestrzeni. Dlatego nawiązań wizualnych do twórczości Zamecznika w mojej witrynie nie ma za wiele, ale myślę, że przez nawiązania do charakteru jego realizacji witryna jest dość mocno osadzona w twórczości tego artysty.

 

Max Zieliński i Eliza Dunajska

 

AZ: W jednym z wywiadów zwróciłaś uwagę, że przedmioty „na wysoki połysk” jeszcze do niedawna budziły niechęć. Czy potrafisz wskazać moment, w którym zaczęło się to w Polsce zmieniać?

EO: Ważnym momentem, być może początkowym, była wystawa Chcemy być nowocześni, która wprowadziła to zjawisko na szersze wody. To jest też kwestia nas, czyli naszego pokolenia. Moi rodzice dalej się tym wzornictwem kompletnie nie interesują. Chociaż muszę przyznać, że ludzie od nas starsi bardzo często zaczynają doceniać te przedmioty dopiero teraz, gdy się orientują, że mają dosyć dużą wartość materialną. Pewna pani po przeczytaniu wywiadu ze mną znalazła w swojej piwnicy serwis Krokus za pięć tysięcy złotych (http://www.as.cmielow.com.pl/pl/3/sklep/1/11/-/2402/). Nawet jeśli wielu osobom te przedmioty nigdy się nie spodobają, bo część z nich była powszechna w czasach ich młodości, to ich wartość jest już obecnie niezaprzeczalna i mogą stać się przez to ważne.

Oczywiście mam świadomość, że moje projekty mogą „hipsteryzować” tę epokę, ale cieszy mnie,  jeśli dzięki temu przedstawiciele mojego pokolenia zainteresowali się wzornictwem tamtych czasów.  Te przedmioty były obecne w naszych domach, większość z nas pamięta je z dzieciństwa i zapewne nie wydawały nam się wtedy piękne. Pamiętam, że przed laty wraz ze znajomymi klęliśmy na wrocławski Solpol, który dopiero od niedawna zaczyna być doceniany jako świadectwo architektury lat 90.. Artefakty z przeszłości nabierają wartości z czasem. To nie  one zmieniają swoją formę, tylko my dorastamy do tego, aby je docenić.

Działa tutaj też prawo [Jamesa] Lavera, czyli prawo mód: po dziesięciu latach przedmiot jest szkaradny, po dwudziestu zabawny, a po siedemdziesięciu jest piękny. Obecnie przechodzimy okres zachwytu latami 60.-70. i to jest naprawdę naukowo uzasadnione. Następne pokolenia będą doceniać to, na co my obecnie nie zwracamy uwagi.

AZ: W jednym z wywiadów opowiadasz jak to się wszystko zaczęło – od kupna strychu w Krakowie i wycieczek na bazary. Czy Twoja praktyka polegała na kompulsywnym gromadzeniu przedmiotów, czy już wtedy kierowałaś się zmysłem kolekcjonerki?

EO: Wyjście na targ, gdzie za każdym przedmiotem stoi interesująca historia, wspomnienie, skojarzenie, to było coś dla mnie nowego. Jak wybierasz nowe przedmioty w sklepie, to one są dla ciebie czyste. Przedmioty na targu często bardzo wiele przeszły –mogło się zdarzyć coś, co zmieniło ich wygląd, co mogło zmienić ich funkcję. Pamiętam, że moje pierwsze zakupowe wybory były głównie podyktowane skojarzeniami. Znosiłam bardzo dużo takich przedmiotów: coś mi się spodobało, bo gdzieś to już widziałam lub wydało mi się tak nieprawdopodobnie niefunkcjonalne, że muszę to mieć, bo to jest nie do wiary, że ktoś taki przedmiot wymyślił.

AZ: Czytam Twoje projekty: „Wysoki Połysk”, „Wystawka”, „Patyna” jako pewną ewolucję: od zbieracza do posiadacza. „Wysoki Połysk” to etap znajdywania, wyłapywania ciekawych, często niechcianych przedmiotów; „Wystawka” wiąże się z chęcią ich pokazywania – zarówno tych „upolowanych”, często za bezcen, jak i tych „znalezionych” w domu.  Twój ostatni projekt, „Patyna”, to już konsumpcja skatalogowanych przedmiotów.

EO: Tę ewolucję można opisać w ten sposób: Pasja – Edukacja – Biznes. I to jest w gruncie rzeczy dosyć logiczne. „Wysoki Połysk” był projektem bardzo intymnym, czymś, co sprawiało mi radość i czym chciałam się podzielić. Potem sama zaczęłam się dowiadywać więcej na temat pokazywanych przedmiotów i tak narodziła się „Wystawka”. Następnie pomyślałam sobie, że skoro już wiemy, co mamy, to tkwi w tym potencjał na stworzenie biznesu.

 

Fot. Max Zieliński i Eliza Dunajska

 

AZ: Na stronie projektu „Wystawka” można przeczytać: „to miejsce powstało, by promować rodzinne wzornictwo, które prawdopodobnie nie zmieści się w żadnym muzeum”. Czy „Wystawka” powstała w odpowiedzi na sposób funkcjonowania kolekcji i muzeów państwowych, których zbiory pozostają przez większość czasu ukryte i niedostępne dla szerokiej publiczności?

EO: Ja wierzę w moc społeczności i wszystkie moje projekty są bardzo społecznościowe. A propos muzeum – myślę, że ludzie mają w domach rzeczy, do których jest bardzo trudno dotrzeć. Ikony dizajnu to jest jedno, ale muzeum dizajnu tworzone kolektywnie przez internautów ma szanse być czymś znacznie większym. Zaczynają się z nami kontaktować kolekcjonerzy, którzy przez „Wystawkę” chcą dzielić się swoimi zbiorami.  Tacy kolekcjonerzy posiadają po kilka egzemplarzy przedmiotów, których nie zobaczysz w muzeum i nie kupisz na pchlim targu.

Ale bezpośrednim impulsem do stworzenia „Wystawki” był fakt, że dostawałam bardzo dużo próśb od osób, które chciały pokazać, co mają. Myślę, że to wynika z potrzeby chwalenia się czymś fajnym, ktoś zobaczył coś na „Wysokim Połysku” i chciał pokazać, że ma to samo. Chciałam nadać temu edukacyjny i profesjonalny rys, więc zwróciłam się  po wsparcie do STGU [Stowarzyszenie Twórców Grafiki Użytkowej]. Myślę, że ich patronat bardzo temu projektowi pomógł.

Obecnie pracujemy nad tym, aby eksperci z różnych dziedzin pomagali odtwarzać metryki pokazywanych przedmiotów. Ludzie mówią mi, że oglądając „Wystawkę” orientują się, co mają w domu i myślę, że dzięki poznaniu wartości przedmiotu jego odbiór się zmienia.

AZ: Czy nie widzisz napięcia między deklarowaną swobodą zamieszczania przedmiotów skupiających osobiste historie, a głosem eksperta – opisującym i wyceniającym te przedmioty według innych kategorii?

EO: Te przedmioty zasługują na to, żeby je sprzedawać i kupować po wyższych cenach. To jest naprawdę świetne wzornictwo i dobrze, że zaczyna się je doceniać. Gdy ekspert mówi, że to przedmiot autorstwa jakiegoś znanego projektanta, ludzie zaczynają je traktować z większym pietyzmem – może ich nie wyrzucisz, nie wywieziesz na działkę, ocalisz. Wartość tych przedmiotów jest bardzo względna. Zdarza się, że przedmiot wyceniony przez rzeczoznawcę okazuje się być wart kilka razy więcej niż zakładał jego właściciel.

AZ: Czy to, co ludzie kupują wpisuje się w kanon, czy go narusza?

EO: Nie chcę za dużo zdradzać, to poufne dane (śmiech). Sprzedaje się sporo sentymentalnych pamiątek, dość dużo rzeczy dla dzieci. Dobrze sprzedają się przedmioty klasyczne, niekoniecznie „z metką”.

My nie chcemy być butikiem vintage. Chcemy promować klasykę, przywracać wartość przedmiotom, które tę wartość mają. Już parę razy nam się to udało. Jaka jest prawdziwa wartość takiego przedmiotu? Oczywiście zawsze jest to tyle, ile ktoś jest skłonny za niego zapłacić, ale jest to też uczciwe w stosunku do kupującego, który wie, w co inwestuje. A ludzie coraz chętniej inwestują w polski dizajn.


 

Emilia Obrzut – z zawodu projektantka graficzna (www.obszar-roboczy.pl), z zamiłowania kolekcjonerka „designu po przejściach”. Na Wysokim Połysku (www.facebook.com/wysokipolysk) i tworzonej z STGU Wystawce (www.wystawka.stgu.pl) popularyzuje ideę poszukiwania pięknych i wartościowych przedmiotów na pchlich targach, internetowych aukcjach, garażówkach i w babcinych pawlaczach. Obecnie rozwija Patynę (www.patyna.pl) – platformę umożliwiającą kupno i sprzedaż przedmiotów vintage. Mieszka i pracuje w Warszawie.

 
0 komentarzy do tekstu “emilia obrzut (rozmowa): moc społeczności”

Dodaj komentarz

%d bloggers like this: